Śledczy położył przed więźniem protokół z zeznaniem. Świadek, Adolf Juszkiewicz, potwierdzał, że Konstanty Rokossowski szpiegował dla Polski i Japonii. Więzień przeczytał dokument i zażądał konfrontacji. Nie było to możliwe – Juszkiewicz zginął w wojnie domowej w 1920 roku, siedemnaście lat wcześniej.

Rokossowski zapłacił za odmowę podpisania fałszywych zeznań dziewięcioma wybitymi zębami, połamanymi żebrami i palcami u nóg rozbijanymi młotkiem. Dwukrotnie wyprowadzano go nocą na pozorowane egzekucje, strzelając ślepakami. Wyszedł na wolność 22 marca 1940 roku. Dziewięć lat później, 6 listopada 1949 roku, ten sam człowiek został w Warszawie marszałkiem Polski i ministrem obrony narodowej.
Przysłała go Moskwa. Pytanie o to, kim naprawdę był – Polakiem odesłanym przez Stalina do kraju ojca czy sowieckim marszałkiem w polskim mundurze – pozostaje jednym z najbardziej spornych problemów najnowszej historii. Aresztowanie nastąpiło 17 sierpnia 1937 roku, gdy Rokossowski dowodził piątym korpusem kawalerii w Pskowie. Miał wtedy opinię jednego z najlepszych kawalerzystów Armii Czerwonej.
Sprawę prowadzono z artykułu 58 sowieckiego kodeksu karnego – szpiegostwo, udział w organizacji kontrrewolucyjnej i sabotaż. Dodano mu również zarzut utworzenia komórki Polskiej Organizacji Wojskowej wśród podległych oficerów, choć organizacja ta została rozwiązana w 1921 roku i w latach trzydziestych istniała już tylko jako hasło NKWD. Aresztowanie wpisywało się w tak zwaną operację polską. Od sierpnia 1937 roku na podstawie rozkazu nr 00456 aresztowano blisko 140 tysięcy osób, z których ponad 111 tysięcy rozstrzelano.
Szansa przejścia żywym przez to sito dla człowieka o polskim nazwisku, syna Ksawerego, była bliska zeru – a jednak Rokossowski to przeżył. Żona Julia i dwunastoletnia córka Ariadna zostały wyrzucone z mieszkania służbowego bez środków do życia, z etykietą rodziny wroga ludu. Śledztwo trwało dwa i pół roku. Rokossowski nie podpisał żadnych zeznań i sprawa nigdy nie trafiła do sądu.
Aleksander Sołżenicyn w “Archipelagu Gułag” opisał dwa pozorowane rozstrzelania Rokossowskiego – wyprowadzenie nocą, ustawienie pod ścianą, salwę ślepakami i odprowadzenie do celi. To była standardowa procedura łamania ludzi, których nie dało się złamać biciem. Wyszedł bez wyroku, bez uniewinnienia i bez przeprosin. Zbieg okoliczności: rozstrzelanie Nikołaja Jeżowa odpowiedzialnego za operację polską, zakończona wojna z Finlandią obnażająca braki kadrowe oraz wstawiennictwo marszałka Siemiona Timoszenki.
Z celi pojechał do sanatorium, a w czerwcu 1940 roku otrzymał stopień generała majora. Przez lata po wyjściu trzymał pod poduszką pistolet – nie ze strachu przed Niemcami, ale dlatego, że nie zamierzał dać się aresztować po raz drugi żywcem. Pochodzenie Rokossowskiego to jeden z najbardziej zagmatwanych wątków jego biografii. W sowieckich dokumentach figurowała data 21 grudnia 1896 roku i miejsce urodzenia Wielkie Łuki w Rosji.
W polskich publikacjach z czasów jego ministerstwa podawano Warszawę. On sam w rozmowach z Polakami również mówił o Warszawie. W Narodowym Archiwum Historycznym Białorusi w Mińsku odnaleziono jednak zapis metrykalny z Księgi Chrztów Cerkwi Świętej Trójcy w Telechanach, wskazujący że Konstanty, syn szlachcica Ksawerego Wincentego Rokossowskiego, urodził się 15 września 1889 roku – czyli był o siedem lat starszy, niż podawał. Zapis odnaleziony przez miejscowego mieszkańca nie został dotąd potwierdzony porównaniem z innymi dokumentami rodziny, a literatura naukowa nadal przyjmuje rok 1896.
Pewne jest natomiast pochodzenie ojca – Ksawery Wojciech Rokossowski był Polakiem, katolikiem, potomkiem szlacheckiej rodziny z Wielkopolski, pracującym na kolei. Matka Antonina Owsiannikowa była prawosławna. W domu mówiło się po polsku i po rosyjsku – Rokossowski do końca życia mówił po polsku z rosyjskim akcentem. Dzieciństwo miał krótkie.
Ojciec zginął w wypadku kolejowym w 1902 roku, matka zmarła w 1911. Pracował w fabryce pończoch, terminował u kamieniarza. W 1912 roku został zatrzymany za udział w pochodzie pierwszomajowym i spędził sześć tygodni na Pawiaku. Trzydzieści siedem lat później wrócił do tego miasta jako minister obrony narodowej.
2 sierpnia 1914 roku zgłosił się na ochotnika do piątego kargopolskiego pułku dragonów armii rosyjskiej. W kancelarii pułku zmieniono mu imię ojcowskie – z Ksawerowicza na Konstantinowicza, bo rosyjskim podoficerom nie chciało się wymawiać polskiego “Ksawery”. Jednym pociągnięciem pióra polski ojciec zniknął z jego dokumentów. Na froncie okazał się dobrym żołnierzem – Krzyż Świętego Jerzego, dwa medale, dwie rany.
W 1917 roku pułk wybrał go do komitetu żołnierskiego, w grudniu wstąpił do Czerwonej Gwardii, a w 1919 roku do partii bolszewickiej. Wojna domowa zrobiła z niego dowódcę. Walczył przeciwko oddziałom admirała Kołczaka, w 1921 roku brał udział w walkach w Mongolii przeciwko baronowi Ungernovi von Sternbergowi. Tam poznał Julię Barminę, nauczycielkę, z którą ożenił się w 1923 roku.
W leningradzkiej szkole kawalerii siedział w jednej ławce z Georgijem Żukowem. W 1930 roku Żukow służył pod jego dowództwem i Rokossowski wystawił mu opinię, w której napisał, że Żukow jest wymagający wobec podwładnych do przesady. Piętnaście lat później to Żukow, a nie Rokossowski, poprowadzi front białoruski na Berlin. 22 czerwca 1941 roku dziewiąty korpus zmechanizowany Rokossowskiego stał pod Nowogrodem Wołyńskim.
Bez łączności z dowództwem, otworzył zapieczętowany rozkaz na wypadek wojny i na własną odpowiedzialność ruszył na zachód. Korpus wszedł do jednej z największych bitew pancernych wojny pod Dubnem i Brodami – przegranej, ale opóźniającej Niemców. W lipcu dostał zadanie objęcia dowództwa grupy operacyjnej pod Jarcewem, wyposażonej w sztab, dwa poczwórne karabiny maszynowe, jeden wóz radiostacji i prawo zatrzymywania cofających się oddziałów. Z rozbitych resztek sklecił związek, który utrzymał korytarz pod Smoleńskiem i wyprowadził z okrążenia dziesiątki tysięcy ludzi.
We wrześniu 1941 roku Stalin powierzył mu szesnastą armię broniącą szosy wołokołamskiej – najkrótszej drogi do Moskwy. 18 listopada Rokossowski uznał, że linii nie da się utrzymać, i poprosił o zgodę na odejście nad rzekę Istrę. Zgodę dał szef sztabu generalnego, ale anulował ją Żukow, dowodzący frontem. Rokossowski wykonał rozkaz, stracił dywizję i pozycje, a Niemcy weszli na Istrę – ten epizod obaj marszałkowie będą sobie wypominać do końca życia.
8 marca 1942 roku odłamek pocisku przebił mu wątrobę i płuco. Po dwóch miesiącach szpitala wrócił do służby. Potem przyszła seria operacji, które znacie nawet bez zainteresowania wojskowością: front doński, okrążenie szóstej armii Paulusa pod Stalingradem, operacja “Pierścień”, kapitulacja Paulusa 31 stycznia 1943 roku. Latem 1943 roku dowodził frontem centralnym na północnym odcinku łuku kurskiego i to on przewidział, gdzie dokładnie uderzy dziewiąta armia Waltera Modela.
Kazał wkopać trzy pasy obrony na głębokość kilkudziesięciu kilometrów. Czerwiec 1944 roku, operacja “Bagration” – moment, w którym Rokossowski zrobił rzecz, jakiej w otoczeniu Stalina nie robił prawie nikt. Plan zakładał jedno uderzenie, on zażądał dwóch – przez bagna, które Niemcy uznali za nieprzejezdne. Stalin dwukrotnie kazał mu wyjść z gabinetu i przemyśleć sprawę.
Rokossowski wracał z tym samym. Za trzecim razem Stalin się zgodził. Grupa armii “Środek” przestała istnieć w ciągu kilku tygodni, a 29 czerwca 1944 roku Rokossowski został marszałkiem Związku Radzieckiego. W lipcu 1944 roku jego front wyszedł nad Wisłę.
Na drugim brzegu była Warszawa – miasto, w którym się wychował i w którym mieszkała jego rodzona siostra Helena. 1 sierpnia wybuchło powstanie. Fakty udokumentowane: między 1 a 5 sierpnia korpusy pancerne podległe Rokossowskiemu dostały mocno od niemieckich dywizji pod Radzyminem i Wołominem – to była realna przegrana bitwa, nie inscenizacja. 26 sierpnia Rokossowski udzielił wywiadu brytyjskiemu korespondentowi Aleksandrowi Wertowi, mówiąc że powstanie wybuchło bez uzgodnienia z dowództwem sowieckim, a wojska są wyczerpane.
Przez pierwsze sześć tygodni powstania Związek Radziecki odmawiał amerykańskim i brytyjskim samolotom prawa lądowania na lotniskach po zrzutach nad Warszawą – to była decyzja polityczna podjęta w Moskwie, nie w sztabie frontu. Czy Rokossowski otrzymał wprost rozkaz wstrzymania natarcia? Dokumentu, który by to rozstrzygał, nikt nie pokazał. Jest za to szczegół, który psuje proste tezy.
Kiedy Warszawa się paliła, w mieście była jego siostra Helena. Chora, bez pieniędzy i dokumentów, trafiła po upadku powstania do wsi Złotokłos. Z gazety dowiedziała się, że jej brat żyje i jest sowieckim marszałkiem. Po Helenę przyjechała żona marszałka i umieściła ją w sowieckim szpitalu wojskowym.
Człowiek, którego pół Polski uzna potem za obcego namiestnika, wyciągał spod warszawskiej wsi chorą siostrę – i ten sam człowiek stał z armią na drugim brzegu Wisły. Obie rzeczy są prawdą jednocześnie. W listopadzie 1944 roku Stalin zdjął go z kierunku berlińskiego i wstawił tam Żukowa. Rokossowski dostał kierunek pomorski.
Sam zapytał Stalina dlaczego. Odpowiedź brzmiała: to kwestia zaufania. 24 czerwca 1945 roku na Placu Czerwonym Rokossowski dowodził paradą zwycięstwa, paradę przyjmował Żukow. Ten podział ról został w pamięci na dziesiątki lat.
Po wojnie Rokossowski dowodził północną grupą wojsk Armii Radzieckiej ze sztabem w Legnicy. Przez cztery lata mieszkał na Dolnym Śląsku, w mieście, do którego Polacy właściwie nie mieli wstępu, bo pół Legnicy zamieniono w zamknięte sowieckie miasto. Oficjalna wersja nominacji z 1949 roku głosiła, że rząd RP zwrócił się z prośbą o oddanie do dyspozycji Polski wybitnego dowódcy polskiego pochodzenia. Historycy wskazują jednak, że inicjatywa wyszła z Moskwy.
Bolesław Bierut wystosował do Stalina odpowiednie pismo, ale wiedząc, czego się od niego oczekuje. Stalin porządkował zaplecze i chciał mieć nad Wisłą armię kontrolowaną bezpośrednio. Wysłanie Rokossowskiego było jednocześnie awansem i usunięciem z Moskwy – marszałek miał w archiwum wciąż leżącą teczkę z 1937 roku. 6 listopada 1949 roku Sejm uchwalił ustawę o mianowaniu Konstantego Rokossowskiego marszałkiem Polski.
Tego samego dnia został ministrem obrony narodowej i otrzymał obywatelstwo polskie. Najpierw został polskim marszałkiem, dopiero potem polskim obywatelem. Stopnia marszałka Związku Radzieckiego przy tym nie oddał – przez siedem lat był jednocześnie marszałkiem dwóch państw. Za nim przyjechali ludzie: do Wojska Polskiego skierowano około 270 wyższych oficerów radzieckich, w tym 36 generałów.
Polskie wojsko przez kilka lat miało kadrę, która w większości nie mówiła po polsku. Warszawiacy wymyślili powiedzonko, że marszałek to “nasz, tylko trochę nie nasz”. Krążył dowcip, że Rokosowski jest Polakiem, ale z tych, co po polsku rozmawiają wyłącznie z tłumaczem. Sam zainteresowany podsumował to zdaniem, które stało się najczęściej cytowanym w jego życiu: “W Rosji byłem Polakiem, a w Polsce ruskim”.
Część jego polskiej działalności jest znacznie mniej sympatyczna niż anegdoty o akcencie. W 1949 roku utworzono wojskowe bataliony górnicze – formalnie służbę zastępczą, w praktyce kierowano tam poborowych uznanych za politycznie niepewnych: synów przedwojennych oficerów, żołnierzy Armii Krajowej, kleryków, dzieci przedwojennych urzędników. Zamiast do koszar szli do kopalń węgla, kamieniołomów i kopalń uranu w Kowarach i Kletnie. Szacunki mówią o około 200 tysiącach ludzi, którzy przeszli przez ten system, z czego ponad tysiąc zginęło.
W kopalniach uranu nikt nie prowadził dozymetrii. W latach 1949–1954 z wojska polskiego usunięto około 9 tysięcy oficerów. Najgłośniejszą sprawą był tak zwany spisek w wojsku. W sierpniu 1952 roku rozstrzelano między innymi trzech oficerów marynarki; ich szczątki odnaleziono dopiero w 2013 roku na warszawskich Powązkach.
Zeznania wybijano w Informacji Wojskowej metodami, które Rokossowski poznał we własnej skórze w Kriestach. A jednak są w tej historii fakty, które komplikują obraz. Generał Józef Kuropieska, przedwojenny oficer, aresztowany w 1950 roku, usłyszał po wyjściu z więzienia od Rokossowskiego, że wie, jak to jest, bo sam siedział. Antoni Heda, legendarny dowódca partyzanckiej Armii Krajowej, skazany na dożywocie, opowiadał, że w celi odwiedził go oficer, który powiedział mu, że i on, i marszałek siedzieli w sowieckich więzieniach.
Heda wyszedł w 1956 roku i uważał, że zawdzięcza życie Rokossowskiemu. To relacja świadka spisana po latach, bez dokumentu pod spodem – ale należy do zestawu faktów o tym człowieku. W kraju był nienawidzony. Raporty aparatu bezpieczeństwa zbierającego nastroje powtarzały ten sam motyw: obcy generał w polskim mundurze.
Jego nazwisko pojawiało się na ulotkach. A potem przyszedł rok 1956. 25 lutego 1956 roku Chruszczow odczytał referat o kulcie jednostki. 12 marca umarł Bierut.
28 czerwca stanęły zakłady imienia Stalina w Poznaniu. Decyzję o użyciu wojska podjęto tego samego dnia w Warszawie. Do Poznania skierowano około 10 tysięcy żołnierzy i 360 czołgów. Zginęły co najmniej 74 osoby, rannych było około 900.
Rozkaz firmował minister obrony narodowej, marszałek Polski Konstanty Rokossowski. Historycy wskazują go jako inicjatora wojskowego rozwiązania. 19 października 1956 roku na Okęciu ląduje samolot z Moskwy. Wysiadają Chruszczow, Mołotow, Kaganowicz oraz marszałkowie Żukow i Koniew.
W Warszawie zaczyna się ósme plenum, na którym do władzy ma wrócić Władysław Gomułka. I wtedy ruszają wojska – dwie dywizje północnej grupy wojsk Armii Radzieckiej wychodzą z poligonów i zatrzymują się około 150 kilometrów od Warszawy. Rokosowski wydaje rozkazy polskim jednostkom, które mają współdziałać z ruchami sowieckimi. Po drugiej stronie stoi Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego generała Wacława Komara oraz uzbrojone oddziały robotnicze z warszawskich zakładów.
W Belwederze Gomułka mówi Chruszczowowi dwie rzeczy: obsada polskich stanowisk to sprawa polska, a Polska z układu nie wychodzi. To drugie zdanie Chruszczow potrzebował bardziej niż czołgów. 20 października kolumny dostają rozkaz zawrócenia. Tego samego dnia Rokossowski w głosowaniu do nowego biura politycznego dostaje 23 głosy na 75 możliwych.
Nie wchodzi. Krąży od lat wersja, że Rokossowski przygotował listę około 700 osób z kierownictwa partii, dziennikarzy i wojskowych, przewidzianych do aresztowania. Dokumentu z tą listą nikt nigdy nie pokazał. Informacja pochodzi z relacji uczestników wydarzeń zbieranych po latach, gdy każdy miał interes, żeby przedstawić się po właściwej stronie.
Z drugiej strony generał Janusz Zarzycki, pracujący wtedy w aparacie politycznym wojska, mówił wprost, że nie widzi ze strony Rokossowskiego żadnych czynów skierowanych przeciwko polskiemu rządowi. Większość historyków wojskowości trzyma się dziś wersji pośredniej: Rokossowski robił dokładnie to, czego oczekiwała Moskwa – przygotowywał wojsko do interwencji i lobbował za nią u Chruszczowa – ale nie miał ani zamiaru, ani kompetencji, żeby działać na własną rękę. W momencie, gdy Chruszczow zawrócił kolumny, Rokossowski natychmiast się zatrzymał. 13 listopada 1956 roku został zwolniony ze stanowiska ministra obrony narodowej.
14 listopada wyjechał do Moskwy. Wyjechał w polskim mundurze marszałkowskim – nie w radzieckim, w polskim. Buławy i stopnia marszałka Polski nikt mu formalnie nie odebrał. W Moskwie czekało go kilka miesięcy bez przydziału.
Potem dostał funkcję zastępcy ministra obrony Związku Radzieckiego, a jesienią wysłano go do Zakaukaskiego Okręgu Wojskowego do Tbilisi – dla marszałka to była zsyłka z ładnym tytułem. W 1958 roku wrócił jako główny inspektor ministerstwa, a w 1962 przeszedł do grupy generalnych inspektorów, którą w wojsku nazywano po cichu “grupą trupów”. Według ustaleń historyka Mikołaja Iwanowa, Chruszczow zaproponował Rokossowskiemu wysokie stanowisko pod warunkiem, że napisze tekst rozliczający się ze Stalinem. Rokossowski, człowiek z dziewięcioma wybitymi zębami i dwoma pozorowanymi rozstrzelaniami w życiorysie, miał odpowiedzieć, że Stalin jest dla niego świętością i że ręka mu się nie podniesie, żeby napisać o naczelnym dowódcy coś złego.
To relacja z drugiej ręki, przekazywana w kilku wersjach – ale jest coś, co ją uwiarygadnia. W jego wspomnieniach wydanych w 1968 roku pod tytułem “Żołnierski obowiązek” nie ma ani jednego zdania krytycznego o Stalinie jako dowódcy. Nie ma też ani jednego zdania o Kriestach – rozdział o aresztowaniu został wycięty przez cenzurę. Pełniejsza wersja ukazała się w Rosji dopiero po rozpadzie Związku Radzieckiego.
W ostatnich latach życia Rokossowski mieszkał w Moskwie na daczy w Barwisze. Prenumerował polskie gazety, słuchał nagrań zespołu Mazowsze. Kiedy do sowieckich akademii wojskowych przyjeżdżali polscy oficerowie, szukał z nimi kontaktu i rozmawiał po polsku, choć z coraz większym trudem. Ludzie, którzy go wtedy widywali, mówili o człowieku obrażonym na Polskę i jednocześnie niepotrafiącym się od niej odkleić.
O Polsce publicznie nie powiedział złego słowa. O tym, co się stało w 1956 roku, nie powiedział nic. 3 sierpnia 1968 roku zmarł w Moskwie na raka prostaty. Egzemplarz autorski “Żołnierskiego obowiązku” – książki, w której nie ma trzech lat jego życia – dostał na kilka tygodni przed śmiercią.
Ciało spalono, a urnę wmurowano w mur Kremla, kilkanaście metrów od miejsca, w którym 23 lata wcześniej dowodził paradą zwycięstwa. W Polsce jego nazwisko zdjęto z ulic jeszcze w 1956 roku, w ciągu kilku tygodni od wyjazdu. Życie prywatne marszałka również nie było proste. Żona Julia była z nim od 1923 roku do jego śmierci, w 1937 roku jako żona wroga ludu przez dwa i pół roku nie wiedziała, czy mąż żyje.
W styczniu 1945 roku lekarka wojskowa Galina Tałanowa, pracująca w sztabie Rokossowskiego, urodziła córkę Nadieżdę. Ojcostwo marszałka jest ustalone i uznane, utrzymywał kontakt z drugą córką, ale rodziny nie zostawił i do Julii wrócił. Pozostaje pytanie: Polak czy sowiecki marszałek? Wersja najżyczliwsza mówi o Polaku, który cierpiał za polskość w 1937 roku, a którego wysłano do Warszawy wbrew woli.
Wersja najsurowsza widzi w nim radzieckiego namiestnika w polskim mundurze – Poznań 1956 roku i 360 czołgów to ta wersja w jednym obrazku. Wersja trzecia, trzymająca się dokumentów, mówi że Rokossowski czuł się Polakiem, ale przede wszystkim był komunistą oddanym Związkowi Radzieckiemu. Można to ująć jeszcze inaczej. Rokossowski nie wybierał między Polską a Rosją – jego ojczyzną było wojsko.
Do rosyjskiego pułku wstąpił jako nastoletni sierota, bo wojsko dawało jedzenie i dach. Do Armii Czerwonej przeszedł, bo tam był jego pułk. W 1937 roku państwo połamało mu żebra, a on wrócił do służby, bo poza służbą nie umiał nic. W 1949 pojechał do Warszawy, bo dostał rozkaz.
W 1956 postawił wojsko w gotowości i zatrzymał je, bo dostał rozkaz. W 1962 odmówił napisania tekstu przeciwko Stalinowi nie dlatego, że kochał Stalina, ale dlatego, że na naczelnego dowódcę się nie donosi – nawet po dwóch pozorowanych rozstrzelaniach. I jeszcze jeden szczegół. W kancelarii pułkowej w 1914 roku ktoś uznał, że “Ksawerowicz” jest za trudne i wpisał “Konstantinowicz”.
Rokossowski nigdy tego nie poprawił – ani w 1944 roku, gdy był marszałkiem Związku Radzieckiego, ani w 1949, gdy w Warszawie wystawiano mu polskie dokumenty od zera. Przez 54 lata podpisywał się imieniem ojca, który nie istniał. W sowieckich papierach personalnych w rubryce narodowości miał wpisane “Polak”. Ta rubryka w 1937 roku prawie go zabiła.
Nie zmienił jej. Deklarację miał polską, ojczyznę – radziecką. I to nie była dla niego sprzeczność, tylko sposób na przeżycie, który po trzydziestu latach zamienił się w charakter.