Generał Władysław Anders: Bohater, którego Polska chciała zapomnieć…

Generał Władysław Anders: Bohater, którego Polska chciała zapomnieć...

Władysław Anders wyszedł z celi NKWD w sierpniu 1941 roku jako człowiek, którego lekarze więzienni właściwie już spisali na straty. Dwa lata przesłuchań, szkorbut, otwarte rany i głód sprawiły, że nie mógł chodzić dłużej niż kilkanaście minut. Tego samego dnia usłyszał, że ma zbudować armię od zera – z ludzi wychodzących z łagrów, kopalń i kołchozów, bez butów, mundurów i nadziei, że dożyją wiosny. Zanim trafił do sowieckiego więzienia, był jednym z najbardziej znanych polskich kawalerzystów.

Thumbnail

Urodzony w 1892 roku w spolonizowanej rodzinie o bałtyckich korzeniach, studiował na politechnice w Rydze, gdzie wstąpił do korporacji akademickiej Arkonia, a jazda konna stała się jego prawdziwą pasją. Podczas I wojny światowej służył w armii rosyjskiej, był kilkakrotnie ranny i odznaczony Krzyżem Świętego Jerzego, a po rewolucji wybrał Polskę, której formalnie jeszcze nie było na mapach. W wojnie z bolszewikami dowodził 1. Pułkiem Ułanów Krechowieckich.

29 lipca 1920 roku poprowadził kontratak, został ciężko ranny i odmówił opuszczenia pola walki, dopóki nie upewnił się, że pozycja jest utrzymana. Za ten czyn otrzymał Virtuti Militari. Gdyby historia skończyła się wtedy, pozostałby klasyczną biografią udanego kawalerzysty. Przed nim był jednak rok 1926.

W maju Józef Piłsudski wyprowadził wojsko przeciwko legalnemu rządowi. Anders stanął po stronie władz wybranych zgodnie z prawem, choć szanował marszałka i rozumiał jego rolę. Zadał sobie pytanie, komu żołnierz składa przysięgę – człowiekowi czy państwu – i wybrał państwo. Po kilku dniach walk w Warszawie opór przerwano.

Anders nie awansował błyskawicznie, nie wszedł do ścisłego kręgu władzy, ale zachował mundur i dalszą karierę. Ta decyzja, czysto moralna i pozornie bez konsekwencji, trzynaście lat później uratowała mu nazwisko, a po kolejnych latach stała się jednym z powodów, dla których nie mógł wrócić do Polski. We wrześniu 1939 roku jego nowogródzka brygada kawalerii weszła do walki pod Mławą. Niemcy atakowali czołgami, lotnictwem i artylerią.

Anders manewrował, wycofywał się, uderzał i znów wychodził spod ciosu, ale front się rozpadał. 17 września od wschodu wkroczyła Armia Czerwona. Pod koniec miesiąca, podczas próby przebicia się na Węgry, jego grupę osaczyli Sowieci. Anders był dwa razy ranny – w nogę i kręgosłup – upadł w błoto i trafił w ręce NKWD.

Najpierw szpital we Lwowie, potem moskiewskie więzienia: Butyrki i Łubianka. Przez 22 miesiące śledczy proponowali mu współpracę: przyznanie się, podanie nazwisk, służbę w innym systemie. Odpowiadał zawsze tak samo – złożył przysięgę Rzeczypospolitej. Wiosną 1940 roku za murami więzienia likwidowano polską elitę oficerską w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie.

Anders o tym nie wiedział, ale to właśnie on kilka lat później zadał Stalinowi pytanie o tych ludzi. 22 czerwca 1941 roku Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Wczorajsi wrogowie stali się potrzebni. Podpisano układ Sikorski–Majski, ogłoszono amnestię dla polskich obywateli i zdecydowano o utworzeniu polskiej armii na terytorium ZSRR.

Dowództwo powierzono Andersowi. 4 sierpnia otworzyły się drzwi jego celi. Wyszedł w stanie, w którym normalny człowiek trafia do szpitala na pół roku, i miał zbudować wojsko bez broni, zaopatrzenia, koszar i lekarzy. Do Buzułuku, Tocka i Tatiszczewa zaczęli spływać ludzie, których trudno było nazwać żołnierzami.

Wychudzeni mężczyźni w łachmanach, kobiety, dzieci i starcy z odmrożonymi stopami, gruźlicą i kurzą ślepotą. Niektórzy nie mieli obuwia i owijali nogi szmatami. Część umierała po przyjeździe, bo organizm przekroczył granicę, zza której nie ma powrotu. Zdarzało się, że normalny posiłek zabijał człowieka.

Płakali, słysząc polską komendę, bo dwa lata nie słyszeli polskiego rozkazu. Razem z żołnierzami przyszli cywile – tysiące, potem dziesiątki tysięcy. Radziecka strona stawiała sprawę jasno: armia ma karmić żołnierzy, a cywile to nie wasza sprawa. Anders odmówił.

Kazał dzielić żołnierski przydział żywnościowy między wszystkich – każdy żołnierz jadł mniej, żeby jadło dziecko, które formalnie nie istniało. Zaczęły powstawać szpitale, sierocińce, szkoły i ochronki. Wojsko prowadziło lekcje polskiego dla dzieci, które zapomniały liter. Powstała kobieca służba pomocnicza.

Z jednostki wojskowej zrobiło się małe wędrowne państwo polskie zbudowane w środku Kazachstanu i Uzbekistanu z niczego. Nad wszystkim wisiało pytanie, które z tygodnia na tydzień stawało się coraz bardziej niepokojące: gdzie są oficerowie? Do niewoli sowieckiej w 1939 roku trafiły dziesiątki tysięcy polskich wojskowych, w tym bardzo duża grupa oficerów. Przez pewien czas mogli pisać listy, adresy obozów się zgadzały.

Po amnestii szeregowi i podoficerowie wracali, ale ci konkretni ludzie z trzech konkretnych obozów nie. Anders zlecił poszukiwania Józefowi Czapskiemu, malarzowi i intelektualiście, który sam był w Starobielsku i przeżył. Czapski chodził po urzędach, podawał nazwiska, daty i numery obozów. Za każdym razem dostawał uprzejme zdziwienie, obietnice sprawdzenia i sugestie, że dokumenty gdzieś się zawieruszyły.

Państwo, które prowadziło ewidencję każdego kilograma zboża, nagle nie potrafiło powiedzieć, co stało się z kilkoma tysiącami oficerów, których samo więziło. W grudniu 1941 roku Anders siedział przy stole na Kremlu z premierem Sikorskim i Stalinem. Przywiózł listy z nazwiskami, stopniami i obozami. Mówił wprost, że tych ludzi nie ma.

Stalin odpowiedział spokojnie, że wszyscy zostali zwolnieni i że pewnie rozjechali się po świecie – może uciekli, może są w Mandżurii. Anders wiedział, że to nieprawda. Znał tych ludzi i wiedział, jak działa ten kraj – nie da się przejechać stu kilometrów bez przepustki, a co dopiero przejść przez kontynent. Nie mógł jednak powiedzieć, co myśli, bo za jego plecami stały dziesiątki tysięcy ludzi, których los zależał od tej rozmowy.

Tymczasem przydziały żywnościowe obcięto z siedemdziesięciu tysięcy racji do nieco ponad trzydziestu tysięcy. Armia przeniosła się na południe, do Uzbekistanu i Kirgistanu, gdzie panowały tyfus, malaria i czerwonka. Ludzie umierali z chorób i głodu. Umierały dzieci i żołnierze, którzy przeżyli lata łagru.

W tym samym czasie Moskwa żądała wysłania dywizji na front. Anders odmówił. Wiedział, że ci ludzie nie są w stanie walczyć – połowa nie utrzymałaby karabinu przez dzień marszu – i podejrzewał, że wysłanie ich pojedynczymi jednostkami bez zaplecza oznacza, że rozpłyną się w sowieckim froncie i nikt ich nigdy nie policzy. Zaproponował wyprowadzenie armii ze Związku Radzieckiego.

Dla Stalina to była utrata kontroli nad ludźmi i kartą przetargową, ale Brytyjczycy rozpaczliwie potrzebowali wojska na Bliskim Wschodzie. Interesy się zeszły. Zgoda zapadła najpierw na część ludzi wiosną 1942 roku, potem na resztę latem. Statki były przepełnione, tabor kolejowy przydzielany z opóźnieniem, a każdy dzień zwłoki oznaczał kolejne trumny – właściwie kolejne doły, bo trumien nie było.

W Krasnowodsku ludzie ładowali się na zniszczone jednostki, stali jeden przy drugim przez całą przeprawę. Matki trzymały dzieci na rękach, bo bały się, że jeśli je postawią, ktoś je stratuje. Niektórzy umierali jeszcze przed wejściem na trap. Kiedy pierwsi schodzili na brzeg w perskim porcie Pahlawi, klękali i całowali ziemię.

Ta ziemia nie należała do obozu – nie było na niej wartownika ani drutu, nikt nie liczył ich na apelu. Śmierć jednak nie zatrzymała się na brzegu. Po latach głodu organizmy nie wytrzymywały nagłego jedzenia, a tyfus i czerwonka przyjechały razem ze statkami. Do dziś w Iranie znajdują się polskie cmentarze z tamtego czasu.

Anders wyprowadził ze Związku Radzieckiego ponad 115 000 ludzi, w tym kilkanaście tysięcy dzieci. W ZSRR zostały jednak setki tysięcy Polaków, którzy nie zdążyli lub nie zostali wypuszczeni. Pytanie „dlaczego nie zabrałeś wszystkich? ” szło za nim do końca życia.

Odpowiedź była prosta i okrutna: zabrał tylu, na ilu dostał zgodę, i walczył o każdą kolejną partię. Kiedy jest się człowiekiem, który raz w życiu miał w rękach cudze życie na taką skalę, arytmetyka przestaje pomagać. W Iranie zaczęło się zmartwychwychwstanie. Lekarze ratowali ludzi, których miesiąc wcześniej spisano na straty.

Dzieci dostawały ubrania i buty. Powstawały szkoły, harcerstwo i kursy zawodowe. W Isfahanie stworzono system opieki nad polskimi sierotami tak rozległy, że miasto nazwano później miastem polskich dzieci. Żołnierze dostali brytyjskie mundury, racje, broń, czołgi, artylerię i czas na wyszkolenie.

Na Bliskim Wschodzie formował się 2. Korpus Polski. W szeregach pojawił się także rekrut, którego żaden regulamin nie przewidział – niedźwiedź Wojtek, kupiony od irańskiego chłopca za kilka puszek konserw, parę groszy i scyzoryk. Mały miś karmiony mlekiem skondensowanym z butelki po wódce rósł razem z wojskiem, bawił się z żołnierzami, jeździł ciężarówkami, podkradał jedzenie, pił piwo i bał się burzy jak dziecko.

Kiedy okazało się, że zwierzę nie może przekroczyć granicy ani wejść na okręt, wpisano go na stan jako żołnierza kompanii zaopatrywania artylerii. Dla żołnierzy, którzy stracili rodziny i dom, był dowodem, że można się jeszcze do czegoś przywiązać i można się śmiać. W polskim korpusie służyły też tysiące Żydów, polskich obywateli, którzy przeszli przez łagry i Morze Kaspijskie. Kiedy armia znalazła się na Bliskim Wschodzie, część z nich zaczęła opuszczać szeregi, by przyłączyć się do żydowskiego ruchu narodowego w Palestynie.

Formalnie to była dezercja, a Brytyjczycy patrzyli na to ostro. Anders nie wydał hałaśliwego rozkazu ani nie zrobił z tego sprawy politycznej – po prostu nie ścigał ich z pełną surowością i nie zamienił w pokazowe procesy. W praktyce wielu odeszło i nikt za nimi nie posłał żandarmerii. Wśród tych, którzy wtedy odeszli, był młody Menachem Begin, późniejszy premier Izraela i laureat pokojowej Nagrody Nobla.

W kwietniu 1943 roku świat usłyszał słowo „Katyń”. Niemcy ogłosili odkrycie masowych grobów polskich oficerów pod Smoleńskiem, wykorzystując to propagandowo. Dla Andersa to nie była nowina – to była odpowiedź na pytanie, które zadawał od dwóch lat. Polskie władze w Londynie poprosiły Międzynarodowy Czerwony Krzyż o zbadanie sprawy, co Moskwa wykorzystała jako pretekst do zerwania stosunków dyplomatycznych.

Od tej chwili Katyń stał się dla Andersa kwestią, na której nie ugiął się nigdy do końca życia. Trzy miesiące później, 4 lipca 1943 roku, samolot z generałem Władysławem Sikorskim, naczelnym wodzem i premierem, spadł do morza kilkanaście sekund po starcie z Gibraltaru. Zginęła córka Sikorskiego i ludzie z jego otoczenia, przeżył tylko pilot. Oficjalne brytyjskie śledztwo uznało to za wypadek, ale wokół katastrofy narosło wiele teorii – od sabotażu brytyjskiego i sowieckiego po przeciążenie maszyny.

Do dziś żadna z nich nie doczekała się twardego dowodu. Najbardziej prawdopodobny pozostaje wypadek. Dla polskiej sprawy śmierć Sikorskiego była jednak katastrofą – tylko on miał realną pozycję u Churchilla i Roosevelta. Jesienią 1943 roku 2.

Korpus zaczęto przerzucać do Włoch. Front stanął na linii Gustawa, a kluczem do jej przełamania był masyw Monte Cassino – wzgórze z benedyktyńskim klasztorem, jednym z najstarszych w Europie. W skałach i jaskiniach siedzieli niemieccy spadochroniarze, najlepsza piechota, jaką Niemcy wtedy mieli. Przed Polakami próbowali zdobyć to miejsce Amerykanie, Brytyjczycy, Hindusi, Nowozelandczycy i Francuzi.

Trzy wielkie natarcia zakończyły się odwrotem. Zbombardowano nawet klasztor, co w praktyce pomogło Niemcom – ruiny stanowiły lepszą osłonę niż mury. Gdy dowódca brytyjskiej armii zaproponował Andersowi przejęcie tego zadania, ten zgodził się w kilka minut. Wiedział, że jego ludzie są gotowi i że jeśli ktokolwiek tego dokona, to oni.

Ale był też drugi, polityczny powód: Anders wiedział, że sprawa polska staje się dla aliantów kłopotem, o którym najwygodniej byłoby nie rozmawiać. Policzył sobie, że jeśli polskie wojsko zdobędzie miejsce, o które rozbiły się trzy inne natarcia, o Polsce będzie musiała napisać każda gazeta na świecie. To była straszna kalkulacja – człowiek, który dwa lata wcześniej odmówił wysłania wygłodzonych ludzi na front, teraz świadomie posyłał tych samych ludzi w najgorsze możliwe miejsce, między innymi po to, żeby świat zobaczył, że Polacy istnieją. Pisał później, że nie miał wątpliwości, ale miał świadomość, ile to będzie kosztowało.

W nocy z 11 na 12 maja 1944 roku odezwała się artyleria. Setki dział na całym odcinku. Piechota poszła w górę, ale skały nie pozwalały iść w linii, oddziały rozrywały się na małe grupy, a karabiny maszynowe biły z gniazd niewidocznych, dopóki nie zaczęły strzelać. Ranni leżeli na otwartym terenie, bo nie dało się ich znieść w dzień.

Dowódcy tracili łączność i nikt do końca nie wiedział, gdzie kto jest. Straty rosły szybciej, niż ktokolwiek zakładał. Anders stanął przed pytaniem – przerwać czy posłać ludzi jeszcze raz w to samo miejsce? Wiedział, że drugiej szansy nie będzie.

Przegrupował siły, zmienił kierunki uderzeń i 16 maja jego ludzie ruszyli po raz drugi. 18 maja patrol pułku Ułanów Podolskich wszedł na ruiny klasztoru. Nie było tam prawie nikogo żywego. Na gruzach zatknięto biało-czerwoną flagę, zrobioną z chorągiewki sygnalizacyjnej, bo nikt nie nosił ze sobą sztandaru na taką okazję.

Hejnalista Emil Czech zagrał hejnał mariacki – melodię z Krakowa zagraną na gruzach włoskiego klasztoru przez człowieka, który lata wcześniej był więźniem w Związku Radzieckim. Dla Polaków na całym świecie to był sygnał, że nadal istnieją. Cena była potworna – prawie tysiąc zabitych, kilka tysięcy rannych i setki zaginionych w jednostkach, które nie miały skąd brać uzupełnień. Do dziś trwa spór, czy to miało sens – czy warto było posyłać tam polskich żołnierzy, skoro Niemcy i tak wycofywali się z powodu okrążenia.

Krytycy mówili, że Anders kupował polityczny prestiż życiem ludzi, którzy dopiero co przeżyli łagry. Obrońcy odpowiadają, że w maju 1944 roku nikt nie wiedział, jak skończy się gra o Polskę, a rezygnacja z walki byłaby dobrowolnym oddaniem jedynego atutu, jaki mieli. Ci ludzie, którzy szli w górę, nie szli po prestiż dla generała – szli, bo wierzyli, że tą drogą wraca się do domu. Latem 1944 roku 2.

Korpus zdobył port w Ankonie, tym razem szerokim manewrem zamiast frontalnego uderzenia. Strata były nieporównanie mniejsze. Potem z Polski przyszła jednak wiadomość, która zmieniła wszystko – wybuchło powstanie warszawskie. Anders nie miał złudzeń co do intencji Moskwy, wiedział co się dzieje z oddziałami Armii Krajowej na wschodzie i uważał podniesienie broni bez twardych gwarancji pomocy za samobójstwo.

Powstanie trwało 63 dni, a jego żołnierze, kilka tysięcy kilometrów dalej, mogli tylko czytać komunikaty. To był pierwszy raz, kiedy w tej armii na dobre pojawiło się pytanie, czy mają dokąd wracać. W lutym 1945 roku w Jałcie Roosevelt, Churchill i Stalin przesunęli wschodnią granicę Polski na zachód. Ziemie, na których urodziła się ogromna część żołnierzy 2.

Korpusu – Wilno, Lwów, Wołyń, Nowogródek – zostały w Związku Radzieckim. Uznano też rząd budowany pod sowiecką kontrolą. W korpusie wybuchł kryzys, jakiego nie było przez całą wojnę. Były przypadki samobójstw, część żołnierzy chciała złożyć broń, mówili wprost, że Anglia ich sprzedała.

Anders, pełniący wtedy obowiązki naczelnego wodza, rozważał wycofanie korpusu z linii, bo uznał, że po Jałcie dalsze umieranie za sojuszników jest moralnie nie do obronienia. Nie zrobił tego. Objeżdżał oddziały i mówił im, że mogą stracić wszystko, ale nie mogą sami zniszczyć jedynego, co im zostało – honoru i przysięgi. 21 kwietnia 1945 roku polskie oddziały wjechały do Bolonii.

8 maja Niemcy skapitulowały. Europa wyszła na ulice, a w polskich obozach panowała cisza. Ci ludzie wygrali wojnę i w tej samej chwili stracili kraj, o który ją prowadzili. Anders mówił swoim żołnierzom brutalną, ale uczciwą prawdę – że powrót do Polski może oznaczać przesłuchania, więzienie albo gorzej.

Postawił ich przed wyborem między dwiema tragediami: wrócić do domu i zaryzykować wolność albo zostać na obczyźnie i już nigdy tego domu nie zobaczyć. Około połowa żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie wróciła mimo wszystko. Reszta została. W czerwcu 1946 roku w Londynie odbyła się wielka parada zwycięstwa.

Maszerowały wojska wszystkich narodów koalicji. Polaków, którzy walczyli od pierwszego dnia wojny – od Norwegii, przez bitwę o Anglię, Tobruk, Monte Cassino, Falaise i Bolonię – w praktyce zabrakło. Żeby nie drażnić Moskwy, zaproszono jedynie garstkę lotników w formule, którą uznali za obraźliwą. Piloci dywizjonu 303 odmówili udziału.

We wrześniu 1946 roku władze w Warszawie pozbawiły Władysława Andersa polskiego obywatelstwa. Razem z nim odebrano je kilkudziesięciu innym generałom i oficerom. Człowiek, który przez całe dorosłe życie walczył o polskie państwo, przestał być formalnie Polakiem na mocy decyzji urzędu. Nie odebrała mu ojczyzny przegrana bitwa ani wróg – odebrała mu ją własna stolica.

Przez kilkadziesiąt lat propaganda w szkolnych podręcznikach robiła z Andersa zdrajcę, sługę imperialistów i awanturnika, który uciekł z frontu. Jego żołnierzy przedstawiano jako tych, którzy woleli Włochy od walki o kraj. Krążył złośliwy obrazek generała marzącego o wjeździe do Warszawy na białym koniu. A jego największym lękiem nie było to, że nie wróci – ale że wrócą jego ludzie i wpadną w ręce tych, przed którymi ich ostrzegał.

Anders osiadł w Londynie i prowadził życie emigranta z dokumentem uchodźcy zamiast paszportu. Ożenił się z Ireną Jarosiewicz, znaną jako Renata Bogdańska, śpiewaczką i aktorką, która przeszła z armią całą drogę od Buzułuku po Włochy. Zaczął zupełnie inną wojnę – wojnę o pamięć. Działał w polityce emigracyjnej, wspierał szkoły i fundusze pomocy dla weteranów, którzy często kończyli jako robotnicy w brytyjskich fabrykach, bo nikt nie uznawał ich stopni ani dyplomów.

Napisał wspomnienia zatytułowane „Bez ostatniego rozdziału” – samo to zdanie było deklaracją, że historia się nie skończyła. Składał zeznania o Katyniu przed komisją w Stanach Zjednoczonych, w czasach gdy Moskwa oficjalnie obarczała winą Niemców, a duża część Zachodu wolała nie drążyć tematu. Powtarzał jedno słowo: pamiętać. Uważał, że można stracić terytorium, obywatelstwo i nazwisko w podręcznikach, ale nie wolno pozwolić, żeby ktoś napisał tę historię za ciebie.

Władysław Anders zmarł w Londynie 12 maja 1970 roku – w rocznicę pierwszego dnia szturmu na Monte Cassino. Zgodnie z jego wolą trumnę przewieziono do Włoch. Nie chciał leżeć w Londynie – chciał leżeć tam, gdzie leżą jego żołnierze, na polskim cmentarzu wojennym na Monte Cassino, wśród ponad tysiąca grobów w kamiennym amfiteatrze pod tym samym zboczem, po którym szli w maju 1944 roku. Generał spoczął w tym samym rzędzie, bez wyróżnienia.

Na cmentarzu wykuto zdanie: „Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”. Rosja oficjalnie przyznała w 1990 roku, że Katyń był zbrodnią NKWD. Do Polski wróciły zakazane przez pół wieku nazwiska, a Anders wrócił do polskiej historii – nie jako polityczny zwycięzca, nie jako ktoś, kto wygrał swoją sprawę za życia, ale jako generał, który wyprowadził z piekła tych, których zdołał uratować, i który do końca nie zgodził się uznać, że wierność wobec własnego państwa to pojęcie przestarzałe. Nigdy nie dostał normalnego zakończenia – nie wjechał do Warszawy na czele zwycięskiej armii, nie zobaczył wolnej Polski i nie odzyskał obywatelstwa za życia.

Jego grób nie znajduje się w Warszawie, ale na wzgórzu we Włoszech, obok ludzi, których wyprowadził z łagrów, a potem poprowadził do ostatniej walki.