Rankiem 3 maja 1991 roku w eleganckim apartamencie przy 57. Ulicy w Nowym Jorku panowała cisza, która nie przypominała zwykłego poranka. W wannie na szóstym piętrze leżało ciało mężczyzny. Głowę miał owiniętą plastikową torbą, ściśniętą gumką wokół szyi.

Na skraju umywalki stała pusta szklanka po rumie z colą, fiolki po lekach i kartka, na której ktoś starannym pismem napisał: „Zasypiam teraz na trochę dłużej niż zwykle. Nazwijmy to wiecznością”. Odszedł Jerzy Kosiński, pisarz, laureat National Book Award, były prezes amerykańskiego PEN Clubu, bywalec salonów, przyjaciel Romana Polańskiego, Warrena Beatty’ego i Petera Sellersa. Człowiek, którego powieść „Malowany ptak” stała się dla milionów czytelników na świecie kanonicznym świadectwem dziecięcego cierpienia w czasie Zagłady, a filozoficzne „Being There” podbiło widzów swą błyskotliwą prostotą.
Pytanie, które pozostało po nim otwarte, brzmiało: kim naprawdę był ten czarujący, ciemnooki mężczyzna o hipnotycznym głosie? Czy mały żydowski chłopiec, który według oficjalnej wersji samotnie tułał się po mrocznych, barbarzyńskich wsiach, doświadczył rzeczy, o których pisał? Czy może pod maską tragicznego ocalałego z Zagłady krył się największy i najbardziej bezczelny mitoman XX wieku, a jego najwybitniejszym dziełem literackim okazało się własne, starannie sfabrykowane życie. Oficjalna wersja, budowana przez dekady na łamach wpływowych magazynów literackich, opowiadała o dziecku rozdzielonym z rodzicami, bitym, zakopywanym żywcem, pozbawionym godności przez bezwzględnych, przesądnych chłopów, które w wyniku traumatycznego szoku straciło mowę na kilka lat.
Wybitny umysł, który po wojnie uciekł z komunistycznej Polski do Ameryki, niemal bez grosza, by w kilka lat opanować angielski do perfekcji i podbić literacki Olimp. Nieoficjalna historia rysowała jednak obraz całkiem inny: małego Joska Lewinkopfa, który całą wojnę spędził w stosunkowo bezpiecznym ukryciu, pod opieką kochających rodziców i polskich rolników ryzykujących życie, by dać mu dach nad głową. Człowieka, który lata później odpłacił swoim wybawcom literackim oszczerstwem, przemieniając ich w potwory, aby sprzedać zachodniemu światu chwytliwą opowieść o absolutnym złu. Urodzony w 1933 roku w Łodzi jako Josek Lewinkopf, syn Mieczysława, wykształconego przemysłowca i intelektualisty, oraz Elżbiety z domu Bardach, od dziecka żył w cieniu przeczucia, że świat wokół to teatr pełen śmiertelnych pułapek.
Gdy w 1939 roku wybuchła wojna, rodzina uciekła na wschód, trafiając w końcu w okolice Sandomierza i Stalowej Woli. Ojciec, obdarzony niezwykłym instynktem przetrwania, podjął decyzję, która uratowała im życie, a jednocześnie zasiewała w chłopcu ziarno wiecznej mistyfikacji. Mieczysław Lewinkopf stał się Mieczysławem Kosińskim, a mały Josek – Jerzym. W Dąbrowie Rzeczyckiej, położonej wśród lasów i rozlewisk Sanu, mały Jurek nie wędrował samotnie z kijem przez bezdroża.
Mieszkał z rodzicami w izbie wynajętej u miejscowego rolnika Andrzeja Włostowskiego. Dzięki zgromadzonym środkom i fałszywym dokumentom ojciec stworzył dla rodziny bezpieczną wyspę. Sąsiedzi wiedzieli lub domyślali się, kim są nowi lokatorzy. Pod okupacją niemiecką, gdzie ukrywanie Żyda groziło śmiercią całej rodzinie i często całej wsi, mieszkańcy Dąbrowy Rzeczyckiej milczeli.
Piekarz przynosił chleb, sąsiedzi dzielili się mlekiem, a Jurek bawił się z miejscowymi dziećmi. W umyśle nadwrażliwego, niezwykle inteligentnego chłopca nie było to jednak sielanka. Był to czas paraliżującego, codziennego strachu. Każde pukanie do drzwi, każdy warkot przejeżdżającego niemieckiego samochodu mógł oznaczać wyrok.
Patrzył na wiejskich ludzi nie z wdzięcznością, ale z dystansem i ukrytym przerażeniem. Widział ich prostotę, surowość, przesądy i brutalność codzienności, obce dziecku z kulturalnego, inteligenckiego domu. To tam, w mroku wiejskiej chaty, narodziła się potężna fantazja obronna: jeśli świat jest pełen zagrożeń, jedynym sposobem na przetrwanie jest stać się kimś innym, reżyserem własnego losu, potrafiącym zamienić bezradność w absolutną władzę nad emocjami innych. Po wojnie rodzina osiadła w Jeleniej Górze.
Młody Jerzy zapisał się na Uniwersytet Łódzki, gdzie studiował socjologię i historię. Socjalistyczna, szara Polska lat pięćdziesiątych była dla niego jednak zbyt duszna. Marzył o Ameryce, kraju, gdzie nikt nie pyta o przeszłość. Zwykły obywatel nie miał jednak szans na paszport, więc Kosiński ujawnił po raz pierwszy swój talent do zmyślania rzeczywistości.
Tworzył nieistniejące instytucje, przy pomocy pieczęci wyrzeźbionych z gumek do ścierania i skradzionych papierów firmowych fabrykował rekomendacje od najwybitniejszych polskich profesorów. Wymyślił widmowy instytut socjologiczny, z którego do władz amerykańskich i polskich leciały oficjalne listy zaświadczające, że wybitnie uzdolniony naukowiec Jerzy Kosiński został wyznaczony do prowadzenia kluczowych badań w Stanach Zjednoczonych. Z zimną, pewną siebie odwagą patrzył w oczy urzędnikom Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wiedział, że jeden fałszywy krok oznacza więzienie i koniec marzeń.
W grudniu 1957 roku samolot z Kosińskim na pokładzie uniósł się z pasa startowego na Okęciu. Miał w kieszeni kilkadziesiąt dolarów, dobrze skrojony garnitur i głowę pełną bezwzględnych planów. Josek Lewinkopf przestał istnieć. Kosiński wychodził właśnie na scenę.
W Ameryce końca lat pięćdziesiątych, zafascynowanej sukcesem i nowością, początki były ciężkie. Pracował jako szofer, zmywacz naczyń, marynarz i nocny stróż. Wszystkie dni poświęcał jednak żmudnej nauce angielskiego. Jego niezwykła inteligencja, urok osobisty i socjologiczne zacięcie otworzyły mu drzwi do Fundacji Forda, gdzie otrzymał stypendium.
Prawdziwym przełomem okazało się jednak spotkanie z Mary Hayward Weir, młodszą, bajecznie bogatą wdową po magnacie stalowym. Uosabiała wszystko, o czym marzył: absolutną wolność finansową, dostęp do nowojorskiej elity i prywatne odrzutowce. Wkrótce się pobrali. Z biednego imigranta Kosiński stał się bywalcem najdroższych rezydencji Nowego Jorku, Florydy i Paryża.
W tym okresie, w otoczeniu luksusu, zaczął pisać pod pseudonimem Joseph Nowak socjologiczne książki o życiu w Związku Radzieckim, które zwróciły uwagę amerykańskiego wywiadu i krytyków. Wiedział jednak, że literatura akademicka nie da mu tego, czego pragnął najbardziej: nieśmiertelności, uwielbienia i władzy nad ludzkimi duszami. W 1965 roku na rynek trafił „Malowany ptak”. Książka rozprzestrzeniała się jak pożar.
Bezwzględna, hipnotyzująca opowieść o małym, ciemnookim chłopcu błąkającym się po bezimiennych wioskach Europy Wschodniej podczas wojny była tak drastyczna, że czytelnicy doświadczali fizycznych mdłości. Książkę sprzedawano i odbierano nie jako czystą fikcję literacką, ale jako autobiograficzną relację autora. Amerykański świat literacki padł na kolana. Elie Wiesel, autorytet w sprawach pamięci o Zagładzie, napisał entuzjastyczną recenzję, nazywając książkę jednym z najważniejszych świadectw epoki.
Kosiński stał się narodowym bohaterem, wykładał na Princeton i Yale, bywał w programach telewizyjnych. Wygłaszał na wizji opowieści o tym, jak musiał stać się bardziej niewidzialny niż cień. Mało kto wiedział, że kilka tysięcy kilometrów na wschód, w małej polskiej wsi, ludzie, którzy uratowali mu życie, nie mieli pojęcia, że stali się bohaterami światowego bestsellera, przedstawionymi jako potwory i sadyści. Sukces wprawił Kosińskiego w euforię.
W 1968 roku opublikował „Kroki”, za które otrzymał najważniejszą amerykańską nagrodę literacką, National Book Award. Wkrótce potem wydał „Being There”, błyskotliwą satyrę na społeczeństwo opanowane przez media. Przyjaźnił się z Romanem Polańskim, a ich relacja pełna była drapieżnej rywalizacji i wzajemnej fascynacji mrokiem ludzkiej natury. Latem 1969 roku Kosiński miał być obecny w rezydencji Polańskiego w Los Angeles w noc, gdy członkowie gangu Charlesa Mansona zamordowali ciężarną Sharon Tate i jej gości.
Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że jego bagaż zaginął podczas przesiadki w Paryżu, co zmusiło go do opóźnienia lotu. Epizod ten wykorzystał do budowania mistycznej legendy, opowiadając, że przeznaczenie znów go ocaliło. Za fasadą szanowanego pisarza kryło się życie pełne mrocznych sekretów. Nocne życie Nowego Jorku stało się jego drugim domem.
Wkładał skórzaną kurtkę, golił głowę i znikał w podziemnych klubach BDSM Greenwich Village. Fascynowała go kontrola, ból, anonimowy seks i balansowanie na krawędzi ryzyka. Równocześnie w jego życiu zawodowym zaczynała narastać ciemna chmura. Był coraz bardziej nerwowy, podejrzliwy i samotny.
Pierwsze małżeństwo się rozpadło, Mary zmarła na raka w 1968 roku. Drugie, z Katheriną von Fraunhofer, bawarską arystokratką, opierało się na milczącej akceptacji jego ekscentryzmu. Cierpiał na bezsenność, pisał tylko nocą. A w Polsce ziarno prawdy zaczynało powoli kiełkować.
Na początku lat siedemdziesiątych polski dziennikarz Henryk Dasko wraz z Barbarą Siedlicką podjęli prywatne śledztwo. Gdy odwiedzili Dąbrowę Rzeczycką, starzy chłopi wspominali małego Jurka, eleganckiego pana Kosińskiego, który pomagał im pisać podania, i Andrzeja Włostowskiego, który ryzykował życie całej rodziny, by dać im dach nad głową. Gdy dziennikarze odczytali im fragmenty „Malowanego ptaka”, w których wieśniacy przedstawieni są jako degeneraci i potwory, w izbie zapadła straszliwa cisza. Starcy ze łzami w oczach pytali: dlaczego?
Przecież przynosili mu chleb, a za nich cała wieś mogła pójść do dołu wapiennego. Informacje zaczęły przeciekać do środowisk polonijnych. Kosiński, dowiedziawszy się o tym, zaczął w amerykańskich mediach lansować tezę, że warszawskie władze prowadzą przeciw niemu antysemicką nagonkę, bo „Malowany ptak” był zbyt strasznym oskarżeniem wschodnioeuropejskiego barbarzyństwa. W realiach zimnej wojny intelektualiści uwierzyli mu bez mrugnięcia okiem.
Każdą próbę podważenia autentyczności jego wspomnień zbywano jako komunistyczną prowokację. Najgroźniejszy ogień nie tlił się jednak w Polsce. Płonął w samym sercu nowojorskiego świata literackiego. 22 czerwca 1982 roku na pierwszej stronie „The Village Voice” ukazał się artykuł „Jerzy Kosiński’s Tainted Bird”.
Dziennikarze śledczy Eliot Fremont-Smith i Geoffrey Stokes, opierając się na dziesiątkach wywiadów i dokumentów, dowiedli trzech rzeczy. Po pierwsze, „Malowany ptak” nie był autobiografią – Kosiński nigdy nie wędrował samotnie po wsiach, nigdy nie stracił mowy i nie doświadczył opisanych okrucieństw. Całą wojnę spędził bezpiecznie z rodzicami pod opieką polskich wieśniaków. Po drugie, nie był jedynym autorem swoich książek.
W latach sześćdziesiątych jego angielski wciąż był niedoskonały, więc wynajmował anonimowych redaktorów i ghostwriterów, którzy nie tylko poprawiali błędy, ale dosłownie przepisywali całe rozdziały. Kosiński płacił im grosze, wymuszał podpisywanie bezwzględnych umów o zachowaniu tajemnicy, a potem zaprzeczał ich istnieniu. Po trzecie, ujawniono jego powiązania z kręgami wywiadowczymi, sugerując, że jego pierwsze książki socjologiczne były finansowane przez ludzi związanych z CIA, szukających narzędzi do wojny propagandowej przeciw blokowi wschodniemu. Świat Kosińskiego zachwiał się w posadach.
Reakcja nowojorskiej elity była druzgocąca. Ludzie, którzy nosili go na rękach przez dekady, nagle odwracali wzrok. Kosiński rzucił się do desperackiej obrony, uruchomił wpływy. Na jego obronę wystąpił John Corry na łamach „The New York Timesa”, sugerując, że atak zainspirowały polskie i sowieckie służby.
Strzału nie dało się jednak cofnąć. Zaproszenia na gale zaczęły wysychać, studenci zadawali trudne pytania. Człowiek, który całe życie budował skomplikowany domek z kart z fałszywych tożsamości, patrzył, jak podmuch prawdy rozwiewa go po świecie. Lata osiemdziesiąte przyniosły szybki upadek fizyczny i psychiczny.
Kolejne powieści spotykały się z rosnącą obojętnością krytyków. Pisarz cierpiał na poważną chorobę serca, przeszedł wielką operację. Strach przed starością, bezradnością i utratą kontroli nad własnym ciałem stał się jego obsesją. W 1989 roku po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat przyjechał do Polski.
Witano go jak monarchę. Udzielał wywiadów, stał w kolejkach po autografy. Gdy podróżował w okolice Sandomierza, nie odwiedził jednak Dąbrowy Rzeczyckiej. Bał się spojrzeć przeszłości w oczy.
Nadeszła noc z 2 na 3 maja 1991 roku. Kosiński był sam w swoim nowojorskim mieszkaniu. Żona przebywała w szpitalu. Poruszał się z dziwną, zimną precyzją.
W kuchni przygotował szklankę rumu z colą, do której wsypał śmiertelną dawkę tabletek nasennych. Usiadł przy biurku i napisał krótki list pożegnalny. Potem wziął kąpiel. Nalał ciepłej wody, połknął śmiertelną mieszankę, wszedł do wanny i naciągnął na głowę dużą, przezroczystą plastikową torbę, zaciskając gumkę wokół szyi.
Odetchnął po raz ostatni. Kiedy wieść o samobójstwie obiegła świat, przyjaciele mówili o nim jako o wolnym człowieku, który sam zdecydował o swoim losie. Krytycy widzieli w tym ucieczkę przed prawdą, która nieuchronnie się zbliżała. Postać Jerzego Kosińskiego do dziś budzi skrajne emocje.
Nie można odmówić mu wybitnego talentu socjologicznego, wyczucia amerykańskiej kultury masowej i daru opowiadania historii. „Being There” pozostaje arcydziełem satyry politycznej. Prawdziwą tragedią Kosińskiego nie było jednak to, że sfałszował biografię. Polegała ona na tym, że w pogoni za nieśmiertelnością i sławą odebrał godność ludziom, którzy okazali mu serce w najciemniejszych godzinach historii.
W małej wsi nad Sanem niewiele zostało śladów po małym Jurku. Włostowscy i Grocholscy od dawna spoczywają na wiejskim cmentarzu, ale pamięć o tamtych latach żyje w opowieściach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Opowieściach o strachu, dzieleniu się ostatnim kęsem chleba i o wielkiej, niezagojonej urazie wobec chłopca, który podbił Nowy Jork, ale zgubił własną duszę.