Gdy 15 czerwca 1934 roku na warszawskiej ulicy Foksal padły strzały, nikt nie mógł przypuszczać, jak wielkie będą ich konsekwencje. Śmiertelnie ranny został minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. Zamach przeprowadził Hryhorij Maciejko, członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Nie był to pierwszy akt terroru ze strony ukraińskiego podziemia, ale jego skutki okazały się przełomowe.

Reakcja władz sanacyjnych nastąpiła błyskawicznie. Zaledwie dwa dni po zamachu prezydent Ignacy Mościcki podpisał dekret o utworzeniu miejsca izolacji dla wrogów państwa w Berezie Kartuskiej, niewielkim miasteczku na wschodzie Polski. Historia tego ośrodka na trwałe wpisała się w dzieje II Rzeczypospolitej, choć do dziś budzi spory i kontrowersje. Tło tych wydarzeń sięgało maja 1926 roku.
Wówczas to oddziały pod dowództwem Józefa Piłsudskiego przeprowadziły zamach stanu, który zakończył demokratyczne rządy w odrodzonej Rzeczypospolitej. Władzę objął obóz sanacyjny, odwołujący się do hasła „uzdrowienia” życia publicznego. Europa przeżywała wtedy kryzys demokracji, a w wielu krajach rodziły się systemy autorytarne, którym towarzyszyły policyjny ucisk, rasizm i powstawanie specjalnych miejsc odosobnienia. Polska nie stanowiła wyjątku.
Z jednej strony sejmowa scena pogrążona była w jałowych sporach, co czyniło rządy jednej partii kuszącą alternatywą. Z drugiej strony demokracja dawała głos mniejszościom narodowym, wśród których nie wszyscy czuli się obywatelami polskiego państwa. Najliczniejszą z nich byli Ukraińcy. Część z nich akceptowała przyznane im prawa, ale część traktowała Polaków jako wrogów i sięgała po terror.
Zabójstwo Pierackiego stało się dla władz wygodnym pretekstem do realizacji planów przygotowanych znacznie wcześniej. Trudno bowiem uwierzyć, by w ciągu kilku tygodni udało się stworzyć od podstaw więzienie polityczne z wyszkoloną kadrą i odpowiednią infrastrukturą. Część badaczy wskazuje, że inspiracją dla Berezy Kartuskiej był obóz koncentracyjny w Dachau, utworzony wiosną 1933 roku. Co istotne, nazistowskie obozy we wczesnych latach trzydziestych znacznie różniły się od tych z okresu wojny.
Stosunki między Polską a III Rzeszą układały się wówczas bardzo dobrze, czego dowodziły liczne wizyty niemieckich dygnitarzy, takich jak Hans Frank, Heinrich Himmler, Hermann Göring czy Joseph Goebbels. Wizyty te nie miały wyłącznie charakteru towarzyskiego – były okazją do wymiany doświadczeń, także w dziedzinie penitencjarnej. Trudno ocenić, w jakim stopniu przejęto rozwiązania z Dachau, ale charakterystyczne wieże strażnicze, drut kolczasty, numeracja więźniów i brutalność personelu mówią same za siebie. Oficjalnie Bereza Kartuska rozpoczęła działalność 12 lipca 1934 roku, choć pierwsi więźniowie przybyli już sześć dni wcześniej.
Wbrew późniejszym skojarzeniom, pierwszymi osadzonymi byli polscy nacjonaliści. 6 lipca przyjęto Antoniego Grębosza i Bolesława Świderskiego, a następnego dnia – przywódcę ONR Bolesława Piaseckiego wraz z innymi działaczami prawicy. Powód był prosty: narodowców kojarzono z wywoływaniem zamieszek, więc osadzono ich prewencyjnie, aby pokazać, że sanacja zamierza rządzić twardą ręką. Tego samego dnia wieczorem przywieziono także trzech komunistów z Nowogródka.
Początkowo liczby więźniów nie były duże, ale ostatecznie przez obóz przeszło około trzech tysięcy osób. Warunki panoszące się na początku nie były jeszcze tak brutalne. Nacjonalistów traktowano łagodniej, pozwalając im nawet na wspólną świetlicę z niewielką biblioteką. Wszystko zmieniło się, gdy zaczęli przybywać ukraińscy nacjonaliści.
Kiedy udowodniono im udział w zabójstwie polskiego ministra, personel nie okazywał już żadnej litości. Pobicia do nieprzytomności stały się codziennością, a plecy więźniów miały być czarne od pałek. Wkrótce terror objął także Żydów, Białorusinów, komunistów i przeciwników sanacji, w tym wybitnych patriotów. W Berezie osadzono między innymi bohatera powstań śląskich Wojciecha Korfantego, przywódcę ruchu ludowego Wincentego Witosa oraz pisarza Stanisława Cata-Mackiewicza, który jako zwolennik Piłsudskiego trafił tam za krytykę obozu rządzącego.
Przeciwko obozowi podnoszono zdecydowane protesty. Socjalistyczny przywódca Mieczysław Niedziałkowski w sejmowym wystąpieniu domagał się prawnego uzasadnienia dla Berezy, wskazując, że Konstytucja i kodeks karny nie przewidują istnienia obozów izolacyjnych. Jak twierdził, koncepcja obozów koncentracyjnych narodziła się podczas I wojny światowej, była wykorzystywana przez Sowietów w wojnie domowej, a faszyzm rozwinął ją w trwałą instytucję. Niedziałkowski cudem uniknął osadzenia w Berezie, choć i tak zginął z rąk Niemców w Palmirach w 1940 roku.
Formalnie obozem kierował inspektor Bolesław Grefner, a następnie Józef Kamala-Kurhański. Faktyczną władzę sprawował jednak wojewoda poleski płk Wacław Kostek-Biernacki, którego sadystyczne pomysły odczuwano natychmiast po przybyciu. Więzień Józef Szczęśniak wspominał, że nowo przybyłych zmuszano do biegania wąskimi korytarzami, bijąc ich pałkami i kolbami karabinów. Ci, którzy upadali, otrzymywali jeszcze więcej ciosów.
Później kazano im stać twarzą do ściany, a najmniejsze nieposłuszeństwo kończyło się biciem, często do utraty przytomności. Znęcaniu towarzyszył nieustanny krzyk i wulgaryzmy. W nocy uzbrojeni strażnicy wtargali do cel, krzycząc i bijąc więźniów, by pozbawić ich snu. Ta psychiczna tortura była niszcząca.
Część osadzonych traciła zmysły, inni, jak Dawid Cymerman, odbierali sobie życie. Dzień w Berezie zaczynał się o czwartej nad ranem. Na skorzystanie z toalet więźniowie mieli piętnaście minut, ale było ich tak mało, że obóz zamieniał się w kloakę. Więźniowie często załatwiali potrzeby na podłodze, wśród własnych odchodów, a niemal wszyscy chorowali na świerzb.
Po „gimnastyce” czekał skromny posiłek i upokarzająca, wyczerpująca praca, jak choćby ręczne czyszczenie szamb. Jeden z osadzonych opowiadał, że rozkazano więźniom wybierać zawartość szamba gołymi rękami. Gdy jeden z mężczyzn zawahał się, bito go, aż wpadł nieprzytomny do dołu. Towarzysze wyciągnęli go, bo inaczej by utonął.
Innym udokumentowanym wydarzeniem było zakopanie żywcem żydowskiego poety Szolema Żyrmana: kazano mu wejść do jamy, zasypano go ziemią, a więźniowie mieli po niej skakać. Na szczęście inni pracownicy obozu zdążyli zainterweniować i ocalili mu życie. Trudno ustalić dokładną liczbę ofiar śmiertelnych Berezy. Więźniów w ciężkim stanie odsyłano do szpitala w Kobryniu, gdzie często umierali, co pozwalało komendzie obozu obmyć ręce.
Szacunki wahają się od czterech do dwudziestu zgonów, najczęściej podaje się liczbę trzynastu. Pojawiające się wśród części ukraińskich badaczy twierdzenia o setkach zabitych uznaje się za przesadzone i stronnicze. Celem obozu bowiem nie było zabijanie, lecz załamanie więźniów psychicznie. Historyk Andrzej Garlicki pisał, że Bereza Kartuska miała jeden cel – złamać ludzi tak, by nigdy więcej nie sprzeciwili się państwu.
Zakładano, że wystarczą trzy miesiące, ale dla tych, którzy nie okazywali skruchy, pobyt przedłużano. Wielu zwolnionych było cieniem samych siebie, popadało w obłęd lub umierało później na choroby. Przez pięć lat swego istnienia Bereza Kartuska była dla osadzonych piekłem, miejscem niemal niewyobrażalnym współcześnie. Historie stamtąd pokazują, że II Rzeczpospolita, często postrzegana jako pozytywny punkt odniesienia, miała też bardzo głębokie wady.
Do dziś toczy się jednak spór, czy można nazwać ów ośrodek obozem koncentracyjnym. Choć Bereza z pewnością nosiła podobny charakter, a nawet prorządowa prasa używała tego określenia, wielu uważa, że jest to niewłaściwe. Świadomość tego, czym obozy koncentracyjne stały się ostatecznie podczas II wojny światowej, skłania do ostrożności w posługiwaniu się tym pojęciem.
Krótka droga od „obozu koncentracyjnego” do szkodliwego sformułowania „polskie obozy koncentracyjne” sprawia, że temat ten wciąż pozostaje niezwykle wrażliwy.