Po zakończeniu II wojny światowej Polacy niemal powszechnie pałali nienawiścią do Niemców. Wieloletnia okupacja dotknęła praktycznie każdą rodzinę – miliony ludzi straciły życie w wyniku brutalnej polityki okupanta. Gdy nadszedł czas rozliczeń, emocje wzięły górę nad rozwagą, a żądza odwetu znalazła ujście w falach przemocy, które przetoczyły się przez ziemie wcielone do Polski. Jeszcze przed oficjalnym zakończeniem wojny setki tysięcy Niemców uciekało na zachód, obawiając się kontaktu z Armią Czerwoną.

Obawy te okazały się w pełni uzasadnione – wkraczające oddziały sowieckie traktowały całą ludność jak wrogów, dopuszczając się mordów, gwałtów i grabieży na niespotykaną skalę. Wtedy też miały miejsce pierwsze, tzw. dzikie wysiedlenia, w czasie których przymusowo przesiedlono około 1,2 miliona osób. Po zakończeniu wojny, na mocy ustaleń konferencji poczdamskiej, potwierdzono nowe granice Polski, która otrzymała niemieckie terytoria na zachodzie i północy.
Na tych obszarach pozostały miliony rdzennych mieszkańców, których los był już przesądzony. Planowe wysiedlenia rozpoczęte w 1946 roku objęły około 3,5 miliona ludzi, transportowanych w bydlęcych wagonach w skrajnie trudnych warunkach, a podróż trwała niekiedy nawet dwa tygodnie. Niemcy poddani wysiedleniom padali też ofiarą szykan ze strony nowych władz i zwykłych Polaków. Zachowane relacje opisują brutalność tych spotkań.
Jak wspominała mieszkanka Kołobrzegu, na otwartych drogach polscy napastnicy pytali o kosztowności, gwałcili młode kobiety, a następnie rabowali podróżnych – wokół słychać było jedynie krzyki i płacz. Wielu Niemców jednak nie opuściło Polski – na Górnym Śląsku, Warmii i Mazurach pozostała ludność licząca około 1–1,5 miliona osób. Poddano ją weryfikacji narodowościowej – około miliona uzyskało polskie obywatelstwo, a część uznano za Niemców i ostatecznie wysiedlono. Osoby, które pozostały, objęto procesem polonizacji, obejmującym zmianę nazwisk i ograniczenie używania języka niemieckiego.
Nienawiść do Niemców nie była jednak dziełem propagandy – wynikała z autentycznych doświadczeń wojny. W polskim społeczeństwie nie było rodziny, która nie straciłaby kogoś bliskiego w wyniku ludobójczej polityki III Rzeszy. Jak wspominał przesiedleniec na Ziemie Odzyskane, widok Niemców pracujących dla Polaków budził satysfakcję – wielu uważało, że są traktowani zbyt łagodnie i zasługują na upokorzenie oraz cierpienie, podobnie jak ci, których sami skrzywdzili. W pierwszych latach po wojnie nastroje społeczne znajdowały ujście także w zainteresowaniu procesami i egzekucjami nazistowskich zbrodniarzy.
Ogromny wpływ na opinię publiczną miały wizyty w byłych obozach koncentracyjnych. Widok baraków i masowych grobów w połączeniu z relacjami ocalałych wzbudzał ogromne poruszenie, które najczęściej przeradzało się w gniew i pragnienie zemsty. Władze wspierały te nastroje, pozwalając na publiczne egzekucje, nawiązując w ten sposób do praktyk stosowanych w ZSRR i Czechosłowacji. Najbardziej znane wydarzenia tego typu odbyły się w Gdańsku i Poznaniu.
Dziesięć dni przed egzekucją byłego gauleitera Kraju Warty Arthura Greisera, wykonaną 14 lipca 1946 roku, powieszono na gdańskim stoku personel obozu KL Stutthof. Egzekucja w Gdańsku ukazuje nie tylko ogromną żądzę zemsty, ale też swego rodzaju znormalizowanie śmierci w powojennym społeczeństwie. Na miejscu planowanej egzekucji panowała niemal sielankowa atmosfera – było bardzo ciepło, a gapiom serwowano piwo. Gdy przyjechały ciężarówki ze skazanymi, tłum nabrał agresji i głośno domagał się śmierci oprawców, a widok katów w obozowych pasiakach dodatkowo podsycił emocje.
Ludzie gwizdali, żołnierze strzelali w powietrze. Po egzekucji ciała powieszonych ściągnięto niemal natychmiast, a tłum dosłownie je rozszarpał. Podobne sytuacje miały miejsce w Krakowie i Lublinie. Proces Amona Goetha w stolicy Małopolski wzbudzał tak silne emocje, że obawiano się ataku na oskarżonego.
Choć egzekucję przeprowadzono w bardziej kameralnych warunkach, przed budynkiem sądu zbierały się tłumy. W Lublinie natomiast zdecydowano się przeprowadzić sześciu esesmanów z zamku na rozprawę przez miasto, przez co praktycznie cała ludność mogła zobaczyć zbrodniarzy z Majdanka, wykrzykując groźby pod ich adresem. Jeden z mieszkańców pisał w liście do matki, że widział prowadzonych „oprawców z Majdanka” ze spuszczonymi głowami. Przyznał, że powiesiłby ich nie za głowy, a za języki, „żeby dłużej cierpieli”.
Skazanych powieszono na terenie byłego obozu na Majdanku, a egzekucję obserwowało nawet 10 tysięcy osób. Wkrótce jednak dostrzeżono, że nastroje tłumu mogą wymknąć się spod kontroli i przerodzić w pogromy o trudnej do opanowania skali. W powojennych procesach coraz częściej uczestniczyli też zagraniczni dziennikarze, przed którymi polskie władze chciały wypaść jak najlepiej. W rezultacie zrezygnowano z egzekucji publicznych i wprowadzono zmiany porządkujące postępowanie wobec sądzonych i więzionych.
Publiczne egzekucje nie były jedyną formą wyładowania nienawiści. Niemców podejrzewanych o sympatie nazistowskie lub związki z Wehrmachtem osadzano w specjalnych obozach w Łambinowicach, Jaworznie, Potulicach i w osławionej Zgodzie, gdzie komendantem był znany z sadyzmu Salomon Morel. Szacuje się, że na Ziemiach Odzyskanych takich miejsc mogło być nawet kilkaset. Panowały w nich tragiczne warunki – wszechobecne były wszy, pluskwy i szczury, a więźniów zmuszano do ciężkiej pracy w kopalniach.
Codziennością były pobicia, rabunki i morderstwa. Warto podkreślić, że nie każdy osadzony był zwolennikiem NSDAP. Do obozów trafiali także ci, którzy podpisali Volkslistę (do czego jeszcze w czasie wojny zachęcał polski rząd na uchodźstwie, chcąc chronić polskość na tych terenach) lub zostali przymusowo wcieleni do Wehrmachtu. W obozach przetrzymywano również żołnierzy Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych, co podkreśla dramatyczny i paradoksalny charakter tej sytuacji.
Dochodziło także do pogromów ludności niemieckiej. W Aleksandrowie Kujawskim Niemców, najczęściej starszych i chorych, zgromadzono i zmuszono do wykrzykiwania „My, Niemcy, zamordowaliśmy Polaków”, po czym pijani milicjanci zatłukli kilkoro z nich pałkami. Sprawcy pozostali bezkarni – nie tylko w tej sprawie. Niemcy na ziemiach wcielonych do Polski nie byli wyłącznie biernymi ofiarami – podejmowali też próby oporu, podkładając ładunki na torach, sabotaż w fabrykach czy atakując polskie gospodarstwa.
Incydenty te były jednak zazwyczaj niewielkie, co nie przeszkodziło komunistycznej propagandzie przedstawiać ich jako poważne zagrożenie, podsycając strach i wrogość wobec Niemców. Szczególnie brutalnie traktowano tych Niemców, którzy w czasie wojny pomagali Polakom lub nie brali udziału w zbrodniach. Choć dziś wydaje się to logiczne, wszelkie formy bratania się z nimi spotykały się z potępieniem – oficjalnie nie przewidywano żadnej pobłażliwości, a sympatię okazywano im jedynie prywatnie. Powszechnie uznawano bowiem, że cały niemiecki naród ponosi odpowiedzialność za okupacyjne zbrodnie, co zresztą odpowiadało zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, którą wcześniej stosowali sami okupanci.
Powojenne relacje polsko-niemieckie były niezwykle złożone. Początkowa wrogość i żądza zemsty stopniowo przechodziły w strach, konsekwentnie podsycany przez komunistyczne władze. Niemcy pozostali synonimem wroga – takiego, który rzekomo dąży do powrotu na utracone ziemie. Obawy te nie były całkiem bezpodstawne – w RFN jeszcze w latach 70.
XX wieku na mapach Dolny Śląsk i Pomorze oznaczano jako tereny pod „tymczasową administracją polską”. Wysiedleni Niemcy żywili żal, a Polacy mieli poczucie, że zbrodniarze wojenni nie zostali w pełni ukarani – z czym również trudno się nie zgodzić.