Jak Leszek Miller przetrwał katastrofę, aferę dekady i zdradę sojuszników?

Jak Leszek Miller przetrwał katastrofę, aferę dekady i zdradę sojuszników?

Gdy polski premier siedział w rządowym śmigłowcu kilkaset metrów nad ziemią, miał za sobą polityczne zwycięstwo, które wydawało się nie do zatrzymania. Kilka miesięcy dzieliło Polskę od wejścia do Unii Europejskiej, a Leszek Miller, lider partii, która cztery lata wcześniej zdobyła ponad 40 procent głosów, wydawał się politykiem niezniszczalnym. W pewnym momencie oba silniki maszyny nagle zgasły. Śmigłowiec runął w dół, a w ułamku sekundy premier zrozumiał, że jego polityczna kariera może zakończyć się wraz z fizycznym życiem.

Thumbnail

Cudem przeżył. Kilka miesięcy później ten sam człowiek dobrowolnie podał się do dymisji, dokładnie dzień po tym, jak Polska weszła do Unii Europejskiej. Jego partia rozpadała się, sojusznicy odchodzili, a jego nazwisko na trwałe związano z największym skandalem tamtej epoki. Zarzucano mu stworzenie systemu, w którym polityka, biznes i kontrola nad mediami splotły się tak ściśle, że nikt nie potrafił odróżnić państwa od zakulisowych układów.

Miller zniknął z pierwszych stron gazet, ale nie zniknął z polityki. Leszek Miller urodził się 3 lipca 1946 roku w Żyrardowie, mieście fabryk i włókienniczych zakładów. Nie pochodził z żadnej elity, nie miał w rodzinie profesorów ani oficerów, którzy otworzyliby mu drzwi do kariery. Zdobył zawód elektryka, co – jak się później okazało – stało się kluczem do zrozumienia całej jego politycznej filozofii.

Miller przez całe życie myślał w kategoriach mechanizmu, napięcia i oporu, a nie romantyzmu. Elektryk nie kłóci się z instalacją, nie obraża się na prąd. Szuka przerwy w obwodzie i próbuje ją usunąć. W 1969 roku wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Dla ówczesnego dwudziestokilkulatka partia nie była wyborem ideologicznym, lecz jedyną istniejącą drabiną kariery. Miller nie był dysydentem i nigdy nie udawał, że nim był. Postanowił wspinać się po szczeblach wewnątrz systemu – od struktur młodzieżowych, przez aparat partyjny, szkołę partyjną w Moskwie, aż po stanowiska w Komitecie Centralnym. W 1989 roku, w wieku 43 lat, wszedł do Biura Politycznego, formalnie należąc do wąskiej grupy rządzącej Polską Ludową.

Wkrótce jednak cały ten porządek przestał istnieć. O ile dla setek funkcjonariuszy PZPR koniec 1989 roku był zawodowym końcem, o tyle Miller po raz pierwszy pokazał umiejętność, którą wykorzystywał wielokrotnie później: zmienił formę, nie zmieniając instynktów. W styczniu 1990 roku, podczas rozwiązania partii, był jedną z kluczowych postaci odpowiedzialnych za przekształcenie. Z dawnego aparatu powstała Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, a dwa lata później szeroki sojusz wokół niej.

Cztery lata po upadku komunizmu postkomunistyczna lewica wróciła do władzy, wykorzystując społeczne zmęczenie bolesną transformacją. W tym rządzie Miller został ministrem pracy i polityki socjalnej, a w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza przejął Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. To z tego okresu ciągnęła się za nim sprawa dokumentów, które miały zniknąć – nigdy nie zakończyła się prawomocnym wyrokiem, ale polityczny osad pozostał na lata. W 1997 roku lewica przegrała wybory, a Miller, jako nowy przewodniczący zjednoczonego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, rozpoczął czteroletnie czekanie.

Obserwował, jak rząd Jerzego Buzka wdraża cztery wielkie reformy, jak koalicja się kłóci i traci większość. We wrześniu 2001 roku SLD wraz z Unią Pracy zdobył około 41 procent głosów – jeden z najlepszych wyników w historii III Rzeczypospolitej. Akcja Wyborcza Solidarność nie weszła nawet do Sejmu. Miller został premierem.

Kraj, który obejmował, był w złym stanie: bezrobocie przekraczało 18 procent i rosło, wzrost gospodarczy niemal stanął, a finanse publiczne były pod ogromną presją. Na tym tle najważniejszym zadaniem było doprowadzenie Polski do Unii Europejskiej. Negocjacje, toczące się od 1998 roku, utknęły w najtrudniejszych punktach. Miller wziął je osobiście: jeździł, negocjował, kłócił się i wracał do stołu.

W grudniu 2002 roku, podczas szczytu w Kopenhadze, negocjacje akcesyjne zostały zakończone. W kwietniu 2003 roku Miller podpisał w Atenach traktat akcesyjny, a w czerwcowym referendum Polacy opowiedzieli się za wejściem do UE. 1 maja 2004 roku Polska została członkiem Unii Europejskiej. To powinien być jego triumf.

Jednak w tym momencie premier, który wprowadził Polskę do Europy, był już politycznym trupem. Za kulisami sukcesu jego partia leżała w gruzach, a dla większości Polaków jego nazwisko kojarzyło się nie z Kopenhagą i Atenami, lecz ze sprawą Rywina. W lipcu 2002 roku do redakcji „Gazety Wyborczej” przyszedł Lew Rywin, znany producent filmowy. Złożył propozycję: może załatwić zmianę prawa, dzięki której Agora, wydawca gazety, kupiłaby stację telewizyjną Polsat, dotychczas zablokowaną przepisami.

Cena to 17,5 miliona dolarów. Do tego miały dojść stanowisko dla niego w kupowanej stacji i obietnica, że „Gazeta Wyborcza” przestanie atakować rząd. Na pytanie, w czyim imieniu występuje, Rywin odpowiedział słowami, które przeszły do historii: „z grupy trzymającej władzę”. Redaktor naczelny Adam Michnik nagrał całą rozmowę.

Mimo istnienia nagrania Polska dowiedziała się o sprawie dopiero po pięciu miesiącach. Do tego czasu Michnik rozmawiał o sprawie z premierem Millerem i innymi ludźmi z władz, ale nikt nie poszedł do prokuratury i nikt niczego nie opublikował. Były trzy wersje wyjaśniające to opóźnienie: dziennikarskie dochodzenie sprawdzające wiarygodność oskarżenia, cicha gra negocjacyjna Agory lub niechęć do wysadzenia systemu, w którym media, biznes i polityka funkcjonowały razem. Żadna z nich nigdy nie została udowodniona.

27 grudnia 2002 roku „Gazeta Wyborcza” opublikowała materiał, a Polska dostała policzek. Powołano sejmową komisję śledczą – pierwszą w historii III Rzeczypospolitej. Jej posiedzenia transmitowano na żywo, a Polacy oglądali je masowo, jak serial. Przez salę przewinęli się wydawcy, politycy, urzędnicy i ludzie, o których większość obywateli nigdy nie słyszała, a którzy znali numery telefonów najważniejszych osób w państwie.

Miller zeznawał przed komisją jako urzędujący premier, konsekwentnie zaprzeczając, by stał za jakimkolwiek korupcyjnym układem. Nigdy nie został skazany w związku ze sprawą Rywina. Sam Lew Rywin został skazany za to, co zrobił w gabinecie Michnika. Komisja wydała jednak raport, powstał też raport alternatywny, wskazujące na różne osoby i obszary odpowiedzialności.

Spór o to, kto miał rację, trwa do dziś. Skandal zabił rząd Millera, mimo że premier uniknął skazania. W polityce czasem nie potrzeba dowodu winy – wystarczy poczucie, że system jest skażony. Poparcie SLD stopniało z 41 procent do kilkunastu, a potem do kilku.

Do tego doszła wojna w Iraku, decyzja o polskim udziale podjęta przez Millera, która po latach dała podstawę do pytań o sens misji. Rząd wprowadzał zaciskanie wydatków, które uderzyło w elektorat lewicy. W tej atmosferze także mniejsze sprawy stawały się dowodami w wielkim procesie o skorumpowanie państwa. 4 grudnia 2003 roku rządowy śmigłowiec MI-8 z premierem na pokładzie spadł na terenie Piaseczna.

Oba silniki straciły moc w warunkach zagrożenia oblodzeniem. Maszyna uderzyła w drzewa i ziemię, kadłub uległ zniszczeniu. Przeżyli wszyscy, a Miller, który doznał poważnych obrażeń kręgosłupa, wylądował na pewien czas wózku inwalidzkim. Oficjalne ustalenia wskazywały na przyczyny techniczno-pogodowe, lecz w atmosferze skandalu pojawiły się teorie o celowym działaniu.

Nigdy nie przedstawiono dowodów, że katastrofa była zamachem. Wątek zaniedbań wrócił siedem lat później, po katastrofie prezydenckiego Tu-154 pod Smoleńskiem, należącego do tej samej jednostki. Pułk został ostatecznie rozwiązany. Miller nie wykorzystał wypadku jako honorowego wyjścia.

Wrócił do pracy w gorsecie i na wózku, negocjował i prowadził spotkania. Jego partia pogrążała się jednak w wewnętrznym buncie. W lutym 2004 roku zrezygnował z przewodniczenia SLD. W marcu marszałek Sejmu Marek Borowski opuścił partię, zabierając grupę posłów i tworząc własne ugrupowanie.

Rząd stracił stabilną większość, a w Sejmie liczyło się już tylko przetrwanie do kolejnego tygodnia. Miller wybrał datę swojego odejścia tak, by na zawsze pozostała związana z jego jedynym sukcesem. Zapowiedział, że poda się do dymisji dzień po wejściu Polski do UE. 1 maja 2004 roku Polska świętowała członkostwo, a 2 maja Leszek Miller przestał być premierem.

Mimo to nie stał się bohaterem tego wejścia. W zbiorowej pamięci narodu jego twarz nie zagościła na pierwszym planie obok flag i wzruszenia. Zdaniem wielu, sukces akcesyjny był sukcesem państwa, a sprawa Rywina była historią o człowieku – a ludzie zapamiętują historie o ludziach. Następcą Millera został Marek Belka, ale Miller znalazł się na bocznicy.

W 2005 roku jego własna partia nie umieściła go na listach wyborczych. Człowiek, który w 2001 roku zdobył w Łodzi ponad 145 tysięcy głosów i który zbudował tę formację, stał się dla niej politycznym balastem. W 2007 roku ostatecznie zerwał z SLD i wystartował w wyborach z list Samoobrony Andrzeja Leppera. Samoobrona nie przekroczyła progu wyborczego, a Miller nie wszedł do Sejmu.

Wydawało się, że to definitywny koniec – a tymczasem rozpoczęła się jego druga polityczna życiowa szansa. W 2008 roku założył własną, niewielką partię Polska Lewica. Nie chodziło o wygraną, lecz o przetrwanie i pozostanie w obiegu. Powoli przestawał być symbolem skandalu, stając się człowiekiem, który widział wszystko od środka.

Tymczasem formacje lewicowe, które go odrzuciły, zaczęły się sypać, a kolejne „otwarcia” nie przynosiły wyników. W 2011 roku, po latach eksperymentów, partia potrzebowała kogoś, kto umie liczyć głosy i prowadzić klub – i Miller wrócił do SLD jako przewodniczący. Człowiek, którego cztery lata wcześniej pożegnano, usiadł z powrotem w fotelu lidera. Nie był to powrót triumfalny.

W 2015 roku szeroka koalicja lewicowa nie przekroczyła progu wyborczego i po raz pierwszy w historii III Rzeczypospolitej w Sejmie nie zasiadł żaden poseł lewicy. Miller odszedł ponownie. Wydawało się, że w wieku blisko 70 lat definitywnie kończy karierę. Trzy lata później został jednak wybrany do Parlamentu Europejskiego.

Człowiek, który negocjował polskie członkostwo w Unii, zasiadł w niej piętnaście lat później jako eurodeputowany z Polski. Historia Millera to opowieść o wielokrotnym upadaniu i wstawaniu. Przegrał władzę, poparcie, zaufanie i własną partię, ale zawsze wracał. Nie budował tożsamości na potrzebie bycia lubianym, lecz na byciu użytecznym.

Gdy jego zwolennicy odchodzili, gdy formacje, które miały być przyszłością lewicy, znikały z polityki, Miller pozostawał. W polityce często wygrana oznacza po prostu pozostanie na scenie. Najgroźniejszy moment w życiu polityka nie nadchodzi, gdy pod nim spada śmigłowiec, lecz gdy wszyscy wokół zaczynają go przekonywać, że już nikt go nie potrzebuje.

Miller słyszał to wiele razy i nigdy w to nie uwierzył.