29 czerwca 2014 roku Abu Bakr al-Baghdadi stanął przed mikrofonem w Mosulu i ogłosił budowę nowych granic kalifatu. To przemówienie zapoczątkowało globalny werbunek, który ściągnął na Bliski Wschód tysiące ludzi z całego świata. Zanim wojna zniszczyła miasto, Mosul liczył prawie 2 miliony mieszkańców, a cała jego infrastruktura przeszła w ręce zbrojnych, którzy potrzebowali miejsc dla napływających osadników. Nagranie z przemówieniem błyskawicznie rozprzestrzeniło się przez zamknięte fora internetowe.

Zwerbowani mężczyźni wyjeżdżali walczyć w Iraku i Syrii, a zainspirowane przekazem kobiety pakowały bagaże i przekraczały granice. Na nowym terytorium przyjezdne potrzebowały dachu nad głową, co dowództwo rozwiązało kosztem uchodźców. Kobiety, które jeszcze wczoraj pisały w europejskich czatach o nowym życiu, odbierały klucze do cudzych mieszkań w Faludży. Żony bojowników przybywały z Europy, Afryki Północnej i Azji Środkowej.
Według danych ONZ do końca 2014 roku ponad 2 miliony Irakijczyków opuściło swoje domy, zostawiając cały majątek, który przejęła organizacja. Internetowi werbownicy obiecywali kobietom godność i religijny obowiązek, ale ich nowy status opierał się na kradzieży. Zagraniczna żona wchodziła do porzuconego domu w Mosulu lub Rakce, przeglądała rzeczy osobiste poprzednich właścicieli i rozpakowywała bagaże w obcym pokoju, podczas gdy miejscowa ludność przymierała głodem. Rodziny bojowników żyły w odciętej ekonomicznej bańce z dostępem do zamkniętych sieci dostaw prądu i wody.
Część lojalnych żon opuściła wywłaszczone mieszkania i przejęła oficjalną władzę policyjną. Uzbrojone kobiety w nikabach zatrzymywały przechodniów, sprawdzały grubość materiału ich ubrań i na miejscu wykonywały wyroki chłosty. Zajęte terytoria zdefiniowały podwójną rzeczywistość. Podczas wielkiej ofensywy w 2014 roku schwytano ponad 5 tysięcy jazydków oraz liczne chrześcijanki, które siłą zmuszono do małżeństw z dowódcami.
Dla tych więźniarek tytuł żony oznaczał wyłącznie niewolnictwo i status wojennego łupu. Patrolujące miasto funkcjonariuszki stały się katami. Brygada Al-Hansa skopiowała strukturę saudyjskiej policji religijnej, ale jej uprawnienia znacznie rozszerzono. Kobiety z patrolu zatwierdzały chłostę, decydowały o więzieniu i wykonywały egzekucje.
W demograficznym apogeum na przełomie 2015 roku żeński aparat liczył 4700 zagranicznych obywatelek, które przybywały masowo z Tunezji, Francji, Niemiec, Rosji czy Wielkiej Brytanii. Całkowita powierzchnia terytoriów na szczytowym etapie sięgała 100 tysięcy kilometrów kwadratowych, dając przyjezdnym ułudę nietykalności i wiarę w trwałość reżimu. Już w 2016 roku sytuacja uległa radykalnej zmianie, kiedy granice samozwańczego państwa zaczęły się gwałtownie kurczyć. Pierścień wojsk zaciskał się wokół aglomeracji, pozbawiając lojalne żony ich przywilejów.
Maksymalny napływ cudzoziemek okazał się punktem zwrotnym, po którym nastąpiło terytorialne załamanie struktury. Ekstremiści tracili kontrolę nad miastami jedno po drugim. Żony najwyższych dowódców próbowały uciec z okrążonego Mosulu, wtopiając się w tłum uchodźców. W październiku 2016 roku linia frontu podeszła pod granice miasta, a 100 tysięcy żołnierzy armii irackiej i formacji kurdyjskich wzięło udział w szturmie.
Lotnictwo koalicji niszczyło mosty Mosulu, a kobiety związane z elitą zostały uwięzione na zamkniętym terenie. Żony takich dowódców jak Abu Abdurrahman al-Bilawi czy Abu Muslim al-Turkmani zakładały zwykłe cywilne ubrania i podchodziły do wojskowych punktów kontrolnych z falami uciekinierów. Ich plan zakładał ukrycie tożsamości, ale zakończył się błyskawicznym fiaskiem. Miejscowa ludność doskonale pamiętała twarze niedawnych oprawczyń, bez wahania wskazywała je żołnierzom koalicji.
Społeczna hierarchia całkowicie się rozpadła, a mieszkańcy wykorzystali zbrojne oblężenie, aby wziąć odwet na swoich gnębicielach. Te żony, które nie zdołały minąć punktów kontrolnych, zeszły do piwnic starego miasta w Mosulu. Ukryte w mroku kobiety zapinały pasy z materiałami wybuchowymi, wsłuchując się w kroki irackich żołnierzy. Przejście od nadzorowania porządku do stania się żywymi bombami stanowiło ostateczny etap ich radykalizacji.
Detonacje niszczyły wszystko dookoła, zabijając żołnierzy oraz ukrywających się w pobliżu cywilów. Środek ciężkości ugrupowania przeniósł się do syryjskiej Rakki, niszczonej codziennymi bombardowaniami. Żony dowódców kuliły się w przejętych rządowych willach, a nad ich głowami nieustannie wisiał warkot amerykańskiego lotnictwa. Podczas gdy iracki Mosul obracał się w perzynę, syryjska Rakka pozostawała ostatnim bijącym sercem kalifatu.
Od 2014 do 2017 roku tysiące bojowników sprowadziło tam swoje rodziny, a elita zajmowała luksusowe rezydencje, układając w spiżarniach szmuglowane jedzenie, podczas gdy tuż obok zawalały się ściany sąsiednich budynków. Najbezpieczniejsza cytadela szybko stała się jednak fizyczną klatką. Amerykańskie bomby zrównywały z ziemią całe kwartały, a na lądzie zaciskał się pierścień. Syryjskie Siły Demokratyczne, znane jako SDF, stanowiące zbrojny sojusz kurdyjskich i arabskich milicji, ruszyły na miasto ze wszystkich stron i błyskawicznie odcięły uwięzionym rodzinom ostatnie drogi ucieczki.
Nasilające się uderzenia lotnictwa zepchnęły ocalałą elitę kalifatu głęboko pod ziemię. Wdowa po głównym ideologu przemierzała ciemne korytarze, próbując wyprowadzić dzieci ze strefy ostrzału. Jej mąż, 32-letni duchowny z Bahrajnu, Turki al-Binali, zginął pod gruzami w maju 2017 roku. Kobietę przechwyciły kurdyjskie patrole w ciągu szybu wentylacyjnego.
Setki rodzin lokalnych dowódców zeszło do podziemnych tuneli, uciekając przed postępującymi pożarami. Te betonowe szlaki, które wcześniej pozwalały przemieszczać się między willami, nagle zmieniły się w śmiertelną pułapkę. Mieszkańcy 200-tysięcznego miasta pamiętali wszystkie adresy, pod którymi urzędowali komendanci. Podejrzewane o współpracę kobiety wyciągano siłą z zablokowanych piwnic, gdy tylko podążały w stronę wąskich wyjść.
Lata terroru kalifatu przerodziły się w gwałtowny wybuch gniewu ludności cywilnej. Miejscowi samodzielnie wymierzali sprawiedliwość, rzucając schwytane uciekinierki na ziemię i uderzając je na środku zniszczonych ulic. Wybrane żony bojowników spalono żywcem na publicznych placach Rakki. Imperium kalifatu skurczyło się do kilku zrujnowanych wiosek.
W 2018 roku ostatnim punktem oporu stała się prowincja Dajr az-Zaur, gdzie zbrojne niedobitki i ich rodziny szukały schronienia wzdłuż koryta Eufratu. Złapane kobiety masowo zwożono do kurdyjskich ośrodków odosobnienia. Obóz Al-Hol zbudowano w 1991 roku dla irackich uchodźców podczas wojny w Zatoce Perskiej. Stopniowo zapełniano także pobliski obóz Roj.
Dawne mieszkanki luksusowych willi zderzyły się z surową rzeczywistością obozów. Traciły resztki statusu w błotnistych namiotowych alejkach. Miejsce drogich dywanów zajęła mokra ziemia, a zróżnicowaną dietę zastąpiła przydziałowa soczewica. Zimą panował przeraźliwy chłód, latem doskwierał brak wody pitnej.
Nieleczone infekcje dziesiątkowały osłabione organizmy więźniów. Wewnątrz zamkniętego perymetru uwięziono dziesiątki tysięcy kobiet i dzieci, wśród nich obywatelki Europy i Azji. Szkolne mundurki z Londynu z 2015 roku zmieniły się w łachmany syryjskich obozów w 2018. Trzy nastolatki z grupy Bethnal Green opuściły Wielką Brytanię w lutym 2015 roku, lecąc do Stambułu z lotniska Gatwick.
Tysiące kobiet z Europy, Azji i Afryki Północnej podzieliło ten sam los. Rodzime rządy odmówiły ich repatriacji, a miejscowa ludność traktowała je jako ucieleśnienie kalifatu. Nie wszystkie uciekinierki dotarły bezpiecznie za druty kolczaste. Na pierwszej linii frontu syryjscy żołnierze i lokalne bojówki nie okazywali litości.
Kontrole zatrzymanych uchodźców przebiegały błyskawicznie. Syryjscy wojskowi wyciągali z tłumu żony wysokich rangą dowódców, a ujawniona tożsamość oznaczała natychmiastowy wyrok śmierci na miejscu. Kule przeszywały ciała zaledwie kilka kilometrów od zniszczonych wsi, a chaos uniemożliwił zliczenie ofiar tych frontowych egzekucji. Inne kobiety znikały bez śladu.
Żołnierze chwytali je za ramiona, wyciągali z obozowiska i odciągali do ciężarówek, zostawiając w pyle płaczące dzieci. Matki gorączkowo kopały płytkie doły w błocie Baghouz, ukrywając niemowlęta przed spadającymi odłamkami. Do marca 2019 roku egzekucje na frontach i kurdyjska ofensywa skurczyły kalifat do jednej wioski. Ostatni zbrojny punkt oporu znajdował się na wschodnim brzegu Eufratu na zaledwie 5 kilometrach kwadratowych, blokując ucieczkę dziesiątkom tysięcy ludzi.
Kobiety budowały niskie schronienia z podartych koców, płacht plastiku i wygiętych kawałków blachy. Nad prowizorycznymi dachami rozlegał się dźwięk rozrywającego się szrapnela, zmuszając ocalałych do wciskania się głębiej w mokrą ziemię. Zapasy wody i pożywienia wyczerpały się na długo przed ostatecznym szturmem, a dym z ciągłych bombardowań zasłaniał niebo. Na tych 5 kilometrach kwadratowych żony najwyższego dowództwa szykowały się do finałowego szturmu.
Żona Abu Hasana al-Muhadżira ściskała karabin, a jej mąż pełnił funkcję oficjalnego rzecznika prasowego organizacji. Amerykańskie drony krążyły nad zrujnowaną wioską, a oddziały SDF zamykały okrążenie, przecinając ostatnie drogi ucieczki. Żony najwyższych dowódców nosiły pod ubraniem pasy szahida i trzymały w dłoniach karabiny. Inne kobiety próbowały uciekać przez otwartą pustynię, gdzie żołnierze traktowali je jako zagrożenie i natychmiast otwierali ogień.
Reszta matek kucała w błocie, osłaniając dzieci przed deszczem odłamków. Finałowy atak zamienił osadę w cmentarzysko. Bomby spadały bez ostrzeżenia, a setki ludzi ginęły pod gruzami w ciągu kilkudziesięciu godzin. Część zradykalizowanych kobiet odrzuciła możliwość kapitulacji, wybierając śmierć na własnych warunkach.
Wchodziły do płóciennych namiotów, szczelnie zasłaniały wejścia i podpalały materiał od wewnątrz, preferując samospalenie zamiast kurdyjskiej niewoli. Terytorialna kontrola kalifatu przestała istnieć, a Baghouz upadło 23 marca 2019 roku. Konwoje ciężarówek z kobietami wjechały za drut kolczasty obozu Al-Hol tuż po ostatniej bitwie. Fizyczna kontrola ustała, ale walka natychmiast przeniosła się do syryjskich namiotów.
W nocy przez sektory niósł się cichy dźwięk noża rozcinającego brezent. Lojalistki dusiły ofiary lub zadawały ciosy każdej kobiecie, która chciała porzucić ideologię. Strażnicy odnajdywali ciała dopiero o świcie. Ponad 80 morderstw wewnątrz obwodu w 2019 roku służyło utrzymaniu twardej dyscypliny.
Ponad 60 tysięcy kobiet i dzieci stłoczono na kilku kilometrach kwadratowych pustyni, co odpowiada populacji średniego europejskiego miasta zamkniętej za rzędem siatki ochronnej. Wdowy po bojownikach powołały do życia ukrytą siatkę terroru, budując własną policję religijną, która surowo egzekwowała prawa. Śledztwa w sprawach nocnych zabójstw kończyły się fiaskiem, a przerażeni świadkowie odmawiali składania zeznań. Ataki dotykały również personelu.
Strażnicy unikali wchodzenia w głąb najdalszych sektorów, a kurdyjskie siły bezpieczeństwa panowały tylko na wysokich wieżach strażniczych. Pomiędzy rzędami brudnych namiotów rządziły żony zabitych dowódców. W tym środowisku rosło nowe pokolenie, które nigdy nie widziało prawdziwych szkół ani bezpiecznych ulic. Matki każdego dnia uczyły dzieci ideologii kalifatu pomiędzy praniem ubrań a czekaniem na przydział wody.
Śmierć nie zamknęła się wyłącznie w granicach syryjskich obozów. W irackim Tikricie ulica zastąpiła oficjalne sądy. Zrozpaczeni krewni rozstrzelanych Irakijczyków wyciągali podejrzane kobiety z namiotów uchodźców, a zwykli obywatele przejęli państwowy monopol na stosowanie przemocy. W Faludży i Mosulu uzbrojeni cywile odszukiwali konkretne osoby według tworzonych z pamięci list poległych mieszkańców.
Znalezione kobiety często traciły życie za samo powiązanie z upadłym kalifatem. Tikrit był rodzinnym miastem Saddama Husajna i areną wyjątkowo ciężkich walk. To tam w 2017 roku zlokalizowano ukrywającą się wdowę po emirze. Ludzie wywlekli cel z prowizorycznej kryjówki i brutalnie wyrzucili na ulicę, gdzie wzburzony tłum ukamienował leżącą na drodze kobietę.
W Faludży ten sam gniew ulicy przybrał formę polowych trybunałów. Wyrok zapadał w niecałe 5 minut, a werdykt zawsze oznaczał szybką śmierć. Zbrojni ustawiali kobiety w czarnych szatach pod murem, a pluton egzekucyjny natychmiast otwierał ogień. Faludża upadła pod naporem kalifatu jako pierwsza w 2014 roku, a teraz lokalne milicje wyznaczały własnych sędziów bez żadnych państwowych uprawnień.
Przesłuchanie polegało wyłącznie na potwierdzeniu nazwiska, nikt nie żądał dowodów ani nie słuchał obrony. Lokalne organizacje praw człowieka zebrały zero precyzyjnych danych o ostatecznej liczbie rozstrzelanych kobiet. Kobiety, które kilka lat wcześniej opuściły państwa europejskie, zajmowały miejsca na ławach oskarżonych w Iraku. Te, które uniknęły ulicznego linczu, przewożono do Bagdadu, gdzie procesy toczyły się błyskawicznie.
Podczas rozprawy sędzia zadawał oskarżonym jedno precyzyjne pytanie dotyczące wyłącznie faktu zawarcia małżeństwa. Ten pojedynczy element biografii wystarczał do wydania surowego wyroku. Centralny Sąd Karny Iraku zamienił się w główny taśmociąg wyroków dla obcokrajowców. Między 2018 a 2020 rokiem przez salę przeszły setki obywatelek Rosji, Niemiec, Francji oraz Stanów Zjednoczonych.
Rozprawy rzadko trwały dłużej niż 10 minut, co eliminowało możliwość obrony. W świetle bagdadzkiego orzecznictwa samo zawarcie związku małżeńskiego stanowiło absolutny dowód winy. Wyroki wykonywano bez opóźnień. 20-letnia oskarżona z Rosji potwierdziła, że mieszkała z mężem w Mosulu.
Sędzia odczytał werdykt, a strażnicy wyprowadzili skazaną. Wyrok wykonano w 2018 roku. W 2017 roku obywatelka Niemiec usłyszała identyczną decyzję. Dziesiątki cudzoziemek dzieliły ten los.
Kto uniknął szubienicy, trafiał do zakładów o zaostrzonym rygorze. Więzienie an-Nisur, potocznie znane jako Al-Hud, zasłynęło z krytycznego przeludnienia, zamieniając wyrok w powolną kaźń. W betonowych korytarzach niosło się echo uderzeń, opieka medyczna nie istniała, a kobiety umierały w dusznych celach na długo przed wyznaczoną datą egzekucji. Podczas gdy Bagdad egzekwował wyroki śmierci, rządy w Paryżu, Londynie i Berlinie całkowicie zamknęły granice dla własnych obywateli.
W 2019 roku ponad 7 tysięcy osób z zagranicznymi paszportami utknęło w syryjskich obozach. Brak legalnej drogi powrotu wygenerował rynek nielegalnego przerzutu, a wewnątrz sektorów zorganizowały się siatki przemytnicze. Większość uwięzionych straciła mężów podczas nalotów lub przed plutonami egzekucyjnymi. Odrzucone przez Europę wdowy stały się celem dla handlarzy ludźmi.
Zablokowane cudzoziemki masowo decydowały się na desperackie ewakuacje. Nocą przekazywały przewodnikom grube pakiety gotówki w zamian za zorganizowanie transportu na granicę z Turcją. Tylko nielicznym udawało się ominąć betonowe zapory. Większość uciekinierek wpadała w ręce strażników, którzy otwierali ogień, by zabić.
Najsurowsza izolacja i fizyczna likwidacja czekała kobiety noszące nazwiska najwyższych przywódców. 26 października 2019 roku oddział Delta Force przeprowadził szturm w Idlib. Abu Bakr al-Baghdadi zdetonował pas szahida, a jego ocalałe żony natychmiast trafiły do niewoli. Rodziny dowódców stały się celem polowań wrogich bojówek.
Egzekucje przeprowadzano potajemnie, a ciała grzebano w tajnych mogiłach, by powstrzymać powstawanie przyszłych miejsc kultu i całkowicie wymazać linię sukcesji władz kalifatu. Identyczny scenariusz zrealizowano trzy lata później przy granicy z Turcją. 3 lutego 2022 roku siły specjalne otoczyły budynek w mieście Atma. Abu Ibrahim al-Kuraszi zdetonował potężny ładunek wewnątrz własnego domu, zabijając siebie, żony oraz obecne wewnątrz dzieci.
Betonowy pył przykrył zmasakrowane szczątki, gdy konstrukcja budynku zawaliła się na lokatorów. Fizyczne wymazanie dowództwa Państwa Islamskiego stało się faktem dokonanym. Żony terrorystów przeszły drogę od aktywnych współuczestniczek systemu do całkowicie bezprawnych więźniarek. Machina państwowego i ludowego odwetu ostatecznie wchłonęła ich losy.
Dziś pozostałości dawnych rodzin są trwale rozproszone, zniknąwszy pomiędzy bezimiennymi mogiłami, więziennymi blokami i szarym pyłem syryjskich obozów.