3 grudnia 1941 roku, kilka minut po 21:00, w gabinecie na Kremlu naprzeciwko siebie usiedli dwaj mężczyźni. Jednego znał cały świat. Drugi jeszcze cztery miesiące wcześniej leżał na betonowej podłodze celi na Łubiance z niezagojoną raną biodra, ważąc niewiele ponad 50 kilogramów, i był pewien, że nie wyjdzie stamtąd żywy. Teraz siedział w mundurze generała dywizji Wojska Polskiego naprzeciwko Józefa Stalina, człowieka, który podpisał rozkaz jego uwięzienia i którego funkcjonariusze przez 20 miesięcy próbowali go złamać.

Rozmowa dotyczyła ludzi, którzy zniknęli, dywizji mających iść na front oraz tego, kto komu jest bardziej potrzebny. Zapadła wtedy decyzja, która w ciągu trzech lat wyprowadziła ze Związku Radzieckiego 115 tysięcy Polaków i poprowadziła kilka tysięcy z nich pod klasztor na wzgórzu we Włoszech, którego wcześniej nie zdobyły trzy armie. Od tamtego wieczoru minęło ponad 80 lat, a pytania wciąż pozostają aktualne: czy Anders umówił się ze Stalinem, czy istniał tajny układ i czy generał świadomie posłał żołnierzy na śmierć pod Monte Cassino. Władysław Albert Anders urodził się 11 sierpnia 1892 roku w Błoniu w powiecie kutnowskim.
Pochodził z rodziny bałtycko-niemieckiej, ewangelickiej, całkowicie spolonizowanej. Ojciec zarządzał majątkiem ziemskim. Anders studiował na Politechnice w Rydze i chciał zostać inżynierem. Wybuch I wojny światowej sprawił, że jako poddany cara trafił do armii rosyjskiej, do kawalerii.
Szybko okazało się, że jest urodzonym oficerem. Trzy razy został ranny, otrzymał Order Świętego Jerzego, najwyższe rosyjskie odznaczenie bojowe przyznawane wyłącznie za odwagę pod ogniem. Ukończył Akademię Sztabu Generalnego w Piotrogrodzie. Po rewolucji 1917 roku Anders dołączył do formacji polskich.
Był szefem sztabu 1. Dywizji Strzelców Polskich w korpusie generała Dowbora-Muśnickiego. W 1920 roku dowodził 15. Pułkiem Ułanów Poznańskich i bił bolszewików w polu, za co otrzymał Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyż Walecznych.
Po drugiej stronie frontu siedział wtedy komisarz polityczny Józef Stalin. Wojna 1920 roku była dla bolszewików upokorzeniem, a Stalin osobiście oberwał za to w partyjnych rozliczeniach. Nie zapomniał tego nigdy. W międzywojennej Polsce Anders robił karierę spokojnie i systematycznie.
Studiował w Wyższej Szkole Wojennej w Paryżu, był attaché wojskowym, dowodził brygadą kawalerii. Nie angażował się w politykę. Miał opinię człowieka, który po prostu robi swoje. Gdy wybuchła II wojna światowa, dowodził Nowogródzką Brygadą Kawalerii.
Brygada biła się od pierwszego dnia, pod Mławą, Płockiem, potem osłaniała odwrót w kierunku Warszawy. 17 września 1939 roku granicę przekroczyła Armia Czerwona. Anders zebrał resztki brygady i zaczął przebijać się na południe, w kierunku Węgier lub Rumunii. Nie udało się.
29 września pod Samborem został okrążony i ranny w biodro oraz rękę. Wzięli go czerwonoarmiści. Ranny 47-latek trafił do szpitala pod strażą we Lwowie, potem do celi. Sowieci doskonale wiedzieli, kogo mają.
W jego aktach było wszystko: 15. Pułk Ułanów Poznańskich, wojna 1920 roku, odznaczenia, Akademia Sztabowa. W lutym 1940 roku trafił na Łubiankę. Metoda NKWD opierała się na czasie i samotności.
Człowieka trzymano w celi tygodniami, nie wiedział, co dzieje się na świecie, czy żyje jego rodzina. Potem przychodziły przesłuchania. Śledczy proponowali współpracę, stopień, mieszkanie i pensję w Armii Czerwonej. Anders odmawiał za każdym razem.
Wtedy zabierano opiekę lekarską, przenoszono do zimnej celi, nie dawano spać. Rana biodra nie chciała się goić, noga puchła. Spędził w sowieckich więzieniach około 20 miesięcy, bez wyroku, procesu i zarzutów. W tym samym czasie NKWD rozstrzeliwało polskich oficerów.
Wiosną 1940 roku w Katyniu, Charkowie i Kalininie ginęli tysiącami ludzie o niższej randze i mniejszym znaczeniu niż Anders, którzy nie bili Armii Czerwonej w 1920 roku. On przeżył. Co więcej, wyszedł z Łubianki prosto na stanowisko dowódcy armii. To rodzi pytanie: skoro tamtych rozstrzelano, a jego oszczędzono, to może jednak się na coś zgodził?
Odpowiedź nie leży jednak w celi na Łubiance. Leży w niedzielnym poranku 22 czerwca 1941 roku, gdy Hitler zaatakował Związek Radziecki. 3 miliony niemieckich żołnierzy przekroczyło granice ZSRR. Operacja Barbarossa w ciągu kilku tygodni rozbiła sowiecki front zachodni.
Stalin, który kilka lat wcześniej dzielił Polskę z Hitlerem, został przez niego zaatakowany. Wtedy Związek Radziecki i Polska stały się sojusznikami. 30 lipca 1941 roku generał Władysław Sikorski i ambasador sowiecki Iwan Majski podpisali w Londynie układ. Związek Radziecki uznawał za nieważne układy z Niemcami z 1939 roku dotyczące zmian terytorialnych w Polsce, przywracano stosunki dyplomatyczne, na terenie ZSRR miała powstać armia polska dowodzona przez Polaka, a Sowieci zobowiązali się udzielić amnestii polskim obywatelom.
14 sierpnia podpisano umowę wojskową regulującą szczegóły formowania armii. 4 sierpnia 1941 roku otworzyły się drzwi celi Andersa na Łubiance. Nie wyprowadzono go na rozstrzelanie, lecz do gabinetu, gdzie funkcjonariusze NKWD podali herbatę i poinformowali, że zostaje dowódcą armii polskiej w ZSRR. Anders nie wyszedł, bo się złamał.
Wyszedł, bo zmieniła się geopolityka. Stalinowi nagle byli potrzebni polscy żołnierze, a tych nie poprowadzi nikt, kogo Polacy nie uznają za swojego. Sowieci potrzebowali dowódcy z autorytetem i wybrali jednego z nielicznych żyjących generałów wysokiej rangi. Sztab armii ulokowano w Buzułuku nad rzeką Samarą.
Obozy formowania wyznaczono w Tocku i Tatiszczewie. Były to miejsca dobrane nieprzypadkowo: otwarty step, zimą temperatura znacznie poniżej minus 30 stopni, zakwaterowanie w namiotach. Do tych namiotów zaczęli ściągać ludzie z łagrów, z Kołymy, Workuty, kopalni złota, wyrębu tajgi, kołchozów w Kazachstanie i Uzbekistanie. Szli pieszo, jechali na dachach wagonów.
Wielu umarło w drodze. Ci, którzy dotarli, byli wychudzeni, bez butów, chorowali na tyfus, czerwonkę i kurzą ślepotę. Zaopatrzenie było fikcją, broni prawie nie było. Żołnierze ćwiczyli z kijami zamiast karabinów.
Mimo to działo się coś, czego sowieccy komisarze nie potrafili zrozumieć. Ci ludzie się prostowali. Człowiek, który przez dwa lata był numerem w łagrze, dostawał mundur, orzełka na czapkę i słyszał „panie kapralu”. Wieczorami śpiewali, organizowali szkoły dla dzieci, powstała biblioteka, gazeta i teatr.
Anders był dumny, ale zauważał niepokojącą rzecz: do Buzułuku szli szeregowcy i podoficerowie, a oficerów nie było. We wrześniu 1939 roku Sowieci wzięli do niewoli około 250 tysięcy polskich żołnierzy, w tym kilkanaście tysięcy oficerów zawodowych i rezerwy. Trafili do obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Pisali stamtąd listy do rodzin przez całą jesień 1939 i zimę 1940 roku.
Wiosną 1940 roku listy urwały się wszystkie naraz. Anders zaczął ich systematycznie szukać. Powstały listy nazwisk, które urosły do około 15 tysięcy ludzi, o których od wiosny 1940 roku nie było żadnego śladu. Anders pytał Sowietów oficjalnie.
Odpowiadali: „nie mamy danych”, „sprawa jest w toku”. Nikt nie mówił, że ci ludzie nie żyją. 3 grudnia 1941 roku do Moskwy przyleciał generał Sikorski. Na Kremlu, w obecności Mołotowa, rozmawiano o sprawach praktycznych: uzbrojeniu, racjach żywnościowych i miejscu formowania armii.
Sikorski powiedział, że ma listy nazwisk ludzi, którzy powinni zostać objęci amnestią, a ich nie ma. Stalin odpowiedział, że wypuszczono wszystkich bez wyjątku. Wtedy odezwał się Anders i prosto w twarz powiedział władcy ZSRR, że to nieprawda. Miał dokładne listy, wśród brakujących był kilkuset oficerów, których znał osobiście.
Stalin odpowiedział, że ci ludzie zostali zwolnieni, tylko jeszcze nie dotarli, a być może gdzieś uciekli, na przykład do Mandżurii. Cisza, jaka zapadła, mówiła wszystko: obie strony wiedziały, że to kłamstwo. Anders wyszedł z Kremla z pewnością, której nie miał rano. Nie miał dowodu, ale już wiedział.
Zima 1941/1942 była koszmarem. Mróz w namiotach, racje żywnościowe rozdzielane między coraz większą liczbę ludzi, bo do wojska ciągnęli też cywile, kobiety, starcy i dzieci. Anders ich nie odsyłał, co było powodem sowieckich pretensji. Wiosną 1942 roku armię przeniesiono do Uzbekistanu i Kazachstanu.
Klimat okazał się zabójczy dla ludzi wyniszczonych łagrami. Wybuchły epidemie tyfusu i malarii, umierało po kilkudziesięciu ludzi dziennie. W marcu 1942 roku Sowieci obcięli racje żywnościowe z 70 tysięcy porcji dziennie do 26 tysięcy, podczas gdy armia liczyła ponad 70 tysięcy żołnierzy, a wokół niej koczowały dziesiątki tysięcy cywilów. Stalin chciał, żeby polskie dywizje wchodziły do walki po kolei, każda pod sowieckim dowództwem.
Anders odmawiał kategorycznie. Argumentował, że dywizja bez artylerii, łączności i zaplecza, złożona z ludzi po łagrach, zostanie zmielona w kilka dni. Ale pod argumentem wojskowym krył się drugi, którego nie mówił Sowietom głośno: nie ufał im. Po rozmowie 3 grudnia uważał, że rozproszone polskie dywizje zostaną zużyte jako mięso armatnie.
Po obcięciu racji podjął decyzję: wyprowadzić wszystkich. Ewakuacja odbyła się w dwóch turach: w marcu i kwietniu 1942 roku wyszło około 44 tysięcy ludzi, w sierpniu kolejne około 70 tysięcy. Trasa prowadziła przez port Krasnowodzk nad Morzem Kaspijskim do irańskiego Pahlawi. Statki były przeładowane, ludzie stali na pokładach kilkanaście godzin, wielu umierało w drodze.
Łącznie wyszło około 115 tysięcy osób, w tym około 78 tysięcy żołnierzy i około 37 tysięcy cywilów, w tym blisko 20 tysięcy dzieci. Anders wpisywał cywilów jako personel pomocniczy i przemycał dzieci w kolumnach wojskowych. Sowieci nazwali to dezercją. Lato 1942 roku to najciemniejszy moment wojny na wschodzie: Niemcy prą na Kaukaz i nad Wołgę, zaczyna się bitwa o Stalingrad, Armia Czerwona cofa się i traci setki tysięcy ludzi, a właśnie wtedy kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy wychodzi z kraju.
Sowiecka propaganda używała tego przez pół wieku. Zastrzeżenia miał również generał Sikorski, który uważał, że polskie dywizje powinny bić się na wschodzie, bo to daje Polsce mocny argument przy stole po wojnie. Był też trzeci głos: tych, którzy zostali w ZSRR. Z nich rok później Sowieci sformowali 1.
Dywizję imienia Tadeusza Kościuszki pod dowództwem Zygmunta Berlinga. Ci żołnierze przeszli szlak od Lenino przez Wał Pomorski po Berlin. Ewakuacja nie była jednak formalnie dezercją. Stalin się na nią zgodził, są dokumenty.
Armia w 1942 roku faktycznie nie była gotowa do walki: nie miała artylerii, czołgów, łączności ani zapasów. A Anders podejmował decyzję jako człowiek, który spędził 20 miesięcy w sowieckim więzieniu, szukał 15 tysięcy oficerów i został okłamany w oczy. Był przekonany, że jeśli zostanie, armia zostanie rozdrobniona, zużyta i po cichu zlikwidowana jako problem polityczny. Czy miał rację?
Tego nie da się rozstrzygnąć, bo historia potoczyła się tylko raz. Wiadomo natomiast, że dzięki tej decyzji 115 tysięcy ludzi wyszło żywych, powstał 2. Korpus Polski, a 20 tysięcy dzieci nie umarło w Kazachstanie. Na plaży w Pahlawi ludzie wchodzili do wody, bo od lat nie mieli się gdzie umyć.
Palono stosy odzieży pełnej wszy, golono wszystkich do skóry. Irańczycy reagowali z ogromną życzliwością, wynosili jedzenie, otwierali domy. W Teheranie, Isfahanie i Meszhedzie powstawały polskie osiedla, szpitale, szkoły i sierocińce. Isfahan nazwano miastem polskich dzieci.
Przewinęło się przez nie kilka tysięcy najmłodszych, w większości sierot, których rodzice zginęli na Syberii, w Kazachstanie i Uzbekistanie. Ratunek dla wielu przyszedł za późno: organizmy wyniszczone głodem nie wytrzymywały nagłego powrotu do normalnego jedzenia. Ludzie umierali już wolni, nakarmieni i bezpieczni. W 1942 roku, gdzieś w górach Iranu, polscy żołnierze kupili od irańskiego chłopca małego niedźwiadka, płacąc konserwą, scyzorykiem i czekoladą.
Nazwali go Wojtek. Wyrósł na ponad 200 kilogramów, jeździł ciężarówkami, pił piwo i spał w namiotach obok ludzi. Formalnie wcielono go do 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii, żeby można było zabrać go na statek do Włoch.
Pod Monte Cassino nosił skrzynki z amunicją, a jego wizerunek dźwigającego pocisk stał się oficjalną odznaką kompanii. Monte Cassino to wzgórze o wysokości 519 metrów górujące nad doliną rzeki Liri, przez którą biegnie droga numer 6, jedyna sensowna droga z południa Włoch na Rzym. Na szczycie stoi opactwo benedyktyńskie założone w VI wieku. Niemcy zbudowali w poprzek Włoch linię Gustawa, a Monte Cassino było jej zwornikiem.
Bronił go 1. Korpus Spadochronowy, jedna z najlepszych formacji tamtej wojny, nazywana przez aliantów zielonymi diabłami. Od stycznia 1944 roku ruszyły trzy natarcia: amerykańskie, nowozelandzkie i hinduskie. Wszystkie się załamały.
15 lutego alianci zbombardowali klasztor, w którym nie było niemieckich pozycji. Klasztor zamienił się w rumowisko, a Niemcy weszli w ruiny, bo gruzy okazały się lepszą pozycją obronną niż mury. Do maja alianci stracili pod Monte Cassino dziesiątki tysięcy ludzi. Do dowódcy 8.
Armii Brytyjskiej, generała Olivera Leese, przyszedł generał Anders. W obiegowej wersji Brytyjczycy mieli podrzucić Polakom zadanie, którego nikt nie chciał. Rzeczywistość była inna. Leese przedstawił Andersowi propozycję natarcia, uczciwie mówiąc, jak wygląda sytuacja i ile kosztowały poprzednie próby.
Powiedział wprost, że jeśli Anders odmówi, dostanie inne zadanie i nikt nie będzie miał pretensji. Anders poprosił o chwilę namysłu, zastanawiał się około kwadransa i przyjął. Anders wiedział, że w 1944 roku Polska stoi na przegranej pozycji politycznej. Armia Czerwona wchodzi na przedwojenne polskie terytorium, Wielka Brytania i USA potrzebują Stalina bardziej niż polskiego rządu w Londynie, a Sikorski zginął w katastrofie pod Gibraltarem 4 lipca 1943 roku.
Anders uważał, że Polakom został jeden argument: czyn, którego nie da się przemilczeć. Jeśli polski korpus zdobędzie wzgórze, o które rozbiły się trzy natarcia, Polska nie będzie mogła zostać wykreślona z rachunku. W decyzji Andersa był jawny motyw polityczny. To był świadomy wybór człowieka, który postanowił zapłacić krwią za miejsce Polski przy stole.
Natarcie ruszyło w nocy z 11 na 12 maja 1944 roku po przygotowaniu artyleryjskim ponad 1600 dział. Pierwsze uderzenie się załamało. Teren był nagi i skalisty, każdy metr wstrzelany przez niemiecką artylerię. Nie dało się okopać, bo pod cienką warstwą ziemi był lity kamień.
Brakowało wody, rannych znoszono kilka godzin po zboczu w zasięgu ognia. Straty w niektórych batalionach przekroczyły połowę stanu w ciągu jednej doby. Anders wstrzymał natarcie, przegrupował siły i uderzył ponownie 16 maja. Walczono o pojedyncze skalne występy, na granaty i bagnety.
Równocześnie Brytyjczycy i Hindusi nacierali w dolinie Liri, a Francuzi przełamywali front w górach Aurunci. W nocy z 17 na 18 maja Niemcy zaczęli wycofywać się z masywu. Rankiem 18 maja 1944 roku patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich wszedł w ruiny opactwa.
Zatknięto biało-czerwoną flagę, a hejnalista zagrał Hejnał Mariacki. Polskie straty w bitwie to około 923 zabitych, blisko 3 tysiące rannych i kilkuset zaginionych. Anders nie posłał żołnierzy na śmierć w sensie natarcia samobójczego: natarcie było przygotowane i wpisane w plan wielkiej operacji, a po załamaniu pierwszego uderzenia Anders je wstrzymał. Ale wiedział dokładnie, ile to będzie kosztować, zanim powiedział „tak”.
Miał 15 minut na odmowę i mógł odmówić bez konsekwencji. Nie odmówił. Podjął decyzję, w której obok kalkulacji wojskowej była kalkulacja polityczna. Trzy miesiące przed Monte Cassino, w listopadzie 1943 roku w Teheranie, Churchill, Roosevelt i Stalin ustalili, że wschodnia granica Polski będzie przebiegać wzdłuż linii Curzona.
Wilno, Lwów, Tarnopol, Nowogródek i Stanisławów miały zostać poza Polską. Polacy nie zostali zaproszeni ani poinformowani. Znaczna część żołnierzy 2. Korpusu pochodziła właśnie stamtąd.
Kiedy szli pod Monte Cassino, ich domy były już formalnie oddane przy stole pół roku wcześniej. Oni o tym nie wiedzieli. W lutym 1945 roku w Jałcie ustalenia z Teheranu potwierdzono i rozszerzono. Granica wschodnia zgodnie z linią Curzona, rekompensata na zachodzie kosztem Niemiec, rząd w Polsce utworzony na bazie kontrolowanego przez Moskwę Komitetu Lubelskiego i obietnica wolnych wyborów.
Kiedy warunki jałtańskie dotarły do 2. Korpusu, w oddziałach zapadła cisza. Ludzie, którzy przeszli Rosję, Persję i wzięli klasztor, dowiedzieli się, że miasta, z których pochodzą, nie będą już Polską. Anders zaprotestował.
Napisał do brytyjskiego dowództwa, że nie widzi podstaw, by żołnierze dalej walczyli. Odpowiedziano mu, że wycofanie korpusu oznaczałoby lukę w linii 8. Armii. Bili się dalej: wzięli Ankonę, przełamali linię Gotów, w kwietniu 1945 roku zdobyli Bolonię.
Zwyciężali w każdej bitwie i przegrali wojnę. 8 czerwca 1946 roku w Londynie odbyła się parada zwycięstwa. Polaków nie zaproszono. Rząd brytyjski nie chciał drażnić Moskwy.
Żołnierze spod Monte Cassino, Tobruku i Bolonii patrzyli na paradę z chodnika. 26 września 1946 roku warszawski rząd wydał uchwałę: 76 oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie pozbawiono obywatelstwa polskiego. Na pierwszym miejscu listy było nazwisko Władysław Anders. Człowiek, który bił się we wrześniu 1939 roku, przesiedział 20 miesięcy w sowieckim więzieniu, wyprowadził ze ZSRR 115 tysięcy ludzi i zdobył Monte Cassino, przestał formalnie być Polakiem.
Do Polski nie wrócił. Został w Londynie i był jedną z centralnych postaci emigracji niepodległościowej. W kraju nazwiskiem Andersa używano jako obelgi. „Andersowiec” znaczyło zdrajca.
Żołnierze 2. Korpusu, którzy wrócili do kraju, byli inwigilowani, wyrzucani z pracy, aresztowani, a niektórzy skazani na śmierć. Władysław Anders zmarł w Londynie 12 maja 1970 roku, w 26. rocznicę dnia, w którym jego żołnierze ruszyli na zbocza Monte Cassino.
Zgodnie z jego życzeniem pochowano go na polskim cmentarzu wojennym na Monte Cassino, wśród ludzi, którzy zginęli tam w maju 1944 roku, pod tym samym białym krzyżem, w tym samym rzędzie. Na pogrzeb przyjechało kilka tysięcy osób. Z Polski władze nie wydawały paszportów. Obywatelstwo przywrócono mu pośmiertnie w 1989 roku.
Czy istniał tajny pakt Andersa ze Stalinem? Nie. Był jawny układ podpisany 30 lipca 1941 roku w Londynie, negocjowany i podpisany przez Sikorskiego, opublikowany w prasie. Anders wyszedł z Łubianki nie dlatego, że coś obiecał, tylko dlatego, że Hitler zaatakował Stalina.
Sojusz był aktem rozpaczy dwóch stron, które nie miały do siebie zaufania, i rozpadł się na 15 tysiącach nazwisk. Czy Anders posłał Polaków na śmierć? Nie był rzeźnikiem gnającym ludzi na oślep, ale był dowódcą, który świadomie przyjął zadanie o bardzo wysokiej cenie, również z powodów politycznych. Wiedział, ile to będzie kosztować, i postawił wszystko na jedną kartę.
Świat zapamiętał, ale nie liczyło się to nic w Teheranie, Jałcie i na paradzie w Londynie w 1946 roku. Liczy się jednak coś innego: 115 tysięcy ludzi wyszło żywych, a 20 tysięcy dzieci nie zostało w Kazachstanie. Ich wnuki żyją dziś w Nowej Zelandii, Kanadzie, Wielkiej Brytanii i Polsce.
To jest bilans, który generał Anders naprawdę wygrał.