Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 1938 roku nad Polską rozpętały się potężne mrozy, które na kilka dni sparaliżowały kraj. Zamarzały jeziora, na Wiśle lód unieruchamiał statki, a na ulicach i chodnikach pojawiła się groźna gołoledź. W samej Warszawie 20 grudnia odnotowano ponad 40 przypadków odmrożeń, a ludzie masowo łamali sobie nogi, poślizgując się na oblodzonych chodnikach. Pękały rury gazowe, a rozgrzane piece powodowały pożary w domach i zakładach pracy.

Klimat tamtych świąt był jednak wyjątkowy nie tylko ze względu na aurę. Zaledwie miesiąc wcześniej Polacy świętowali okrągłą, 20. rocznicę odzyskania niepodległości, a termin Bożego Narodzenia nieustannie przeplatał się ze słowem “ojczyzna”. W relacjach, pamiętnikach i prasie z tamtych lat widać, jak wielką wagę przykładano do wolności, a momentami nawet przesadny patriotyzm szedł w parze z głęboką religijnością.
Dla mieszkańców II Rzeczypospolitej był to nieodłączny element życia. Pogoda dawała się we znaki całej Europie, ale tuż przed Wigilią nadeszła odwilż. W same święta temperatury były już nieco wyższe, a w całym kraju spadł śnieg, dając Polakom tak zwane białe święta. W relacjach z tamtych dni można przeczytać o wręcz idealnej, świątecznej pogodzie, która sprzyjała rodzinnym spotkaniom i wyjazdom w góry.
Mimo to atmosfera w Europie pozostawała napięta, a w prasie coraz częściej pisano o incydentach związanych z mniejszością niemiecką w Polsce. Mieszkańcy kraju mieli świadomość, że jeszcze niedawno pokój w Europie wisiał na włosku. Po kryzysie sudeckim zastanawiano się, jaką drogę obierze okrojona Czechosłowacja oraz czy Hitler będzie kontynuował swoją agresywną politykę. Jednak oficjalne relacje z Niemcami układały się poprawnie, a część Polaków wierzyła, że najgorsze jest już za nami.
Dziennikarz Stefan Nowiński w świątecznym felietonie przypominał, że jeszcze w październiku kraj stał “tuż-tuż” nad przepaścią wojny, ale opatrzność uchroniła go przed nieszczęściem, dodając, że jest to powód do szczerej radości. Nastroje społeczne były więc pełne sprzeczności. Z jednej strony obawiano się przyszłości, z drugiej dostrzegano rozwój kraju. Powstawały nowe drogi, otwierano inwestycje, a w Zakopanem oddano do użytku nową skocznię narciarską.
W Warszawie poświęcano nowe linie tramwajowe, a w kobiecych czasopismach prezentowano najnowszą, świąteczną modę. Choć Polska wciąż borykała się z biedą, w największych miastach widoczne były pewne zmiany i ambitne plany na kolejne lata. Nie mogło zabraknąć świątecznych dekoracji, a wysokie choinki zdobiły rynki miast i reprezentacyjne punkty stolicy. To właśnie choinka stała się bezapelacyjnym symbolem ostatnich świąt w przedwojennej Polsce.
Co ciekawe, nie wszyscy ją jednak akceptowali. Maria Dąbrowska w swoim dzienniku zapisała, że celowo nie dekoruje drzewka, uznając to za “niemiecką tradycję z czasów pruskiej okupacji”. Mimo jej sprzeciwu, choinkowego trendu nie udało się już zatrzymać, a ozdobione drzewka stanęły w niemal każdym domu, a pod nimi pojawiły się prezenty. Co ważne, w tamtych latach centralną postacią świąt nie był jeszcze Święty Mikołaj.
Jego wizerunek gdzieniegdzie pojawiał się na grafikach czy w reklamach, ale dopiero w kolejnych dekadach jego postać miała stać się symbolem równym choince. W kobiecych pismach prezentowano instrukcje, jak samemu wykonać ozdoby, a firmy reklamowały gotowe komplety bombek w kształcie aniołów, szyszek czy sopli lodowych. Do tego dochodziły włosy anielskie, świeczki oraz “reflektor o olśniewającym blasku” na czubek drzewka. Tradycje wigilijne w okresie międzywojennym były bardzo podobne do dzisiejszych.
Rodzina gromadziła się przy stole w późnych godzinach popołudniowych, dzielono się opłatkiem, składano życzenia, spożywano postne potrawy i śpiewano kolędy. Pod obrusem kładziono symboliczne siano, a na wsiach w rogu izby ustawiano cały snop. Po wieczerzy wręczano prezenty, a o północy wielu udawało się na pasterkę. Wokół wigilii panowało też wiele przesądów, jak choćby ten, że liczba biesiadników powinna być parzysta, a liczba dań – nieparzysta i im ich więcej, tym większe plony w nowym roku.
Na stołach prym wiódł barszcz z uszkami, ale popularna była też zupa grzybowa czy rybna. Wśród ryb furorę robił karp w szarym sosie, którego przepisy można było znaleźć w prasie. Warto podkreślić, że mit o karpiu jako komunistycznym wymyśle jest fałszywy – ryba ta była powszechnie jedzona podczas świąt na długo przed 1945 rokiem. Oprócz ryb na stołach pojawiały się pieczone indyki, łosoś, nóżki w galarecie, a zamożniejsze rodziny mogły pozwolić sobie nawet na galaretkę ananasową czy grejpfruty.
Rok 1938 przyniósł też wyraźne trendy w prezentach. Bardziej majętni mogli podarować bliskim radioodbiornik, zegarek marki Omega, perfumy czy wody kolońskie. Wśród tańszych upominków królowały kalendarze na rok 1939, pończochy czy skarpety. Dla dzieci przeznaczone były klocki, książki z obrazkami, konie na biegunach, bębenki, ołowiani żołnierzyki oraz zabawkowe auta i tramwaje.
Hitem dla dziewczynek była “lalka chodząca” z blond włosami i ruchomymi kończynami, która kosztowała 4,75 zł, a za dopłatą nieco ponad 2 zł mogła nawet wypowiadać słowo “mama”. Nie wszyscy spędzali święta w domach. Prasa pełna była ofert z Zakopanego i innych górskich miejscowości. Prezydent Ignacy Mościcki udał się z rodziną do Jaworzyny, a premier Felicjan Sławoj Składkowski ze względu na zaspy śnieżne pojechał pociągiem do Zakopanego.
Hanka Ordonówna spędziła święta w Krynicy, podobnie jak wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski. Minister spraw zagranicznych Józef Beck wybrał się do Monte Carlo, skąd w drodze powrotnej miał zatrzymać się w Niemczech, by po raz ostatni spotkać się z Adolfem Hitlerem. Podczas świąt nie brakowało też incydentów. W Wigilię we Lwowie policja weszła do mieszkań osób zamieszanych w tak zwaną aferę bankową, aresztując pracowników banków i kantorów dokonujących oszustw finansowych.
W pierwszy dzień świąt w Krakowie służby ratunkowe odnotowały 200 interwencji, z czego 30 związanych było z nadużyciem alkoholu. Inne dotyczyły gorączek i grypy, będących skutkiem “przebywania w wielkim zimnie i późniejszego nagłego ocieplenia”. Na Bałtyku grupa rybaków podczas połowu dorszy utknęła na morzu, gdy zamarzły im silniki i stery, a od pewnej śmierci uratował ich dopiero silny wiatr, dzięki któremu dotarli do brzegu. Kraj żył także śmiercią i pogrzebem profesora Stanisława Wróblewskiego, znanego prawnika i prezesa Polskiej Akademii Umiejętności.
Nieformalną twarzą świątecznych okładek w Polsce była węgierska śpiewaczka Marta Egert, prywatnie żona Jana Kiepury, której zdjęcia przy udekorowanej choince chętnie publikowała prasa. Organizowano zabawy choinkowe dla dzieci, także na Zamku Królewskim w Warszawie, wystawiano jasełka i prowadzono pomoc zimową dla najuboższych. Dzień przed Wigilią w kinach miała premierę polska produkcja “Moi rodzice rozwodzą się” z Marią Gorczyńską i Kazimierzem Junoszą-Stępowskim w rolach głównych. Polskie Radio przygotowało z okazji świąt obszerny program – transmitowano koncerty kolęd, słuchowiska dla dzieci, świąteczne felietony Kornela Makuszyńskiego, a uroczyste życzenia składał Polakom prymas August Hlond.
Sporo miejsca poświęcano też tematyce spędzania świąt przez Polaków na Zaolziu, skąd transmitowano pasterkę na cały kraj. Gdy święta dobiegły końca, w poświątecznych podsumowaniach zwracano uwagę przede wszystkim na świetną pogodę, zapełnione kościoły oraz wciąż odczuwalne skutki mrozów. Wielu młodych ludzi po krótkim spędzeniu czasu z rodziną udawało się do Zakopanego, by korzystać ze sprzyjającej aury i jeździć na nartach. Dla niektórych była to nowość niezgodna z tradycją, jednak nikt nie robił z tego powodu większych problemów.
Rok 1938 dobiegał końca, a dla wielu Polaków były to ostatnie miłe i beztroskie wspomnienie przed nadchodzącą tragedią. W tamtym grudniu mieszkańcy II Rzeczypospolitej nie mogli mieć pełnej świadomości zagrożenia i po prostu cieszyli się chwilą.