Kontroler skarbowy Michał Falcman zapisał w swoim kalendarzu w lipcu 1991 roku zdanie, które brzmi jak cytat z thrillera szpiegowskiego. „Dalsza praca to osobiste, śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych” – napisał człowiek, którego jedynym uzbrojeniem była służbowa legitymacja i prawo żądania dokumentów. Kilka godzin wcześniej spotkał się z premierem, wicepremierem odpowiedzialnym za reformę gospodarczą i prezesem Najwyższej Izby Kontroli.

Dwa dni po spotkaniu 37-latek nie żył. Falcman zaczął swoją przygodę z tą sprawą w październiku 1989 roku, gdy jako komisarz Izby Skarbowej dostał rutynowe zlecenie kontroli w przedsiębiorstwie handlu zagranicznego Universal. W księgach firmy handlującej rowerami i sprzętem gospodarstwa domowego zobaczył przepływy, które nie miały żadnego związku z jej oficjalną działalnością. Po drugiej stronie przelewów stała instytucja, której nazwy wtedy nawet nie znał – Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego.
Fundusz powstał w lutym 1989 roku na mocy ustawy uchwalonej podczas obrad Okrągłego Stołu. Miał gromadzić środki na spłatę polskiego długu zagranicznego i nimi gospodarować. W praktyce, jak ustaliła prokuratura i sąd, służył do nielegalnego wykupywania polskich zobowiązań na rynku wtórnym przez podstawione spółki – co było zakazane umowami kredytowymi. Utajnienie jego działalności było wpisane w konstrukcję od pierwszego dnia, bo tylko niewidzialna instytucja mogła realizować to zadanie.
W latach 1989–1990 dotacje z budżetu centralnego wyniosły 9 bilionów 800 miliardów ówczesnych złotych. Dyrektorem generalnym funduszu został Grzegorz Rzemek, ekonomista z doświadczeniem w bankowości międzynarodowej, a jego zastępczynią i główną księgową Janina Chim. W radzie nadzorczej zasiadali przedstawiciele Ministerstwa Finansów i banku centralnego, w tym urzędujący wiceminister. Falcman przez wiele miesięcy ciągnął za nitkę.
Dokumenty, których nie dostawał, były objęte „tajemnicą państwową”. Jego pisma trafiały do sekretariatów, otrzymywały numery i ginęły gdzieś na górze. Po roku bezowocnych starań opublikował pierwszy tekst o funduszu w nisko nakładowym piśmie opozycjonistów. To uruchomiło lawinę – w styczniu 1991 roku Najwyższa Izba Kontroli rozpoczęła kontrolę w funduszu, a wiosną do zespołu dołączył sam Falcman.
Kontroler odkrył, że system rozliczeń był zbudowany tak, by uniemożliwić przypisanie konkretnej wypłaty do konkretnej transakcji. Brak dokumentacji był systematyczny i dotyczył zawsze etapu, na którym pieniądze przechodziły z rąk państwowych do prywatnych. W jego notatkach zaczęły pojawiać się nazwiska i instytucje niemające nic wspólnego z finansami publicznymi. Zapisał wtedy zdanie, które do dziś budzi emocje: „Fundusz to KGB i GRU”.
3 lipca 1991 roku Falcman spotkał się z premierem, wicepremierem i prezesem NIK. Ze spotkania wyszedł po godzinie i w tramwaju zapisał słowa o śmiertelnym niebezpieczeństwie. Mimo to następnego dnia poszedł do pracy i zamawiał kolejne dokumenty. Ustalił, że wszystkie drogi schodzą się w banku centralnym – tylko wyciągi bankowe mogły pokazać, dokąd ostatecznie trafiły pieniądze.
16 lipca wysłał do warszawskiego oddziału NBP prośbę o udostępnienie informacji objętych tajemnicą bankową – obrotów i stanów środków funduszu. Tego samego dnia w ciągu kilku godzin Anatol Lawina, dyrektor zespołu kontrolnego, przekazał mu polecenie prezesa NIK profesora Waleriana Pańki o odsunięciu od wszelkich czynności kontrolnych. Falcman nie protestował. Wyszedł z izby, zabrał teczki i w domu przez cały następny dzień dzwonił do dziennikarzy i posłów, próbując wynieść sprawę na zewnątrz.
18 lipca dostał zawału serca i zmarł. Miał 37 lat. Śmierć została potraktowana jako naturalna – mężczyzna miał nadwagę, palił, sypiał po cztery godziny na dobę. Jednak zestawienie dat jest wstrząsające: wniosek do banku przed południem, odsunięcie w południe, zgon po 48 godzinach.
Nikt nigdy nie zbadał tej śmierci jak śmierci podejrzanej, bo nie było ku temu podstaw proceduralnych. Nikt też nie przedstawił dowodu, że Falcmanowi ktoś „pomógł umrzeć”. Jak sam notował, wiedział, że praca go zabije – i być może właśnie o tym mówiło drugie zdanie z kalendarza. Kontrola toczyła się dalej.
81 dni po śmierci Falcmana, 7 października 1991 roku, prezes NIK Walerian Pańko jechał do Katowic, gdzie nazajutrz miał skończyć 50 lat i wygłosić wykład inauguracyjny. Wiozła go rządowa limuzyna. Pod Piotrkowem Trybunalskim samochód zjechał na lewy pas i uderzył w jadące z naprzeciwka BMW. Pańko i dyrektor biura informacyjnego Kancelarii Sejmu Janusz Zaporowski zginęli na miejscu.
Pańko miał w bagażu raport o funduszu, który zamierzał przedstawić Sejmowi. Prokurator, która przyjechała na miejsce, mówiła, że to był zwykły wypadek. Biegli wykluczyli eksplozję i uprzednie uszkodzenie auta. Kierowca, funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu, który wyszedł z wraku niemal bez obrażeń, został skazany na trzy lata więzienia w zawieszeniu.
Wersja o zamachu funkcjonuje w publicystyce, ale nie ma oparcia w aktach. Kierowca nie mógł znieść wyroku i niedługo potem zakończył życie w niewyjaśnionych okolicznościach. Śledztwo w sprawie funduszu ruszyło w sierpniu 1991 roku. Rzemek i Chim trafili do aresztu.
Pierwszy akt oskarżenia trafił do sądu w lutym 1993 roku, ale sprawa wracała, była uzupełniana i poszerzana. Proces ruszył dopiero w 1998 roku i ciągnął się siedem lat. Łącznie śledztwo i proces trwały 14 lat – dokładnie na granicy przedawnienia, które dla części zarzutów biegło od chwili popełnienia czynów. W trakcie procesu najważniejszym momentem były słowa głównego oskarżonego.
Grzegorz Rzemek, który był tajnym współpracownikiem wojskowego wywiadu od 1972 roku pod pseudonimem „DIK”, zeznał na sali sądowej, że fundusz powstał między innymi po to, by mógł kontynuować zadania zlecone mu przez wojskowe służby specjalne. Sąd stwierdził w uzasadnieniu, że Rzemek przyszedł do funduszu już z zamiarem wyprowadzenia z niego pieniędzy. Jednak nikt nigdy nie pociągnął do odpowiedzialności ludzi wywiadu, którzy mieli mu zlecać zadania. Wyrok pierwszej instancji zapadł 29 marca 2005 roku.
Rzemek dostał dziewięć lat więzienia, Chim sześć lat, a prezes Universal Dariusz Przywieczerski, nazwany przez sąd „mózgiem afery”, trzy i pół roku. Rok później sąd apelacyjny uznał część zarzutów za przedawnione i zmniejszył kary. Przywieczerski zniknął z kraju i przez 13 lat mieszkał w Stanach Zjednoczonych. Został deportowany w 2018 roku.
W pierwotnym akcie oskarżenia obok dyrektora funduszu znaleźli się ludzie z zupełnie innej półki – były wiceminister finansów, były dyrektor departamentu zagranicznego, były prezes banku centralnego. Ich zarzuty przedawniły się w toku postępowania. Formalnie pozostają niewinni, bo sąd nie zdążył orzec. To, jak twierdzą krytycy, jest najgorszym możliwym finałem – bez wyroku skazującego i bez uniewinnienia.
Sąd uznał, że Skarb Państwa stracił co najmniej 134 miliony złotych. Prokuratura mówiła o 350 milionach, a niezależni badacze szacowali straty na ponad miliard dolarów. Nikt nigdy nie ustalił, na czyje rachunki ostatecznie trafiły pieniądze. Państwo polskie nigdy nie policzyło, ile własnego długu wykupiono za środki przekazane instytucji powołanej wyłącznie do tego celu.
Wiemy, że część środków wypłynęła przez spółki w rajach podatkowych, część posłużyła do łatania dziur w luksemburskiej filii polskiego banku. Pieniędzy nie odzyskano. Wokół sprawy gęstniało od śmierci. W 2000 roku w swoim biurze został postrzelony były wicepremier Ireneusz Sekuła, który był współpracownikiem wywiadu wojskowego.
Sam twierdził, że strzelał do siebie. W 2006 roku zmarł Anatol Lawina – człowiek, który kierował kontrolą i przekazał Falcmanowi polecenie odsunięcia. Przez lata otrzymywał pogróżki, a po serii pobić przez nieznanych sprawców zmarł w wyniku powikłań. Nikogo za to nie skazano.
Każda z tych śmierci z osobna ma naturalne wytłumaczenie. Ich suma zadaje pytania, na które państwo nigdy nie odpowiedziało. Ta historia nie zakończyła się wygodnym wzruszeniem ramion. Michał Falcman i Walerian Pańko nie zginęli za to, że odkryli tajemnicę.
Zginęli w chwili, gdy próbowali ją komuś przekazać – Falcman dwa dni po tym, jak poprosił bank o wyciągi, Pańko w drodze do Sejmu z raportem w bagażu. Córka Falcmana, która była dzieckiem, gdy umarł jej ojciec, do dziś publicznie zadaje pytania o tę sprawę. Historycy przekopują archiwa, powstają książki i filmy.
Najskuteczniejszym sposobem ukrycia wielkiej kradzieży nie jest bowiem zniszczenie dokumentów, ale doprowadzenie do sytuacji, w której ludzie machną ręką i powiedzą, że przecież to było dawno.