PIOTR SZCZEPANIK — Jego głos znała cała Polska. Dlaczego nagle zniknął z pierwszego planu?

PIOTR SZCZEPANIK — Jego głos znała cała Polska. Dlaczego nagle zniknął z pierwszego planu?

Piotr Szczepanik był głosem, który Polska rozpoznawała w ułamku sekundy – ciepłym, niskim, spokojnym. Jego piosenki, takie jak „Żółte kalendarze”, „Kochać” czy „Goniąc kormorany”, w latach 60. sprzedawały się w nakładach, o jakich dzisiejsi artyści mogą tylko marzyć, i przez dekady towarzyszyły kolejnym pokoleniom. A jednak sam artysta przez większość życia świadomie trzymał się z dala od blasku fleszy, znikając z pierwszych stron gazet i telewizyjnych studia.

Thumbnail

Wokół tej nieobecności narosły trzy popularne legendy: że został wykluczony przez władze, że złamała go osobista tragedia albo że po prostu wyszedł z mody. Prawda – jak zwykle bywa – okazała się bardziej złożona i znacznie ciekawsza. Piotr Szczepanik urodził się 14 lutego 1942 roku w Lublinie, na ulicy Piaskowej, skąd z dachu rodzinnego domu widać było obóz na Majdanku. Wychowywał się w cieniu wojennych i powojennych doświadczeń, które – jak sam przyznawał po latach – ukształtowały jego wrażliwość.

Zanim trafił na scenę, przeżył też dziecięcą wycieczkę do lubelskiego zamku, który w tamtych czasach był więzieniem dla przeciwników władzy. Mimo tych obrazów wspominał dzieciństwo jako beztroskie, pełne książek i sportu, a swoją przyszłość wiązał początkowo z aktorstwem. Nie dostał się jednak do szkoły teatralnej, usłyszawszy, że jest zbyt wrażliwy na brutalny zawód aktora – co okazało się kluczowe dla całej jego późniejszej drogi. Zamiast aktorstwa wybrał historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie działał w legendarnym kabarecie Czart.

To właśnie tam, na małej scenie, po raz pierwszy zaśpiewał „Żółte kalendarze”, które wkrótce stały się ogólnopolskim hitem. Przełomowy okazał się 1963 rok i festiwal w Krakowie, po którym Szczepanik nawiązał współpracę z kompozytorem Andrzejem Korzyńskim. W styczniu 1965 roku nagrał z jego zespołem swoje pierwsze utwory, w tym przebojowe „Żółte kalendarze”. Debiutancka płyta rozeszła się w niewiarygodnych wówczas 39 tysiącach egzemplarzy, a plebiscyty radiowe przez trzy kolejne lata były zdominowane przez jego piosenki o miłości i nostalgii.

W połowie lat 60. , gdy polską sceną wstrząsał bigbit, Szczepanik zaproponował coś zupełnie odmiennego – kameralne, liryczne ballady, które kazały się zatrzymać i wsłuchać. Jego dorosły, ciepły głos bez egzaltacji brzmiał jak zwierzenie, a nie popis. Sam mówił o śpiewaniu jako o „wydychaniu emocji” i twierdził, że nigdy nie zabiegał o popularność, a o jego karierze zadecydowali słuchacze.

I właśnie wtedy, gdy stał u szczytu sławy, postanowił zwolnić. W 1971 roku, zmęczony natłokiem własnych przebojów, odciął się od hitowego repertuaru i zwrócił ku poezji śpiewanej, wykonując z gitarą utwory Leśmiana, Staffa czy Okudżawy. Ten sam rok przyniósł jednak dramat, który odcisnął piętno na całym jego życiu. Krótko po narodzinach córki na białaczkę zachorowała jego żona Krystyna.

Mimo walki i przeprowadzki do Konstancina zmarła w 1971 roku, mając zaledwie 28 lat. Szczepanik nigdy publicznie nie wiązał swojej zmiany repertuaru ze śmiercią żony, tłumacząc ją raczej wypaleniem i potrzebą innej formy wyrazu. Wiadomo jednak, że do końca życia nosił w sobie tę stratę, a jedna z jego najsłynniejszych piosenek, „Kochać”, była poświęcona właśnie jej. Po latach spoczął obok niej na warszawskich Powązkach.

W latach 70. Szczepanik konsekwentnie budował nową artystyczną tożsamość. Występował z recitalami poezji śpiewanej, a w 1979 roku zagrał tytułową rolę w telewizyjnej adaptacji „Chama” Elizy Orzeszkowej – historii o wierności, która zdawała się idealnie współgrać z jego własnym życiem. Ta praca, pozornie z dala od mainstreamu, okazała się przygotowaniem do najważniejszego rozdziału jego kariery, który nadszedł wraz z narodzinami „Solidarności”.

Po sierpniu 1980 roku Szczepanik sięgnął po poezję i pieśni powstańcze z XIX wieku, które w nowych realiach zabrzmiały jak komentarz do współczesności. W sierpniu 1981 roku był współorganizatorem I Przeglądu Piosenki Prawdziwej „Zakazane piosenki” w gdańskiej hali Olivia, wydarzenia, które przeszło do historii jako jeden z najważniejszych przejawów wolności artystycznej tamtego czasu. Na scenie stanęli obok niego m. in.

Jacek Kaczmarski i Krystyna Janda, a scenografię zdobiły karykatury dygnitarzy z szubienicą zawieszoną na dźwigu stoczniowym. Władze odpowiadały inwigilacją i groźbami procesów, ale nagrania z festiwalu, kopiowane na kasety, rozeszły się po całym kraju. Szczepanik otrzymał wówczas specjalną nagrodę ufundowaną przez Gdański Komitet Obrony Więzionych za Przekonania – obok Ewy Dałkowskiej. Po wprowadzeniu stanu wojennego artysta znalazł się w gronie tych, którzy zbojkotowali państwowe media.

W 1982 roku w jego domu drukowano podziemny „Tygodnik Wojenny”, a on sam zajmował się jego transportem. Przez kolejnych sześć lat dał około 600 koncertów w kościołach w całej Polsce – bez nagłośnienia, afiszy i honorariów, śpiewając o powstaniach i Warszawie. Występował też na zaproszenie księdza Jerzego Popiełuszki w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, gdzie w piwnicznych salach gromadziły się tłumy. Jak sam wspominał, w 1986 roku po jednym z takich koncertów profesor z jego dawnej uczelni żartobliwie przyznał mu tytuł doktora honoris causa za program opowiadający o wielkiej poezji romantycznej.

Gdy w 1989 roku nadeszła wolność, a wszystkie drzwi stanęły otworem, Szczepanik po raz trzeci – i ostatni – zniknął. Nie wrócił na wielkie sceny, nie nagrywał przebojów mimo ogromnej sympatii publiczności. Krótko pełnił funkcję w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy, odpowiadając za kontakty ze środowiskami twórczymi, a później skupił się wyłącznie na repertuarze poetyckim, nagrywając płyty z wierszami Baczyńskiego, Miłosza czy Mandelsztama. W końcu wyprowadził się z Warszawy do Sępochowa nad Świdrem, gdzie – jak mówił – nikt go nie zapędził i sam tak ułożył sobie życie, bo życie w zgodzie z sobą jest najlepszym, co można sobie podarować.

Przez ostatnie lata życia chorował poważnie, ale nikomu o tym nie powiedział. Dawni przyjaciele, Jacek Fedorowicz i Bogdan Łazuka, próbowali się z nim skontaktować, ale nie odbierał telefonów – o jego chorobie i śmierci dowiedzieli się tak samo jak cała Polska. Piotr Szczepanik zmarł we śnie 20 sierpnia 2020 roku, w wieku 78 lat. Po mszy w lubelskiej archikatedrze spoczął na Powązkach obok ukochanej Krystyny, po pięćdziesięciu latach od jej odejścia.

Historia jego trzech zniknięć – od hitów, od telewizji w stanie wojennym i od świata na koniec życia – to opowieść o człowieku, który zawsze wybierał sens zamiast obecności. Nie był fanem samego siebie, jak powtarzał, i dlatego tak wielu osobom przez dekady udawało się słyszeć w jego piosenkach własne wspomnienia, nie myśląc wcale o nim.