Ojciec znowu wezwał Tomasza do swojego gabinetu. Tym razem nie chodziło o finanse ani o kontrakt z nowym klientem. Ryszard stał przy oknie, trzymając w dłoni cienką teczkę. Przez chwilę milczał, a potem odwrócił się i położył na biurku fotografię.

Starszy mężczyzna o surowych rysach, w garniturze sprzed lat, patrzył w obiektyw bez cienia uśmiechu. To była jego żona, która zmarła dziesięć lat temu. Andrzej siedział naprzeciwko, ale jego wzrok błądził po suficie, jakby to wszystko go nie dotyczyło. Gdzieś z dołu dochodził odgłos zamykanych drzwi wejściowych, a potem kroki Heleny na schodach.
Zatrzymała się na półpiętrze, słysząc podniesione głosy, ale zaraz potem nacisnęła klamkę do kuchni. W kuchni na stole leżał zeszyt Klary do matematyki, a przy zlewie stał kubek po kakao, który Leon zapomniał wypłukać. Wzięła głęboki oddech i zaniosła go do zmywarki. Potem napisała do Natalii Dąbrowskiej: „Nie śpisz?
”. Kiedy odpowiedź nie nadchodziła, wsunęła telefon do kieszeni i poszła na górę. Zajrzała do dzieci, przykryła Leona, który już spał, i wróciła do sypialni. Minęło dwadzieścia minut, kiedy usłyszała, że drzwi gabinetu otwierają się i zamykają.
Potem do przedpokoju wszedł Andrzej. Wziął szybki prysznic, a po chwili znów stał w świeżej koszuli, szykując się do wyjścia. Dokąd teraz? – zapytała Helena.
Wychodzę. Wrócę późno. Obiecałeś Leonowi, że zabierzesz go do parku. Zabiorę go w niedzielę.
Nie zawracaj mi głowy. Zanim zdążyła odpowiedzieć, trzasnął drzwiami wejściowymi. Przez uchylone okno dobiegł odgłos odpalającego silnika. Stała nieruchomo, słuchając, jak samochód wyjeżdża z podjazdu.
Potem wyszła do przedpokoju i zauważyła na konsoli jego kluczyki. I obrączkę. Leżała obok, srebrne kółko na tle drewna. Wzięła ją do ręki, a potem, jakby parzyła, odłożyła z powrotem.
Następnego ranka do jej biura w Zawadzki Spedycja zajrzał Tomasz Stępień. Miał na sobie jasną koszulę, a w dłoni trzymał dokumenty. Zerknął na korytarz, po czym wszedł i zamknął za sobą drzwi. Prześlę ci go do południa – powiedział, kładąc na biurku kopertę.
– Ryszard prosił, żebym ci to przekazał. W środku znajdował się odręczny list. Kilka zdań o tym, że firma zawsze miała być dla niej. Że Andrzej nie ma do niej serca, że nie zna się na ludziach, że wyczerpie ją i biznes, jeśli będzie musiał.
Na końcu dopisek: „Nie dzwoń do niego. Po prostu przyjedź”. Helena schowała list do torebki i wyjrzała przez okno. Na parkingu przed biurem stał samochód Ryszarda.
Jej teść wcale nie wyglądał na chorego. Owszem, przygarbił się nieco, ale w jego oczach wciąż była ta dawna iskra, kiedy wysiadł i machnął do niej, abym podeszła. Wyszła mu naprzeciw. Co się dzieje?
– zapytała. – Powinieneś być w domu. Muszę ci coś powiedzieć. Nie załatwione.
Chodź. Pojechali do niego, do niewielkiego domu na obrzeżach miasta. W salonie pachniało wilgocią i starym drewnem. Na stole leżała już otwarta teczka, a w niej dokumenty, które znała zaledwie z widzenia.
Akty własności, umowy, decyzje o podziale gruntów, notarialne poświadczenia. Ryszard podsunął jej krzesło. Prawie wszystko, co mam, jest zapisane Andrzejowi – powiedział cicho. – Wiem.
Ale to nie znaczy, że tak ma zostać. Nie rozumiem. Twój mąż – ciągnął, kładąc przed nią dokument, którego nie znała. – Dodał cię do rachunków?
Do firmy? Tylko do jednego konta. Do tego, na które wpływa pensja. A wiesz, że ja już dawno temu dodałem cię do korespondencji firmowej?
Że masz dostęp do wszystkich dokumentów? Patrzyła na niego bez słowa. On wyciągnął z kieszeni okulary, założył je i wskazał na jeden z zapisów. To jest kopia mojego testamentu.
Nazwiska nie są jeszcze wpisane. Ale chcę, żeby to ty go dokończyła. Helena, dziecko, chcę, żeby firma przetrwała. A Andrzej ją zniszczy.
Ręce zaczęły jej się trząść. Chciała zapytać o to, o czym myślała od tygodni, o te telefony ukradkiem, o ten szorstki ton, o to, że wracał do domu późno. Ale nie zdążyła, bo on dodał:
On cię zdradza. Znajdź sobie adwokata.
Wieczór spędziła tak, jak miała to w zwyczaju. Zawiozła Ryszarda do domu, wróciła do dzieci, przygotowała im kolację i poszła spać. Ale nie spała. Leżała i patrzyła w sufit, kiedy usłyszała, że Andrzej wraca.
Najpierw klucze w zamku, potem ciche kroki. Wszedł do sypialni, nie zapalając światła, i położył się obok niej. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, odwrócił się do ściany i zasnął. Rano znalazł ją w kuchni, podając Leonowi płatki.
Dziś wrócę wcześniej – powiedział, a ona usłyszała w tym nie obietnicę, ale nakaz. O której? Około piątej. Leon, nie odrywając wzroku od talerza, mruknął:
Tato, obiecałeś, że zabierzesz mnie do parku w niedzielę.
W niedzielę, synu. Zawsze w niedzielę. W niedzielę nie przyszedł. Nie przyszedł też w poniedziałek ani we wtorek.
Dzwoniła, ale odbierał tylko wtedy, kiedy sam chciał. Za każdym razem mówił o nowym kontrakcie, o zmęczeniu, o tym, że to wszystko jedno, żeby nie czekała z kolacją. A potem przestał odbierać w ogóle. Tego czwartku Helena wyciągnęła walizkę z szafy.
Położyła na łóżku jego koszule, garnitury, buty. Dołożyła maszynkę do golenia, ładowarkę do telefonu. Na samą górę wsunęła kopię testamentu. Potem wyszła z sypialni, zeszła na dół i usiadła w salonie, czekając na Ryszarda.
Wiedziała, że przyszedł, bo usłyszała skrzypienie podłogi pod jego stopami. Robi się późno – powiedział, stając w drzwiach. Wiem. Zadzwoniłaś do niego?
Nie. Odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko. Widziałaś coś? – zapytała.
– Bo nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś tak po prostu… Tak. Widziałem. Zamilkł, a potem wyjął z kieszeni telefon i przesunął po ekranie.
Zatrzymał się na zdjęciu, które zrobił kilka dni temu. Andrzej w restauracji, na parkingu, całujący kobietę, której Helena nie znała. Ścisnęła telefon w dłoni, a potem oddała. Kto to jest?
Jego sekretarka. Ma na imię Dorota. Zamknęła oczy. A gdy je otworzyła, zobaczyła, że Ryszard patrzy na nią z wyrazem, którego nie potrafiła nazwać.
Napiszę pozew – powiedziała cicho. – Zrobię to. Tego wieczoru Andrzej wrócił do domu, zdjął marynarkę i powiesił ją na krześle. Zobaczył walizkę przy drzwiach i uniósł brew.
Co to ma znaczyć? Wynoszę ci rzeczy. Rzeczy. Moje rzeczy?
Chyba żartujesz. Wynajęłam ci pokój w hotelu. Do skutku rozwodu. Roześmiał się, ale jej twarz pozostała nieruchoma.
Przez chwilę patrzył na nią, jakby czekał, aż mu się przyzna, że to żart. Potem jego twarz stężała. Nie zrobisz mi tego. Już to zrobiłam.
Do zobaczenia w sądzie. Złapał ją za łokieć. Mocniej, niż trzeba. Poczuła ból, ale nie cofnęła ręki.
Nie waż się mnie dotykać – powiedziała. – Nigdy więcej. Odsunął się. Jego oczy pociemniały.
To przez mojego ojca. Wszystko przez niego. On cię przeciwko mnie nastawił. A co z twoją sekretarką?
– zapytała. – Też on ją najął? Andrzej zamilkł jakby dostał w twarz. Przez chwilę nic nie mówił, a potem podszedł do walizki, chwycił ją za rączkę i wyszedł.
Słyszała, jak jego kroki niosą się po schodach, potem wejściowe drzwi trzasnęły. Odwróciła się i dopiero wtedy zauważyła Leona w drzwiach pokoju. Chłopiec patrzył na nią szeroko otwartymi oczami. Tata jedzie do parku?
– zapytał. Ojciec ma teraz trochę spraw, kochanie. Ale na pewno jeszcze pojedziecie do parku. Kłamstwo.
Oboje to wiedzieli. Następnego dnia pozew rozwodowy trafił do sądu. Wkrótce potem Helena wezwała Weronikę do biura. Młoda kobieta, ledwie po aplikacji, usiadła naprzeciwko i położyła przed sobą notatnik.
Spotkałam się z adwokatem Andrzeja – zaczęła. – Chce, żebyś skłamała przed sądem. Chce, żebym wzięła winę na siebie. Powiedział: „Udowodnij, że to on zdradził, zgoda, ale najpierw podpisz, że nie masz do niego żadnych roszczeń o alimenty.
Wtedy rozstaniemy się na papierze”. Co odpowiedziałaś? Powiedziałam, że potrzebuję czasu. – Helena odwróciła się do okna.
– Ale chyba czas się skończył. Tego popołudnia poszła do Ryszarda. Siedział w fotelu, a na kolanach trzymał starą fotografię. Kiedy ją zobaczył, schował zdjęcie do teczki i poklepał miejsce obok siebie.
Za każdym razem, kiedy na niego patrzę, przypominam sobie, jaki był jako dziecko. Dobre chłopię. Ale to wszystko przeszło. Wiem, że to nie twoja wina.
Nie winię cię. Po prostu już nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Rozmawiałaś z nim? Nie.
On wysyła do mnie tylko prawników. To chyba lepiej. W parę dni później dostał SMS-a od niego. „Musimy porozmawiać o sprawach ojca”.
Ryszard pokazał go Helenie. Nie odpisuj – powiedziała. Nie zamierzałem. Ale kilka dni później, kiedy wróciła do domu, w salonie siedział Ryszard z dokumentami rozłożonymi na stole.
On opróżnił konto firmowe – powiedział, nie podnosząc wzroku. – Wszystko. Wyprowadziłeś wszystkie pieniądze, zamknął jedną z filii. Na drugi dzień potem nagle pojawiła się nowa faktura za remont w jednym ze sklepów.
Uderzyła dłonią w blat. To nie jest jego. Jest. Zawsze tak uważał.
Co mówi twój prawnik? Powiedział, że to może być trudne. Że mogę to nazwać kradzieżą. Nie zrobisz tego – powiedziała Helena.
– Rozmawiałam z adwokatem. Jeśli udowodnią, że firma należy do ciebie, że to była twoja własność przez cały czas, on może tylko pogorszyć swoją sytuację. Ale to potrwa. Trzeba przygotować dokumenty.
I co ja mam robić przez ten czas? Pomóż mi. Pomóż mi zebrać wszystko to, co jeszcze jest do zebrania. Przyjrzał się jej, a potem uniósł wzrok.
A ty? Co ty robisz? Zamierzam dopilnować, żebyś ty przeżył tę historię. Tymczasem Andrzej wynajął pokój w hotelu, ale nie zrezygnował z walki.
Wysłał do żony formalne wezwanie do opuszczenia budynku firmy, ale Helena zignorowała je. Przestał do niej dzwonić. Próbował natomiast dzwonić do Ryszarda, ale teść odbierał jedynie wtedy, kiedy sam tego chciał. A kiedy już odbierał, to tylko po to, żeby powiedzieć:
Dziecko, mówię ci, że nie ma sprawy, którą mielibyśmy tutaj kruszyć między sobą.
Następnego dnia przyszło oficjalne zawiadomienie: Andrzej wezwany został do złożenia zeznań w sprawie spadku. Tego samego dnia Helena poszła do Ryszarda. Siedział w gabinecie, a przed nim leżała otwarta teczka. Na jej widok wyprostował się.
Widziałeś, co on zrobił? – powiedziała. – Usunął wszystko z konta. Teraz złożyłeś podpis na jakimś dokumencie, którego nie mogę nawet odczytać.
Co to jest? List do notariusza. Potwierdzenie, że jedynym właścicielem udziałów w firmie jest mój syn. Ale to nie jest prawda, prawda?
Przez długą chwilę milczał. Potem wstał, podszedł do szafy i wyjął z niej drugą, skórzaną teczkę. Musiałem to zrobić. Musiałem zabezpieczyć firmę przed nim.
Zanim on to wszystko zniszczy. Włożył do niej kilka dokumentów. Helena zerknęła na pierwszy. Wyraźny nagłówek: „Przeniesienie własności udziałów na wypadek śmierci”.
Poniżej nazwa firmy, data, miejsce. I ręczny dopisek: „z wyłączeniem Andrzeja Ryszarda, wyłącznie na rzecz Heleny Zawadzkiej”. Zbladła. Co to jest?
Napisali to z moim prawnikiem. To jest ważne, dziecko. Jeżeli cokolwiek mi się stanie, to wszystko przechodzi na ciebie, nie na niego. A on?
Co z twoim synem? On dostanie to co mu się należy. Dom. Trochę pieniędzy.
Może to mu wystarczy. Chciała zaprotestować, ale on podniósł rękę. Wiem, co mówię. Kiedy ja zniknę, on nie zawaha się rzucić na ciebie z pazurami.
Musisz być na to gotowa. Potem wziął jej dłoń i wsunął jej do ręki dokument. Przechowaj to. Nie mów o tym nikomu.
Nawet dzieciom. Trzy dni później wzięli go do szpitala. Lekarze mówili o stopniu zaawansowania choroby, ale nie padło słowo „powrót do domu”. Leżał blady wśród poduszek, z kroplówką w dłoni, wpatrzony w sufit.
Kiedy Helena weszła, odwrócił głowę i na jej widok skinął ledwo zauważalnie. Był wyczerpany, ale uśmiechnął się kącikiem ust. A ty co tutaj robisz? Powinnaś być w firmie.
Coś ty. Firma cię potrzebuje. Firma już wie, co ma robić. Zamknął oczy.
Kiedy otworzył je z powrotem, w jego wzroku była ta dawna jasność. A potem usłyszeli kroki na korytarzu. Drzwi otworzyły się i na progu stanął Andrzej. Miał na sobie garnitur, na szyi jedwabny krawat.
Na widok żony zesztywniał. Co ty tu robisz? – zapytał. Pielęgnuję mojego teścia.
A ty? Nadszedł, żeby porozmawiać z ojcem. Ryszard westchnął. Tablica rozdzielcza i tak jest już poważnie spóźniona – powiedział, nie otwierając oczu.
– Wróć lepiej do domu, Andrzej. Tam nie ma już dla ciebie roboty. Ale ojcze… Mówiłem do jasności, a nie do papieru.
Wyszedł z pokoju. W szpitalu zapanowała cisza. Kiedy sprzątaczka wsunęła głowę do środka, Helena wstała. Posiedzę tu z tobą jeszcze chwilę – powiedziała cicho.
– Potem muszę wracać, bo dzieci. Zostań. – Wskazał na krzesło. – To jest lepsze.
Siedziała przy nim do wieczora. I kolejne wieczory. Czytała mu na głos gazety, trzymała go za rękę, kiedy spał, karmiła go łyżeczką, żeby nie słuchać ponagleń. Kiedy zaczynał gadać o testamencie, kręciła głową.
Zaopiekuj się tym dla mnie – mówił. – Dopilnuj, żeby nie wpadło w niepowołane ręce. Kiedy był sam, po jednej z takich rozmów lekarze zabrali go na kolejne badania. Wrócił po dwóch godzinach.
Był bledszy, bardziej zmęczony. W następny piątek odwołali go na badania i nie wrócił już samodzielnie do domu. Tego samego popołudnia Andrzej przyszedł do biura. Helena usłyszała go, zanim go zobaczyła: ciężkie kroki na korytarzu, a potem otwarte drzwi gabinetu.
Stanął w progu z dokumentem w ręku. Przyniosłem oficjalne wezwanie – powiedział. – Zgodnie z prawem jesteś zobowiązana do opuszczenia tego budynku do końca tygodnia. To jest kopia.
Rzucił dokument na biurko. Twoja obecność tutaj, Heleno, to czysty wypadek. Nigdy nie miałaś uprawnień. Nie wpłacałaś żadnego kapitału, nie podpisywałaś żadnych umów.
Ty tylko tu siedzisz. Teraz twoja rola się skończyła. Słuchała go z rękoma splecionymi. Kiedy skończył, uniosła wzrok.
Mój prawnik zapoznał się z tym wezwaniem – odpowiedziała spokojnym głosem. – Twoja formalna pozycja nie daje ci prawa do ignorowania uchwały właściciela. Jakiego właściciela? To jest moja firma.
Kiedy Ryszard odzyskał przytomność, powtórzył mu to wprost. Leżał w szpitalnym łóżku, wpatrzony w sufit. Mogę cię zapewnić, że jeśli ty nie przestaniesz, to ja w tej chwili jasno określę, kto jest właścicielem. Co ty w ogóle wygadujesz?
Mówię, że miałem dość tych ciągłych przepychanek. Podjąłem decyzję. Nie podlegają żadnej dyskusji. To moje prawo.
Prawa, które sobie wynająłeś. Zanim tam ruszył, Helena weszła do salonu. Andrzej odwrócił się gwałtownie, kiedy drzwi się otworzyły. Spojrzał na nią tak, jakby to ona była kimś obcym.
Powinieneś wiedzieć – powiedziała cicho, stając przed nim – że ten budynek nigdy nie należał do ciebie. Odpowiedział jej tak:
Należą do mnie wszystkie udziały, które zarejestrowano na moje nazwisko po śmierci mojego ojca. Jeżeli masz coś innego, powiedz to teraz. A ojciec przecież już dawno zaorał cię w testamencie.
Helena wyczuła, że to mogła być lepsza linia niż to, co zamierzała powiedzieć. I rzeczywiście. Andrzej zbladł. Co powiedziałeś?
Wstała, podeszła do biurka, wyjęła z szuflady notarialną kopię i położyła mu przed oczami. Twój ojciec ustanowił cię wyłącznie syndykiem i powiernikiem swojego majątku. Właścicielem całości jest osoba trzecia. Ty jesteś tylko tymczasowym zarządcą.
Musisz podpisać przeniesienie udziałów. To niemożliwe. Przeczytaj. Przeczytał.
Potem przeczytał jeszcze raz. Potem odłożył dokument drżącą dłonią. On mi to zrobił. On ci po prostu przypomniał, kim jesteś.
Z twarzy zniknęły mu wszelkie kolory. Rzucił okiem na podpis, nie na pismo ręczne, ale potem cofnął się, jakby dotknął rozgrzanego blatu. Ja to sprawdzę. Sprawdź.
Masz prawo to zrobić. Sięgnął po telefon, ale potem go odpuścił. Nie zamierzam o to wnosić do sądu. Co zrobisz?
A co mam zrobić? – wycedził. – Pozwać zmarłego? Wydaje ci się, że będzie o to walczył?
Wstał. Helena zauważyła, że drżą mu ręce. Jesteś zbyt chytra. Zawsze taka byłaś.
Wiesz, że teraz, kiedy on nie żyje, to wszystko jest moje. Moje. Nie, Andrzej. To nie jest twoje.
I nigdy nie było. Spojrzał na nią jeszcze przez chwilę, po czym, nic nie mówiąc, wyszedł z biura. Drzwi zatrzasnął tak mocno, że o mało nie wypadły z zawiasów. W drodze do szpitala dostała SMS-a.
Numer nieznany. „To jeszcze nie koniec. Znajdę sposób”. Usunęła wiadomość bez słowa.
Ryszard umarł trzy dni później. W nocy. W ciszy, bez świadków. Zapachy leków i chloru, stał się, a potem jeden, jedyny cichy oddech, po którym już nigdy nie nastąpił.
Pielęgniarka wypełniła dokumenty. Helena stała przy oknie i patrzyła na szpitalną ulicę. Odszedł – powiedziała do kogoś, kto wyszedł za nią. Tomasz położył jej dłoń na ramieniu.
Jestem przy tobie. Zawsze. W drodze do domu milczała. Wieczorem, kiedy dzieci już spały, zadzwonił prawnik.
Stwierdzenie nabycia spadku. Musisz przyjść na wyznaczoną rozprawę. Wchodzisz w prawa do udziałów. I?
– zapytała. I jest pani właścicielką wszystkiego. Przygotowuję stosowne dokumenty. Ale nie było żadnej formalnej gwarancji.
Wiedziała, że to, co ma, to tylko papier. I dobra, w tej chwili, tylko nadzieja. Trzy dni później weszła do sali konferencyjnej pełnej prawników. Andrzej już na nią czekał.
Siedział w garniturze, ze złożonymi rękami. Kiedy wszedł jego prawnik, Andrzej nawet się nie odwrócił. Panie mecenasie – warknął. – Proszę to załatwić.
Weronika wstała, trzymając w dłoni oprawioną w folię kopię testamentu. Zgodnie z zapisem, począwszy od chwili śmierci pana Ryszarda Zawadzkiego, cały majątek stanowiący jego własność, w tym firma Zawadzki Spedycja, przechodzi w całości na rzecz pani Heleny Zawadzkiej. Andrzej Zawadzki utrzymuje, iż dokument jest sfałszowany, oraz wzywa do zbadania go w sądzie. Jaka podstawa?
Oświadczenie syna zmarłego, iż w dniu podpisania nieznana była pełna świadomość testatora. To kłamstwo – powiedziała Helena cicho. Sąd zarządził, że do czasu rozstrzygnięcia sprawy całość nieruchomości zostaje objęta nadzorem sądowym. W oczach Andrzeja błysnęło coś na kształt triumfu.
Wyszedł z sali, mijając ją bez słowa. Weronika ścisnęła jej rękę. Jeszcze nie koniec. Trzy tygodnie później odbyła się kolejna rozprawa.
Sąd przesłuchał świadków. Ryszard udokumentował orzeczenie lekarza, który w chwili podpisywania dokumentu był w pełni zorientowany w otoczeniu i zdolny do podejmowania samodzielnych decyzji. Dokument sporządzony był w kancelarii notarialnej, w obecności dwóch świadków. Zeznania lekarza były jednoznaczne.
Sędzia pochyliła się nad aktami. Pan Andrzej Zawadzki – powiedziała – twierdzi, że w dniu podpisania dokumentu ojciec był niepoczytalny, co pani zdaniem jest bezpodstawne. Czy pani zdaniem istnieją jakiekolwiek inne okoliczności, które pozwoliłyby na stwierdzenie nieważności tego dokumentu? Weronika wstała.
Strona powodowa nie wniosła żadnych dowodów. Ani świadkowie, ani biegli nie potwierdzili zarzutu. Dokument zawiera opinię psychiatryczną, która nie ma żadnych uchybień. Sędzia kiwnęła głową.
Sąd oddala powództwo. Testament w pełni ważny. Majątek przechodzi na Helenę Zawadzką. Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, Andrzej wstał.
Mój ojciec nigdy by się na to nie zgodził! On mną gardził, ale gardził też i tobą – mówiąc to zwrócił się w stronę Heleny. Wykorzystałaś jego słabość. Nierozsądnego starca, który już nie wiedział, co podpisuje.
Ja podpisywałam przede wszystkim to, że nie masz wstępu na teren fabryki – powiedziała Helena. I jeszcze jedno, mój adwokat przekaże ci pismo. Ale już nie w tej sali. Chodź.
Kiedy wyszła, dołączył do niej na korytarzu. Szedł obok niej. Przystanął na chwilę przy drzwiach. Jeszcze jedno – powiedział.
– Wiem, że to ty podrobiłaś ten dokument. Ty i mój stary. Ale nie macie na to żadnych pieniędzy. Jestem już po rozmowie z kilkoma firmami.
Wystawię cię do wiatru. Zobaczysz. Nic nie odpowiedziała. Zapięła płaszcz, wsiadła do samochodu i odjechała.
Minął miesiąc. Dni wypełniła pracą w firmie. Wieczory wracały do wspomnień. Leon chodził z nim do parku.
Klara zadzwoniła z własnej woli któregoś wieczoru, po prostu, żeby porozmawiać. Wychodzę z biura – powiedziała Helena. – Jak tam u ciebie? Dobrze, mamo.
Jest dobrze. Tego dnia po pracy podjechała pod dom. Na podjeździe stał samochód Andrzeja. Usiadła w fotelu, czekając.
Zgaś światła, pomyślała. Ale drzwi otworzyły się i stanął w nich. Stał przez chwilę, przekrzywiając głowę. Zapomniałeś czegoś?
– zapytała chłodno. – Ciebie. Chciałem ten twój numer. Co takiego?
Andrzej zrobił krok do przodu. W ręku ściskał kluczyki. Wskazał na swój samochód. Mówiłem ci przecież: chodzi mi o to, co jest moje.
Ale nie o to, co myślisz. Potrząsnęła głową. Cofnęła się o krok. Andrzej, to wszystko już prawomocne.
On tylko się uśmiechnął. Potem wsiadł do samochodu, zatrzasnął drzwi i odjechał. Początkowo nic nie robiła. Stała, potem usiadła na schodku wejściowym.
Powietrze pachniało deszczem. zanim zdążyła wstać, zauważyła, że zostawił coś w przedpokoju. Na konsoli leżała obrączka. Ta sama, którą zdjęła tydzień temu.
Zobaczyła obok niej wydrukowany bilet lotniczy z datą na jutrzejszy poranek. Miejsce wylotu: Kraków. Miejsce docelowe: gdzieś w południowej Europie. Na dole dopisek długopisem: „Nie potrzebuję twojego prezentu ślubnego”.
Oparła się o framuga, trzymając kawałek papieru w dłoni, aż drzwi wejściowe się zamknęły i zapadła noc. Potem weszła do środka, włożyła dokument do szuflady, tej samej, w której trzymała testament, i poszła sprawdzić, czy dzieci śpią.