13 marca 1997 roku nad Phoenix w stanie Arizona setki, a być może tysiące mieszkańców obserwowało na nocnym niebie tajemniczą formację świateł. Świadkowie zgłaszali niemal identyczne opisy, a część z nich nagrała zjawisko na kamerach. To wydarzenie przeszło do historii jako światła nad Phoenix i do dziś pozostaje jedną z najbardziej zagadkowych obserwacji nieba. Pierwsze światła pojawiły się około godziny 20:25 w pobliżu góry Squaw Peak i przemieszczały się na południe przez miasto.

Kolejne zauważono po godzinie 22:00 na południowy zachód od Phoenix, w okolicy gór Estrella. Jednym z pierwszych, którzy sfilmowali zjawisko, był mieszkaniec Phoenix, Terry Proctor, choć jakość jego nagrania pozostawiała wiele do życzenia. Wieści o dziwnych obiektach szybko dotarły do gubernatora Arizony, Fife Symingtona, który postanowił osobiście sprawdzić, co dzieje się na niebie. Jak wspominał po latach, na górze Squaw Peak było mnóstwo ludzi wypatrujących świateł.
Nagle ktoś krzyknął, żeby spojrzeć w tamtą stronę. Gubernator zobaczył wtedy wielki obiekt w kształcie delty, który kierował się z północnego zachodu na południowy wschód. Symington opisywał to jako coś niesamowitego, z wbudowanymi światłami, czego nigdy wcześniej nie widział. Podobne relacje przedstawiali inni świadkowie.
Podkreślali, że światła tworzyły symetryczny kształt i przemieszczały się z północy na południe. Jeden z nich, Tim Ley, wykonał później rysunek, który obiegł całą Amerykę i świat. Mówił, że obiekt zasłonił niemal całą okolicę, wisiał zupełnie nieruchomo i przypominał komputerową symulację. Inni mieszkańcy relacjonowali ogromne kule światła, które ustawiły się w kształt litery V.
Jedna ze świadków, Sandra Hickman, miała wrażenie, że obiekt jest tak blisko, że w każdej chwili może wylądować na centrum handlowym. Mike Fordson widział go z boku i ocenił jego długość na około półtora kilometra. Podkreślał, że obiekt nie wydawał żadnego dźwięku, a niektórzy na jego widok odruchowo się schylali. W okolicy godziny 22:00 kolejne światła zarejestrowały aż cztery osoby.
Najlepsze jakościowo nagranie wykonał Mike Kruston, który zarejestrował zjawisko z drugiego końca miasta, z odległości około 40 kilometrów. Na nagraniu widać pojedyncze światła pojawiające się nad górami, układające się w nietypową konfigurację. Kruston komentował na bieżąco, że nie mogą to być zwykłe latarnie uliczne, skoro znajdują się tak daleko poza miastem. Inne nagranie tych samych obiektów wykonał Steve Blonder, który pierwsze światła zaobserwował już trzy dni wcześniej.
Obserwował je wraz z dwoma znajomymi, Billem Hamiltonem i Tomem Kingiem, którzy byli przekonani, że patrzą na statek spoza Ziemi. Hamilton obserwował światła nawet przez teleskop. Kluczowa w całej sprawie jest relacja Billa Gravera, byłego pilota myśliwców i samolotów pasażerskich, który tej nocy pełnił dyżur jako kontroler lotów na lotnisku Phoenix Sky Harbor. Jak opowiadał, wraz z siedmioma kolegami zauważył na południe od lotniska pięć lub siedem świateł.
Ponieważ wszystkie samoloty podchodziły do lądowania od wschodu, uznali, że nie mogą to być pasażerskie odrzutowce. Jeden z pilotów pytał przez radio, co to za światła, ale na ekranach radarów niczego nie było widać. Tej nocy i następnego dnia w całym Phoenix zapanowało wyraźne poruszenie. Do bazy wojskowej Luke pod Phoenix spłynęła masa próśb o wyjaśnienie sytuacji, ale wojsko milczało.
Brak informacji tylko podsycił plotki i spekulacje. Rozdzwoniły się też telefony w NUFORC, Narodowym Centrum Zgłaszania UFO, organizacji non-profit zajmującej się zbieraniem informacji o niezidentyfikowanych obiektach. Kierujący centrum Peter Davenport przekazał, że tej nocy wpłynęło około stu zgłoszeń, w tym od urzędników i policjantów. Davenport opowiadał także o telefonie od mężczyzny, który przedstawił się jako pilot wojskowy z bazy Luke.
Twierdził on, że obiekt nad Phoenix został namierzony w rejonie Camelback Mountain. Co więcej, lotnisko w Prescott zgłosiło, że mały samolot typu Cessna niemal zderzył się z nieznanym obiektem, który nie przypominał konwencjonalnych maszyn. Według tej relacji pilot myśliwca, który podleciał do jednego ze świateł, uchwycił obiekt kamerą zamontowaną przy uzbrojeniu, choć radar nie wykrywał żadnego celu. Po powrocie maszyny do bazy nagrania miały zostać natychmiast przechwycone przez oficerów dowództwa, załadowane na wojskowy odrzutowiec i odlecieć w nieznanym kierunku.
Davenport pokazywał dziennikarzom fragmenty tej rozmowy i billingi połączeń do bazy Luke, ale nie otrzymał żadnych informacji. W reportażach pojawiały się też relacje o samolotach F-15 kierujących się w stronę świateł, które nagle zaczęły znikać, choć były to niepotwierdzone doniesienia. Gdy wojsko milczało, amerykańskie stacje telewizyjne mówiły już tylko o jednym, a nagranie Mike’a Krustona zobaczyła cała Ameryka. Przez kolejne dni mieszkańcy Phoenix intensywnie dyskutowali o tym, co widzieli.
Pojawiły się pierwsze sprzeczności dotyczące rozmiaru obiektu i czasu obserwacji. Część świadków twierdziła, że formacja się przemieszczała, inni byli przekonani, że zawisła nieruchomo. Hipotezę o anomalii atmosferycznej szybko odrzucono, bo układ świateł był zbyt regularny i symetryczny. Wykluczono też reflektory skierowane ku niebu, których źródeł nie odnaleziono.
Pojawiła się teoria o żarcie, według której grupa lekkich samolotów celowo utworzyła formację świetlną, ale osiągnięcie takiej symetrii w locie nocą bez zaawansowanej koordynacji wydawało się niemożliwe. Mówiono również o lotniach z reflektorami, ale taki wybryk byłby kosztowny i skrajnie niebezpieczny, a nikt nigdy się do niego nie przyznał. Mieszkańcy zaczęli wywierać presję na gubernatora Symingtona, który sam widział światła, oraz na senatora Johna McCaina. Ten zapewniał, że traktuje sprawę poważnie i zwrócił się z zapytaniem do dowództwa sił powietrznych, ale nie otrzymał konkretnej odpowiedzi.
Sprawę poruszyła też lokalna radna Frances Barwood podczas posiedzenia Rady Miejskiej. Pod naciskiem opinii publicznej gubernator Symington zapowiedział zwołanie konferencji prasowej, podczas której zapowiedział odpowiedzialne podejście do sprawy, a następnie wprowadził swojego szefa sztabu przebranego za kosmitę. Świadkowie poczuli się urażeni i ośmieszeni. Frank Manor, jeden z pierwszych, którzy zgłosili sprawę, mówił przed kamerami ze złością, że żałuje, iż powiedział o tym ludziom, bo traktują go jak wariata.
W amerykańskiej prasie pojawiły się karykatury szydzące z radnej Barwood. Mieszkańcy postanowili szukać wyjaśnienia na własną rękę, co często przyciągało miłośników UFO, których wiarygodność bywa podawana w wątpliwość. Pierwsze bardziej specjalistyczne analizy wykonał lokalny producent multimedialny Jim Diletos, który twierdził, że światła nie przypominają żadnego znanego mu obiektu. Krytycy zauważyli jednak, że wnioski opierały się głównie na amatorskich nagraniach wideo.
W poszukiwaniu eksperta z naukowym zapleczem trafiono na doktora Leonida Rudina, informatyka i profesjonalnego analityka obrazu. W czasie, gdy doktor Rudin prowadził badania, stacja CNN Arizona wyemitowała materiał, który mocno wpłynął na opinię publiczną. Reporterzy pokazali zdjęcia wojskowych flar zrzucanych podczas testów, wykonane w zupełnie innym miejscu i czasie. Porównanie z fotografiami z Phoenix okazało się zaskakująco podobne.
Wskazywało to na banalne, choć dla wielu rozczarowujące wytłumaczenie: tajemnicze światła były prawdopodobnie efektem manewrów wojskowych z użyciem flar. Flary to specjalne ładunki świetlne zrzucane za samolotami podczas ćwiczeń, które oślepiają systemy naprowadzania rakiet i maskują pozycję maszyn. Zrzucane na małych spadochronach, dzięki jasności i długiemu czasowi spalania z dużej odległości mogą wyglądać jak nieruchome, zawieszone w powietrzu światła. Pod Phoenix znajduje się baza sił powietrznych Luke, która mogła prowadzić takie testy.
Napięcie wzrosło szczególnie 25 czerwca, gdy przedstawiciele Gwardii Narodowej publicznie potwierdzili, że w rejonie pojawienia się świateł prowadzono nocne ćwiczenia z użyciem flar. Kropkę nad i miały postawić badania doktora Rudina, który zestawił nagranie Krustona z obrazem tego samego miejsca wykonanym za dnia. Z jego ustaleń wynikało, że światła gasną za linią gór, których nocą nie widać, co sugerowało, że były to flary opadające za pasmem górskim. Oficjalne stanowisko wojskowych sugerowało, że całe zamieszanie wywołały zwykłe flary z rutynowych ćwiczeń.
To tłumaczyłoby też, dlaczego niektórzy świadkowie widzieli światła wcześniej. Ale wyjaśnienia o flarach nie wszystkich przekonały, choć na jakiś czas wyciszyły sprawę. Ci, którzy obserwowali zjawisko na własne oczy, nie uwierzyli w tę teorię, a wkrótce pojawiły się głosy podważające wojskowe wyjaśnienia, zarzucające im, że są spóźnione, niepełne i niezgodne z rzeczywistością. Po latach coraz więcej osób decydowało się mówić o tym, co widziało.
Wśród nich był gubernator Symington, który podczas pamiętnej konferencji wyszydził zjawisko. Tłumaczył później, że cała akcja z kosmitą miała ostudzić emocje i rozładować napięcie po wystąpieniu radnej Barwood. Politycznie był to dla niego burzliwy czas i nie chciał dolewać oliwy do ognia, dlatego dzień po zobaczeniu świateł postanowił się odciąć i nie zabierać głosu. Warto dodać, że w tamtym okresie ciążyły na nim poważne oskarżenia dotyczące nadużyć finansowych, w wyniku których stracił stanowisko jeszcze w 1997 roku.
Dopiero ułaskawienie prezydenta Billa Clintona uchroniło go przed więzieniem. Dziesięć lat po wydarzeniach były gubernator postanowił publicznie powiedzieć, co naprawdę sądzi o światłach nad Phoenix. Mówił, że widok zapierał dech w piersiach, a obiekt sprawiał wrażenie solidnej struktury z wyraźną krawędzią natarcia i wbudowanymi światłami, poruszającej się bezgłośnie. Jako pilot i były oficer sił powietrznych stanowczo stwierdził, że obiekt nie przypominał żadnego wytworu człowieka i na pewno nie były to flary z bazy Luke, bo nigdy nie widział, by flary leciały w szyku.
Przyznał też, że jego biuro było oblegane przez zaniepokojonych obywateli, a jego zapytania o pochodzenie obiektu do dziś pozostają bez odpowiedzi. Odrzucił wyjaśnienia o balonach meteorologicznych, bagnistych gazach i flarach wojskowych, mówiąc, że nigdy nie był usatysfakcjonowany tymi głupimi tłumaczeniami. Słowa byłego gubernatora ośmieliły wiele osób do ponownego zabrania głosu. Bill Hamilton, który obserwował światła przez teleskop, twierdził, że nie dostrzegł żadnych spadochronów ani smugi dymu.
Świadkowie podkreślali niezwykłą, niemal idealną symetrię świateł, jakby łączyła je metalowa belka, i to, że światła płynęły po niebie, podczas gdy flary powinny opadać, a wiatr szybko zniszczyłby ich układ. Tezy o statku obcych bronił również astronauta misji Apollo, Edgar Mitchell, który wielokrotnie publicznie przekonywał, że Ziemia jest regularnie odwiedzana przez takie obiekty. Dyskutowano też nad analizą doktora Rudina i nad tym, czy światła znikają za chmurami, ponieważ opadają, czy raczej przemieściły się na zachód. Incydent nad Phoenix wciąż rozpala wyobraźnię poszukiwaczy UFO, miłośników astronomii i twórców filmów dokumentalnych.
W 2024 roku Netflix poświęcił temu wydarzeniu dwa odcinki w serii dokumentalnej. W produkcji pojawił się ciekawy element: współprowadząca serię, pilot i była żołnierz armii USA z doświadczeniem bojowym w Iraku, dotarła do emerytowanego pilota z Phoenix, Grega, który zgodził się na rozmowę przed kamerą. Greg opowiedział, że wracał z żoną z restauracji, gdy ta zapytała, co to za światła. Początkowo odpowiedział, że to myśliwce, bo przejeżdżali niedaleko bazy lotniczej, ale szybko zauważył, że się myli.
Maszyny nie miały świateł pozycyjnych, leciały bardzo cicho, a przestrzeń między światłami była ciemna, co sugerowało jeden duży obiekt. Na pytanie, czy to była amerykańska technologia, odpowiedział retorycznie, po co wojsko miałoby przelatywać dużym tajnym pojazdem nad zaludnionym terenem z włączonymi światłami. Gdy padło pytanie o flary, Greg stanowczo zaprzeczył. Jako pilot z doświadczeniem w Wietnamie, gdzie zrzucał flary, by oświetlić pole bitwy, dobrze je znał.
Widział flary z ziemi, tuż nad sobą, gdy atakował go wróg. Zawsze widział spadochron przyczepiony do flary, wisiały w powietrzu i charakterystycznie migotały. To, co widział nad Phoenix, nie miało spadochronów ani dymu, a światła zachowywały zwartą formację przez cały czas lotu w kierunku południowo-zachodnim. Greg przyznał, że wcześniej nikomu o tym nie mówił, bo to było nieprawdopodobne i nie wiedział, jak to wyjaśnić.
Obawiał się, że mogliby go uziemić. Teraz zdecydował się przemówić, bo chciał być wiarygodnym świadkiem, który potwierdzi prawdziwość wydarzenia. Jak mówił, światła nad Phoenix naprawdę się wydarzyły i nad miastem przeleciał nieznany pojazd. W sprawie świateł nad Phoenix co jakiś czas pojawiają się nowe wątki, ale niewiele z nich wnosi coś znaczącego do dyskusji.
Rozgłos zdobyła w 2017 roku niejaka doktor Lynne Kitei, która w 1997 roku także widziała światła, a kilka lat później zrealizowała obszerny film dokumentalny. Twierdzi, że światła widuje nadal i regularnie je nagrywa, ale jej materiały nie przynoszą żadnych nowych dowodów. W produkcji Netflixa pojawił się też Jim Diletos, który opowiadał o pilocie Melu, mającym zbliżyć się do jednego ze świateł i zarejestrować je kamerą pokładową, jednak ani tajemniczy pilot, ani nagranie nie zostały ujawnione. Tom King, jeden ze świadków z 1997 roku, z czasem popadł wręcz w obsesję.
W domu zbudował laboratorium UFO otoczone kamerami, które mają wyłapać wszystko, co na niebie wygląda podejrzanie. W filmie Netflixa deklaruje, że co najmniej dwa razy udało mu się uchwycić coś, co uważa za niezidentyfikowany obiekt latający. O incydencie wciąż powstają grafiki, filmy i wizualizacje gigantycznych statków nad miastem, a nawet pełnometrażowy film fabularny opatrzony dopiskiem “oparty na faktach”, choć fakty te pozostają dosyć dyskusyjne. Czy nad Phoenix rzeczywiście pojawił się nieznany obiekt, czy była to seria zwykłych flar, które przez zbieg okoliczności wywołały efekt czegoś niezwykłego?
Noc z 13 marca 1997 roku na zawsze zapisała się w historii współczesnych obserwacji UFO i do dziś budzi emocje. Czy były to flary, statek obcych, czy zwykła pomyłka, pozostaje pytaniem bez jednoznacznej odpowiedzi.