Zanim cokolwiek powiemy dalej, musicie zrozumieć jedno – Halina była przekonana, że stoi ponad prawem. Nie ponad tym pisanym w kodeksie, bo o tym nie miała pojęcia, ale nad tym niepisanym, które sama sobie ustanowiła. Uważała, że skoro stać ją na dom wyceniony na ponad trzy miliony złotych, to stać ją również na władzę nad wszystkim, czego ten dom dotyka. A skoro ona widziała z okna swoją wycenioną nieruchomość z widokiem na jezioro, to znaczyło, że i to jezioro było jej.

Cała woda, cały brzeg, każde źdźbło trzciny i każda ryba, która śmiała wyskoczyć nad taflę – wszystko należało do niej. Miała pięćdziesiąt lat, choć dzięki drogim kremom i medycynie estetycznej lubiła wmawiać sobie, że wygląda na czterdzieści. Jej twarz po serii zabiegów była gładka jak porcelana, ale oczy wciąż miała zimne i ostre, a usta wciąż potrafiły wykrzywić się w pogardliwym grymasie, przez który każdy, kto nie dorównywał jej serialowi z wyższych sfer, stawał się zwykłym popychadłem. Wyszła wprawdzie z prowincjonalnego miasta, ale od tamtej pory minęło już tyle lat, że sama zaczęła wierzyć, iż nigdy nie było w jej życiu innego świata niż ten składający się z marmurowych posadzek, drogich butików i prywatnych przyjęć na zaproszenie.
Dorobek? Owszem, miała dorobek. Właściwie to najbardziej ceniony był dorobek jej męża, ale to jej nazwisko widniało jako przewodniczącej zarządu wspólnoty mieszkaniowej i to ona rozdawała karty w tym luksusowym, zamkniętym osiedlu z dumnie brzmiącą nazwą Panasłoneczna Dolina. Osiedle było dumą okolicy, a raczej – jak twierdzili niektórzy – jej raką.
Wysoki płot, monitoring, ochrona w bramie i bajeczna lokalizacja tuż nad brzegiem krystalicznie czystego jeziora. Mieszkało tam tylko zaufane towarzystwo, ludzie, których stać było na wszystko, a o których wygodę, prywatność i bezpieczeństwo dbała wyłącznie całodobowa obsługa i administracja. Znajdujący się na liście mieszkańców ekskluzywnej wspólnoty w większości nie wyobrażali sobie życia gdzie indziej. Był ciepły lipcowy weekend.
Noc wcześniej spadł przyjemny deszcz, powietrze pachniało wilgotną trawą i wodą, a słońce porannymi promieniami delikatnie muśniło taflę jeziora osiedlowego. Halina postanowiła, że to idealny moment na przyjęcie dla znajomych. Elegancka, cała w bieli, krążyła po skąpanej w słońcu plaży, która należała wyłącznie do mieszkańców. Stali tam ich goście, pachnący drogimi perfumami, popijający francuskiego szampana z kryształowych kieliszków, jedzący miniaturowe kanapki z łosoś i czarnym kawiorem.
Na nich spływało atmosfera przepychu i wyższości. Ktoś grał na gitarze klasycznej. Szmer rozmów mieszał się z brzękiem lodu, śmiechami i odgłosami sielankowych wakacji. W tym właśnie momencie Halina zauważyła mężczyznę w odległości kilkudziesięciu metrów.
Siedział sam koło starego drewnianego pomostu, przy przystani, gdzie łódki miały zwykle cumować wyłącznie te mieszkańców. Jego sylwetka wyglądała zupełnie niewinnie. Był ubrany w wyblakłą kurtkę moro i stare spodnie. Na głowie nie miał modnej czapki.
W ręce trzymał wędkę. A przy nim stało małe, plastikowe wiadro. I wtedy Halina zobaczyła coś, co sprawiło, że temperatura jej krwi wzrosła o dwadzieścia stopni, mimo upału. Piotr, bo tak mężczyzna miał na imię, wyciągnął z wiadra małą, podskakującą rybkę.
Uśmiechnął się pod nosem. Delikatnie chwycił ją mokrymi palcami, ostrożnie usunął haczyk i wypuścił z powrotem do wody. Obserwował, jak rybka machnęła ogonem i zniknęła w głębinie. To proste, spokojne gest, pełne czułości, wydał się Halinie czymś obrzydliwym.
Co ten stary brudas sobie myśli? To prywatny pomost. Tu nie wolno wędkować. Chwyciła swoją designerską torebkę, zacisnęła w palcach pasek i ruszyła w jego stronę.
Szła szybko, ale strukturalnie. Irytowało ją, że stopy grzęzną jej w piasku, mimo że plaża była wręcz wymuskana. Nie miało zamiaru psuć sobie wystąpienia. Pan!
– krzyknęła od razu, wymachując ręką, żeby zwrócić na siebie uwagę, ale żeby też pokazać mu, kto tu rządzi. Mężczyzna nie odwrócił się od razu. Spokojnie zaczekał, aż ryba po drugim rzucie wyląduje na wodzie, i dopiero wtedy obrócił głowę. Spoglądał na nią spod cienia zniszczonego, płóciennego kapelusza.
Mógłby uchodzić za pradziadka, gdyby nie to, że jego oczy były jasne, przenikliwe i obdarzone niezwykłym spokojem. „Proszę pana! Ja pana pytam” – powtórzyła, dochodząc go. „Co pan tu robi?
Wie pan w ogóle, gdzie pan jest? To jest prywatne kąpielisko. Obszar chroniony, teren osiedla”. „Łowię ryby” – odpowiedział, podnosząc wędkę.
„Tak po prostu”. „Pana tu nie stać, żeby cokolwiek łowić. To nie jest przystań miejska. To nie jest miejsce dla kogoś takiego jak pan.
”
Mężczyzna milczał chwilę, po czym wskazał na spokojną taflę wody. „Pani pozwoli, ale wędkowanie to pasja. Ryby nie znają granic ani metek z ceną. To, że ja tu siedzę, nie robi pani żadnej krzywdy.
Chyba że pani zakazuje ludziom łowić w jeziorze, które należy do wszystkich. ”
„Wszystkich? Proszę pana, to nie są pana włości! To jest własność wspólnoty, wspólnoty, do której pan nie należy.
Proszę stąd natychmiast, bo zawołam ochronę” – syknęła przez zaciśnięte zęby. „Proszę się nie wysilać” – powiedział cicho, wyjmując kieszonkowy rozkład jazdy. „Ochrona już tu jest, a ja naprawdę nie muszę się nigdzie spieszyć. ”
Halina wywróciła oczami.
To bezczelny typ. Nie dość, że wtargnął, jeszcze ją poucza. Zaczęła się podnosić, jej krzyk był wysoki i piskliwy. „Ja pana ostrzegam.
Albo natychmiast pan zniknie, albo zadzwonię na policję. ”
„Proszę dzwonić” – wzruszył ramionami mężczyzna. „Lubię patrzeć, jak policja przyjeżdża nad wodę”. Wściekła, że nie osiągnęła niczego, Halina odwróciła się.
Wiedziała, że nie może się wygłupić. Wróćmy do moich gości, mruknęła. I tak miałam zamiar załatwić to oficjalną drogą. Późnym popołudniem, gdy słońce prowadziło już do zachodu, Halina zobaczyła, że facet wciąż tam siedzi.
Cierpliwość. Niech się tym razem nie rusza. Podniosła słuchawkę i wykręciła numer 112. „Chcę zgłosić intruza na terenie wspólnoty.
Panasłoneczna Dolina. Jest pan pewna? Dyspozytorka poprosiła o dane. „Jesteśmy na łące za domem, przy brzegu.
Jakiś brudny mężczyzna rozbił sobie koczowisko, rozpalił ognisko, wypuścił wędki, krzyczy, żebym coś mu dała. Tak, usiłuje. Panie władzo, błagam. Tak blisko dzieci i domów.
Jest bardzo agresywny”. Dyspozytorka odpowiedziała, że patrol będzie za 20 minut. „Dwadzieścia minut?! Proszę słuchać, to nie może być 20 minut, do cholery!
Ja znam tych wszystkich urzędasów, jak trzeba płacić podatki, to natychmiast, jak trzeba zadbać o dobro obywatela, to patrzą na ręce. Jeśli w tym czasie coś się stanie, to wy musicie wziąć odpowiedzialność! ”
Rozłączono się. Została sama przy poręczy tarasu.
W gruncie rzeczy miała wszystko przygotowane. Ochrona dostała polecenie, żeby pod żadnym pozorem nie interweniować, bo nie chciałaby, żeby „pobity senior” oskarżył ją potem o pobicie. Policja będzie najlepszym świadkiem. Ma na to wszystko zapięty plan.
Piotr wiedział, że ona dzwoniła po policję. Widział ją przecież, jak zaglądała przez lornetkę. Ale nie ruszył się z miejsca. Siedział na składanym krzesełku, obserwował spokojnie ostatni rzut słońca i układał ryby.
Miał przed sobą cały wieczór. Gdy zza wzniesienia włączyły się niebieskie światła radiowozu, z jego ust wymknął się ledwo zauważalny uśmiech. Pojawił się radiowóz. Terenowy, srebrny z niebieskim pasem, zaparkował na piachu tuż przy wejściu na plażę.
Pół godziny później z wnętrza wyłoniło się dwóch policjantów. Jeden z nich, młody, o ciemnych włosach, przyłożył dłoń do czapki i rozejrzał się po terenie. Drugi, starszy, przystojny, z sumiastym wąsem, szedł ostrożnie w kierunku pomostu. Zanim do nich dotarli, z werandy zbiegła biegiem Halina.
„Nareszcie! Nareszcie! Panowie tutaj! Proszę natychmiast zabrać tego śmiecia z mojego terenu.
To jest człowiek bez żadnych zasad, tak bezczelny, że aż ręce opadają. Wystarczy popatrzeć, jak on wygląda. Do tego nie chce się nawet przeprosić! Zajmijcie się nim.
Ja im pokażę, gdzie raki zimują. ”
Mówiła do nich z góry, traktując jak podwładnych, na co starszy policjant początkowo się zmarszczył, ale nie skomentował. Spojrzał na drugiego, skinął głową i tak zaczęli schodzić w stronę brzegu. Piotr zobaczył mundury.
Zdjął kapelusz, położył go na kolanach i zaczekał. Pozdrawiam, młody człowieku” – zawołał młody, gdy stanął tuż przy nim. „Ładny wieczór na ryby pan wybrał”. „Piękny, panie władzo.
Proszę, niech pan spojrzy na przyrodę. Cisza aż pierś zapiera. Jeszcze nigdy tak mało ryb tu nie było. Kiedyś to dopiero branie, aż ręka puchnie od ciągnięcia.
Dziś same patelnie. Ale i tak pięknie. ”
Halina, która podeszła tuż obok, od razu palnęła bez uprzedzenia. „Nie zaczynajcie tutaj sobie żadnych rozmów o rybach.
To jest przestępca. Zwykły kłusownik. Zaraz wyleci z tułowia. Macie mi natychmiast, rozumiecie, natychmiast go skuć i zabrać.
Dawajcie to na izbę wytrzeźwień. Ja się właśnie stąd nie ruszę, dopóki go nie wsadzicie! ”
Młody policjant westchnął. „Proszę się uspokoić, pani.
Na razie nie widzimy żadnego przestępstwa. ”
„Jak nijak? Spójrz na niego! Wygląda jak bezdomny.
Non stop zaczepia przechodniów, obraża siebie i moich gości. Zapisałam to sobie wszystko. Chcecie zobaczyć moje notatki? ”
Pierwszy policjant przerwał jej w pół zdania w stronę Piotra.
„Proszę o dowód osobisty do wglądu, jeśli można. ”
Piotr spokojnie odłożył wędkę. Sięgnął do kieszeni kurtki moro, wyciągnął ciemną, skórzaną portmonetkę i wręczył dokument. Policjant wziął go, otworzył.
Popatrzył na zdjęcie, potem na mężczyznę. Zdjęcie było starsze. Z policjantów wyzierała twarz znacznie młodszego mężczyzny. Spojrzał na nazwisko.
Widniało tam coś, co sprawiło, że oniemiał. Jeszcze raz przetarł wzrok, jakby to, co zobaczył, mogło mu się przywidzieć. Potem opuścił rękę i zwrócił dokument trzema drżącymi palcami. „Pan wybaczy, ja panu nie będę zawracał czasu.
I bardzo przepraszam za to zamieszanie. Jakaś pomyłka, prawdopodobnie” – powiedział, a jego głos nagle zgubił pewność. „Co się dzieje? Dlaczego pan go nie aresztuje?
” – zaprotestowała Halina, łapiąc się pod boki. Policjant obrócił się powoli. „Proszę pani” – powiedział zimno. „Chyba pani nie wie, kogo pani właśnie wygoniła ze swojej plaży.
Ten człowiek to Piotr Kaczmarski. Nazwisko pana brzmi jak dzwon. To jeden z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w tym kraju. Senior rodu, który wybudował w okolicy wszystkie te zakłady i nadal finansuje ich działałność.
I pani pozwę go o jego prywatne jezioro, o ile dobrze się domyślam? ”
Na jej twarzy maluje się ogromne przerażenie. To była mylna fala. Zbladła, gdy nagle do niej dotarło.
„Piotr Kaczmarski? Ten od Petroman? Przecież to… To nie może być… On na tobie nie zna się. Przecież on wygląda jak zwykły dziadek.
”
„Na dziadka, który ma cztery konta w każdym banku i dwa razy więcej zer, niż pani łódź może unieść” – wtrącił spokojnie mężczyzna, który do tej pory milczał. „Pani Halinko, niech pani tak nie szuka guza. Pan Kaczmarski był w tych okolicach kimś w rodzaju lokalnego bohatera, zanim zaczął tu bywać. To on osobiście przekazał ziemię pod ten kąpielisko, użyczył jej, że tak powiem, bo miasto chciało zrobić plażę publiczną.
A pani razem z całą tą waszą elitą ogrodziło się i odpaliło swoją ekskluzywną wspólnotę. ”
Halina powoli odwróciła się w stronę Piotra, który wpatrywał się w spokojną wodę. „To nie może być prawda… Pan. Pan i do wina by pan tak nie namieszał, klując się tymi materiałami.
Pan wybaczy, że ja wypowiedziałam… Ta idiotyczna pomyłka. Ja nie chciałam. ” – w jej głosie zadrżała nutka desperacji. „Jak to: to pani nie chciała?
” – powiedział Piotr, pierwszy raz od kilku minut kierując na nią wzrok. „Niech pani nie udaje. Zanim policja przyjechała, nazwała mnie pani wyrostkiem i żebrakiem. Krzyczała pani, że mam się wynosić.
Chciała mnie pani wyprosić, bo łowiłem sobie ryby, nie zważając na pani błazenady. Straciła pani do tego wszelkie prawo. ”
Piotr podniósł się powoli z wędką w dłoni. „Dobrze.
Ja rozumiem. ” – powiedział, wskazując na pomost. „Widzisz ten most? Nigdy nie był on mój.
Ale doskonale pamiętam, że zanim wasza wspólnota wybudowała to osiedle, była to moja ukochana ziemia. Ziemia mojego dziadka. Może nie wszyscy o tym wiedzą, ale jest to wpisane w księgi wieczyste – jako brzeg, jako wieczna służebność. ”
Halina zrobiła krok w tył.
„Co to ma znaczyć? To prywatne grunty wspólnoty. ”
„A jednak moje” – odparł z nutą żelaza w głosie. „I ktoś, kto kupił dom, ma w umowie informację o służebności osobistej dotychczasowego właściciela.
Sąd na to patrzy. ”
„Pan to poważnie? Ja nie mam pojęcia o żadnym…” – wydyszała. „Bo pani nie musi wiedzieć.
Wystarczy, że prawnicy i notariusze wezmą się do roboty. Proszę sprawdzić akta wieczysto-księgowe: czy na tej nieruchomości nie ma zapisu o starej służebności. Może to wy lepiej na swoim starym rybackim gnieździe stoicie… bez podstaw. ”
Zapanowała cisza.
Jedynym dźwiękiem jest cichy szum trzcin. Wszyscy spojrzeli na Halinę, która zaczęła sięgać do torebki, jakby chciała sprawdzić komórkę, próbując zyskać na czasie. „Oczywiście, że to tylko pana marny blef, żeby mnie nastraszyć” – słabym głosem. „Zaraz vongole zjesz.
Tutaj nie ma żadnej służebności. To prywatna plaża mieszkańców osiedla. ”
„Pani Halinko, mój tato w 1978 roku nabył to jezioro wraz z otaczającym gruntem. W 1995 roku doszło do parcelacji i sprzedaży.
Chce pani, żebym pani wskazał numer notarialny i sądowy, dla tego pana? Mogę policzyć z pamięci. ”
Kobieta, próbując zachować zimną krew, podniosła ręce i cofnęła się. „Nawet jeśli ma pan jakąś starą księgę, to teraz jest nowa wspólnota i nowe przepisy.
Nie jest pan już właścicielem działki. Musi pan liczyć się z niezadowoleniem sąsiadów, skoro pana tu nie chcą. ”
„Jak pani widzi” – powiedział spokojnie, zwracając się do policjantów, a potem z powrotem do niej. „Ja nie przyszedłem tu, żeby kraść cokolwiek ani łowić w państwa prywatnym akwarium.
Chciałem wziąć udział w urodzinach mojej wnuczki, a że urodziny odbywają się nad tą uroczą zatoczką, to sobie usiadłem i spokojnie rozmawiam. Jeśli będzie to komuś przeszkadzać, to zgłosić trzeba najpierw mnie, jako właściciela brzegu, a nie policji. Niech pani jednocześnie przekaże waszemu zarządowi, że od jutra wiszące na drzewach tabliczki z zakazem wstępu mogę potraktować jako zniszczenie mienia. ”
Zapanowało ogólne poruszenie, w tle pojawiła się nawet jakaś miejscowa dziennikarka z kamerą, a na plaży zbierał się tłum.
W grupie tych samych mieszkańców już słychać było szepty. „O Boże, to jest ten Kaczmarski, co w telewizji mówili…” „Wywalili go za bramę? ” „Plotka głosi, że pani Halina nie istnieje… że to wszystko stare dzieje. ”
Piotr zwrócił się do policyjnego wąsacza z uśmiechem, który wcale nie zagrażał jego godności.
„Policjanci, bardzo dziękuję za fatygę. Zajmę się tym, żeby to zamieszanie w końcu ucichło. ”
Starszy funkcjonariusz zasalutował. „To pana, panie dyrektorze, jest tylko i wyłącznie.
A pani życzę, żeby mi się noga nie poślizgnęła w tych szpilkach. Bo sytuacja mało przyjemna. ”
Policja odjechała. Tłum gości Haliny nagle przypomniał sobie, że w domu stygnie obiad.
Zostali sami na brzegu. Ona drżała jak liść na wietrze, kiedy on ładował wędkę i sprzęt. „I co pan zrobi? Zasypie nas pan pozwami?
Zniszczy pan nasze życie? ” – wydusiła, próbując, żeby zadźwięczało to jak oskarżenie, ale wyszedł z tego pisk błągalny. „Nie zamierzam niszczyć pani życia, pani Halino” – odpowiedział, zapinając plecak. „Chociaż po tym, co usłyszałem, ma pani dość własnej polityki, żeby zatruć sobie życie wystarczająco skutecznie.
Może to i najwyższy czas, żeby opuścić stolicę i wrócić do jakiejś małej, polskiej miejscowości. Tam ludzie są prostolinijni. Za to szanują się nawzajem. ”
Szedł już, ale w pewnym momencie odwrócił się.
„Aha. Tylko jeszcze jedna sprawa. ”
Dopadł go – niemal zawyła. „Słucham?
”
„Kazała pani kiedyś straszyć ryby. Ja tak mam zasadę, że ryby biorę tylko na popatrzenie i wracam do wody. No chyba że ograniczenie to kursuje. Ale dzisiaj pani przez chwilę co innego mi w głowie zasiadło: królową ciasnoty.
Ale to nic. Miłego dnia. ”
Rozległ się cichy śmiech. To nie był ani złośliwy chichot, ani triumfalny rechot.
To był pogodny, głęboki śmiech starszego mężczyzny zadowolonego z pięknego popołudnia. Po wyjściu na główną szosę czekał na niego samochód. Wsiadł, wyciągnął telefon i wybrał krótki numer: „Halo, Jerzy? Dzień dobry.
Taki drobiazg w sprawie tej naszej, tej co budowany mostek za waszą zachodnią… Tak, tak. Co byś powiedział, żeby wprowadzić tam mariny. Tak, tak, zbuduję pomost. Właśnie.
Tak. Proszę pamiętać, że brzeg nadal mój. Zgodnie z aktami. I to jest stanowcze.
”
Halina została sama na plaży, choć tak naprawdę bynajmniej nie sama. Po obu stronach stała gromada lokatorów, którzy momentalnie obrzucili ją koszmarnym wzrokiem. Pieczone mięso przeszło obok nich wszystkich. Ludzie, którzy przecież jeszcze godzinę temu pili szampana z jej rąk, nagle rozjechali się do domów w proteście.
Niektórzy wymachiwali jej przed oczami dokumentami i nawoływali do zwołania nadzwyczajnego zgromadzenia. W pół godziny Halina przestała być „kochaną panią prezes”. Stała się wrogiem publicznym numer jeden. Wieczorem, zamiast bawić się w chłodnej rezydencji, siedziała sama w ciemnym salonie i patrzyła w wyłączony telewizor.
Jej telefon dzwonił co chwilę, ale nie odbierała. Mąż siedział w gabinecie i nie chciał z nią rozmawiać. Jadąc na przyjęcie tego wieczoru, została wydalona z towarzystwa, które uważała za własne. Nagle okazało się, że nie ma przyjaciół.
Byli tacy, którzy zdążyli już wejść na portale plotkarskie albo na nastawione przed osiedlem kamery. Widziano również kogoś kręcącego amatorsko Nagranie z dosyć skandaliczną awanturą, jaką urządziła „pani prezes”. Potem było już tylko szybciej. Zwołane w trybie pilnym zebranie wspólnoty.
Podpisy pod wnioskiem o odwołanie jej z zarządu. Niektórzy w groźbach pod adresem Haliny nazywali sprawę „głupotą, za którą wszyscy będą teraz cierpieć”, w domyśle: z powodu jej pychy. Były również utarczki słowne i ciche groźby oskarżeń. Ale jedno było pewne – klamka zapadła.
Halina nie była już kimś, dla kogo warto się narażać. Pozostałość tygodnia to zaledwie karawana następstw. Urzędnicy zajmujący się wykrywaniem nadużyć sprawdzili każdą dokumentację, jaką mieli w palcach. Okazało się, że nielegalnie wynajmowała część wspólnej plaży pod komercyjne imprezy firmom zewnętrznym, na co nigdy nie było zgody właścicieli.
Księgowość wspólnoty wykazała liczne wyłudzenia dotyczące remontów i usług, których nigdy nie było, lub do których angażowała firmy powiązane z jej rodziną. Jedna z sąsiadek, którą Halina z góry traktowała jak służącą, w końcu poszła z dokumentami na policję. Nie pozostało jej jednak zbyt wiele do ocalenia. Jej drogie samochody wciąż stały w garażu, ale ludzie już nie chcieli z nią utrzymywać żadnych relacji.
Skończyły się zaproszenia na kawę, na firmowe wieczorki i lokalne wydarzenia. Jej nazwisko w towarzystwie przestało być synonimem elegancji, a stało się synonimem skandalu, a po kilku tygodniach – już tylko kompromitacji. Dowiedziała się również nieoficjalnie, że starania Piotra o pomost były przyspieszane. Architekci już stali z rysunkami, a ona dobrze wiedziała, że to początek końca powagi jej pozycji.
Mijały miesiące. Sprawy toczyły się wolno, ale sąd dowiedziało się o jednej rzeczy, o której wszyscy wcześniej mówili: Halina wydziedziczyła teren na nowo. Jednak „stara służebność” miała nadal pierwszeństwo, a ponieważ jej wpis od 1995 roku nigdy nie został wykreślony, to nowa ustawa o gospodarce nieruchomościami była bezlitosna. Nakazano rozbiórkę części płotu oddzielającego jej prywatny ogród od brzegu, rozebranie prywatnych pomostów i udostępnienie przejścia nad wodę.
Wszystko to na koszt wspólnoty. Okazało się, że pomimo całego swego milczenia i pozorów, jednym ruchem ręki zniszczyła projekt, który budowała latami. Nie została skazana, bo ławy sądów w sprawach cywilnych nie znają pojęcia „można”, ale jej przewinienia skarbowe zostały skierowane do prokuratury. Musiała oddać, co się należało.
Po cichu sprzedawała rzeczy. Ostatecznie przeprowadzili się do niewielkiego mieszkania w głośnym centrum miasta, z dala od wszelkich panoram jezior i luksusowych osiedli. Jej mąż wybrał jednak zostanie w dawnej willi, pani prezes tymczasem pewnego dnia zapakowała swoje jedwabie, wyłączyła światła i nigdy już tam nie wróciła. Jedyne, co jej pozostało, to cześć wspomnień, że od czasu do czasu, za sprawą swojej wyobraźni, widzi starą trzcinę, spokojną wodę i człowieka w kapeluszu, który łowi rybę, tylko po to, żeby ją wypuścić.
I wie, że nigdy nie pokona go w sposób, w jaki ona zawsze pokonywała innych – bo on w żadnym wypadku nie zszedł do jej poziomu. Jeśli ta historia czegoś uczy, to właśnie tego, że nie ma szacunku na żądanie i nie kupi się go za pieniądze. Choćbyś nie wiadomo ile zer miał na koncie, i tak pozostaniesz tym, kim jesteś w swoim wnętrzu. Wystarczy tylko chwila, jeden wypadek, by cały ten kartkowy zamek z pychy i pozorów rozsypał się jak wystraszona ryba w wodzie.
A przez pamięć o tym, co się stało, powódź cudzych pieniędzy wcale nie chroni przed zalaniem wstydu. Bo jedyne, co naprawdę się liczy, to to, czy potrafisz traktować drugiego człowieka tak, jak sam chciałbyś być traktowany.