Karolina cofnęła się za róg straganu i przystanęła przy sąsiednim stoisku z pościelą. Ustawiła się tak, żeby kobiety jej nie widziały, ale sama widziała wszystko, co działo się przy straganie z wędlinami. Teresa, matka Aleksandra, trzymała właśnie w ręku żółtą karteczkę z ceną promocyjną, a obok niej stała Anna – rozglądała się po targowisku, jakby sprawdzała, czy ktoś ich nie obserwuje. – A co tu jest do ukrycia?

– zapytała Teresa i wbiła wzrok w synową. – Zwykła promocja, zwykłe wędliny. Nie rozumiem, po co ta cała konspiracja. Anna uśmiechnęła się blado i sięgnęła po torbę na zakupy.
– Bo nie chcę, żeby Karolina wiedziała, że wydaję pieniądze na jedzenie, kiedy ona obcina każdą złotówkę. Mówi, że oszczędzamy na mieszkanie dla Huberta, ale ja już nie mam siły jeść samych ziemniaków. Teresa prychnęła. – Daj spokój.
Młodzi zawsze narzekają. Aleksander też mi mówi, że odkładają co miesiąc, ale widzę, że to ona trzyma kasę. I to ona decyduje, co się dzieje z twoimi pieniędzmi. Anna spuściła głowę.
– To Aleksander zdecydował, żeby odłożyć zakup mieszkania, dopóki Hubert nie skończy studiów. A ona całkiem przestała ze mną rozmawiać, odkąd jej powiedziałam, że nie dam więcej na ich remont. Karolina zacisnęła dłonie na uchwycie torby. To, co usłyszała, brzmiało znajomo.
Dokładnie te same słowa, które Aleksander wypowiadał w domu, kiedy myślał, że Karolina śpi. „Moja matka myśli, że to ja trzymam kasę. Musimy jej nie dopłacać, tylko wyciągnąć od niej wszystko do końca życia. ” Anna była z nim w zmowie.
To była ich wspólna gra. Karolina wycofała się powoli, aż dotarła do alejki i szybko skręciła w boczną uliczkę. Wsiadła do samochodu i przez długą chwilę siedziała bez ruchu, wpatrując się w deski rozdzielcze. Wiedziała, że teściowa i matka Aleksandra coś knują, ale nie spodziewała się, że tak otwarcie rozmawiają o pieniądzach i o niej.
Tego samego dnia, późnym popołudniem, do domu wrócił Aleksander. Zawsze wracał o tej samej porze, rzucał kluczyki do miski w przedpokoju, włączał ekspres i dopiero potem pytał, co na obiad. Tym razem Karolina stała przy kuchence, odwrócona do niego plecami. – Co dziś jest?
– zapytał, otwierając lodówkę. – Zupa. – odpowiedziała krótko. – A coś konkretniejszego?
– To co zawsze. Musimy oszczędzać. Usłyszała, jak zamknął lodówkę i podszedł bliżej. Czuła jego wzrok na plecach.
– Wciąż myślisz o tym mieszkaniu? – zapytał ostrożnie. – Bo ci mówiłem, że to nie jest dobry interes. Matka mi powiedziała, że słyszała o jakimś nowym programie inwestycyjnym, może byśmy weszli w to zamiast w starą klatkę.
Karolina odwróciła się do niego. Był wyższy od niej o głowę, miał lekko zaczesane ciemne włosy i te szare oczy, które kiedyś lubiła. Teraz patrzył na nią z uśmiechem człowieka, który myśli, że jest najsprytniejszy w pokoju. – Jaki znowu program?
– zapytała, udając zainteresowanie. – Taki, co daje dwadzieścia procent rocznie. Żadnych ryzykownych akcji, sama inflacja i do przodu. – Przechylił głowę.
– Tylko musimy wsadzić w to całe nasze oszczędności. I twoja matka też może dołożyć. Anna mówi, że to pewny interes. Karolina odwróciła się z powrotem do kuchenki i zdjęła garnek z ognia.
– Nie mam oszczędności. I moja matka nie ma. – No przecież wiem, że macie. Twoja mama sprzedała mieszkanie dwa lata temu, musiała coś zostać.
– Sprzedała, bo musiała spłacić kredyt, który zaciągnęli na dom. Zostało jej z tysiąc złotych na koncie. Aleksander podszedł do niej i położył ręce na jej ramionach. Czuła ich ciężar, zimny i nieprzyjemny.
– Kochanie, nie chcę się kłócić. – powiedział łagodnie. – Po prostu myślę o naszej przyszłości. O Hubercie.
Chcę, żeby miał lepiej, niż my. – To kupmy mu mieszkanie za nasze pieniądze. – No właśnie, ale najpierw musimy je pomnożyć. Pomyśl o tym, dobrze?
Pocałował ją w czubek głowy, wziął telefon i wyszedł do salonu. Karolina została sama przy zgaszonej kuchence. Tej nocy nie mogła zasnąć. Kiedy Aleksander zaczął chrapać, wstała z łóżka i podeszła do biurka, przy którym on trzymał swoją część dokumentów.
Zazwyczaj nie dotykała jego rzeczy, ale teraz coś ją tknęło. Otworzyła szufladę i ostrożnie przekopała się przez rachunki i stare paragony. Aż na samym dnie, pod podartą kopertą, znalazła wyciąg z konta. Kliknęła w lampkę i przeczytała.
Na koncie Aleksandra widniały regularne przelewy. Co miesiąc, zawsze tego samego dnia, ginęło kilkaset złotych na konto jakiegoś prywatnego rachunku. Obok widniał opis: „Róża – inwestycja”. Karolina zrobiła zdjęcie telefonem i odłożyła papiery dokładnie tam, gdzie leżały.
Następnego dnia z samego rana zadzwoniła do matki. Anna odebrała po pierwszym sygnale, jakby czekała. – Mamo, jedziesz ze mną na zakupy. – Co się stało?
– Spotkajmy się na targu. Tam, gdzie zwykle. Przez dwie godziny Karolina chodziła między straganami, kupiła kilogram jabłek, których nie potrzebowała, i starała się wyglądać naturalnie. W końcu podszedł do niej mężczyzna w ciemnym płaszczu, wysoki, z krótko przyciętą brodą.
Podszedł i bez słowa wręczył jej kopertę. – Tu są wyciągi z ostatnich dwóch lat – powiedział cicho. – Jak prosiłaś. I numery kont, na które szły przelewy.
– Dziękuję, Rafale. Rafał był kuzynem jej matki i prowadził małą księgowość w mieście. Nigdy nie lubił Aleksandra. Karolina włożyła kopertę do torby między warzywa i pojechała do kawiarni przy ulicy Kościelnej.
Zamówiła czarną kawę, rozłożyła dokumenty na stoliku i zaczęła czytać. To, co zobaczyła, sprawiło, że ścisnęło ją w żołądku. Przelewy na „Różę” nie były jedynym problemem. Aleksander regularnie przelewał też pieniądze na konto swojej matki, a obok widniały tytuły: „spłata pożyczki”, „za remont u mamy”, „ratka za telewizor”.
Tylko że w domu mówił, że nie stać go na żadne dodatkowe wydatki i że Karolina ma wyżywić trzyosobową rodzinę z jednej pensji. Przy samej końcówce ktoś napisał: „360 zł – kieszonkowe”. Taka sama kwota pojawiała się co tydzień, w każdy piątek. Karolina złożyła dokumenty, schowała je do koperty i usiadła z pustym wzrokiem.
Wieczorem, kiedy Aleksander wyszedł na piwo z kolegami, a Hubert siedział w swoim pokoju, Karolina weszła do łazienki i odkręciła wodę. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na cichy, szloch. Następnego dnia obudziła się wcześniej, zanim wstał Aleksander. Przygotowała mu śniadanie, jak zawsze, ale nawet nie podniosła na niego wzroku, kiedy wychodził z domu.
Kiedy drzwi wejściowe zatrzasnęły się za nim, wyjęła telefon i wybrała numer Sylwii. – Potrzebuję twojej pomocy – powiedziała szeptem, jakby bała się, że ktoś usłyszy. Sylwia była jej przyjaciółką z liceum, jedyną osobą, której ufała bezgranicznie. – Co się stało?.
– Chyba powinnam się dowiedzieć, skąd mój mąż ma pieniądze na życie, skoro z tygodnia na tydzień borykamy się z rachunkami. W niedzielę, zgodnie z umową, Karolina zaprosiła do domu matkę. Anna przyjechała z ciastem, posiedziała godzinę, dopiła herbatę i wyszła, nie zbierając naczynia. Karolina odprowadziła ją do drzwi.
– Mamo, powiedz mi – zapytała cicho. – Ile naprawdę dostałaś za to mieszkanie? Anna zmrużyła oczy. – A co cię to obchodzi?
– Bo ja myślę, że mój mąż regularnie wysyła twoje pieniądze jakiejś kobiecie. Anna zbladła, oparła się o futrynę i złapała za uchwyt torby. – Skąd masz taki pomysł? – Po prostu odpowiedz.
Anna rozejrzała się po klatce schodowej, jakby sprawdzała, czy nikt ich nie podsłuchuje. – Osiemdziesiąt tysięcy – szepnęła. – Sprzedałam to mieszkanie za osiemdziesiąt tysięcy. Przecież ci mówiłam.
– Nie mówiłaś. Powiedziałaś, że załatwiłaś wszystko sama i że to nie moja sprawa. Anna schyliła głowę. – Bo on mi zabronił.
Mówił, że jak się dowiesz, to wszystko popsujesz. Że założymy wspólne konto, a on będzie nimi zarządzał. Twoim ojcem, rozumiesz. Mówił, że tak będzie bezpieczniej.
Karolina cofnęła się o krok. – Komu? Komu dałaś te pieniądze? – Aleksandrowi – wyszeptała Anna.
– Oddałam wszystko Aleksandrowi, żeby inwestował. On mówił, że masz zupełnie stracić głowę, jak się dowiesz, że nam pomaga. Więc ukrywaliśmy to. Dla twojego dobra.
Karolina nie odpowiedziała. Wróciła do mieszkania, zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. W korytarzu wisiało ich wspólne zdjęcie z wesela, na którym oboje się uśmiechali. Teraz ten uśmiech wydawał się jej wycięty nożem.
Minął tydzień pełen milczenia i udawania. Karolina dzwoniła do firmy, w której pracowała, i brała urlop na żądanie, tłumacząc to problemami rodzinnymi. Mijała jego szufladę wzrokiem, ale nie otwierała jej ponownie. Zamiast tego zaczęła powoli robić notatki w telefonie, w notatniku o nazwie „zakupy”.
Wieczorem, kiedy Hubert poszedł do kolegi, a Aleksander siedział przy biurku, Karolina podeszła i położyła przed nim wydrukowaną kartkę. – Co to? – zapytał, nie podnosząc głowy. – To jest wyciąg z twojego konta.
To są twoje przelewy na konto jakiejś Róży. I to. – postukała palcem w kwotę 360 zł. – To są twoje comiesięczne premie, o których mi nie mówiłeś.
A to. – przesunęła kartkę z tytułami przelewów. – To pieniądze mojej matki, które jej wyłudziłeś, mówiąc, że inwestujesz je w mieszkanie dla syna. Aleksander powoli odsunął krzesło, wstał i zmierzył ją wzrokiem.
Przez chwilę stał milczący, z rękami w kieszeniach. Potem wzruszył ramionami. – I co z tego? – Co z tego?
– powtórzyła Karolina, wysiłkiem powstrzymując drżenie głosu. – Mówiłeś mi, że nie stać nas na opłacenie raty za kawalerkę. Że masz odmrożone palce, żeby zebrać na jedzenie. A codziennie zasilasz konto jakiejś kobiety i to moją matkę zostawiasz z niczym.
– Róża to moja ciotka – powiedział zimno. – Ma osiemdziesiąt lat i ciężko choruje. Pomagam jej, bo nikt inny nie może. To moja rodzina.
A ty masz do tego prawo się wtrącać? To moja pensja. – Twoja pensja? – Karolina wyciągnęła z kieszeni drugą kartkę.
– To jest twoja pensja. Cztery tysiące dwieście brutto. Tylko że ty zarabiasz sześć i pół tysiąca. Nadwyżkę codziennie przekazujesz na prywatne konto.
Więc pytam cię teraz jeszcze raz: skąd pochodzi reszta? Aleksander zesztywniał. Odetchnął głęboko, podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Przez chwilę bawił się kluczami leżącymi na parapecie.
– To nie jest to, co myślisz. – To co jest? – To. – odwrócił się do niej.
– Robiłem interesy, dobrze? Trzeba było dawać ludziom to, czego chcieli, a oni płacili za to gotówką. Więc oczywiście, że oprócz etatu miałem własne projekty. Zlecenia.
Nielegalne? Nie. Po prostu. Niezgłaszane.
– Okradałeś skarb państwa. – Nazywaj to, jak chcesz. – Aleksander podszedł do szafy, wyciągnął torbę i zaczął pakować pierwszą lepszą koszulę. – Wszyscy tak robią.
Nikt nie płaci pełnych podatków. A ja potrzebowałem pieniędzy na naszą przyszłość. Na mieszkanie dla Huberta. Na twoje pierdoły.
Nie rozumiesz, że ja to robiłem dla nas? – Dla nas? – Karolina zaśmiała się sucho. – Dla nas to byś powiedział mi prawdę.
Dla nas to byś nie okłamywał mojej matki co do jej własnych pieniędzy. Aleksander rzucił torbę na łóżko. – Twoja matka dała mi te pieniądze dobrowolnie, bo chciała mieć czyste sumienie. Bo czuła, że musi ci wynagrodzić to, że wolała ojca.
A ty. ty jesteś tylko wdzięczna osiągnięciom? Może gdybyś nie była tak skupiona na tych swoich drobiazgach, na tym, ile wydaję, to nie musiałbym knuć. – Wynoś się – powiedziała Karolina spokojnym, twardym głosem.
Aleksander zatrzymał się i popatrzył na nią z góry. – Wyjdę, ale to nie twoja decyzja. To moje mieszkanie. – Naprawdę?
A niby czyje? – Wynajmowane za twoje pieniądze? – prychnął i wskazał na saldo. – Popatrz na umowę najmu.
Ja podpisywałem, ja wpłacałem kaucję. Wynajmowane, ale na moją korzyść. Karolina wyprostowała się, sięgnęła do kieszeni i wyjęła telefon. – W porządku.
To zadzwonię teraz do firmy, w której pracujesz. I powiem im, że ich pracownik prowadzi nielegalną działalność gospodarczą i ukrywa dochody. Aleksander postąpił krok w jej stronę. – Nie odważysz się.
– Naprawdę? – uniosła telefon do ucha. – Halo? – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy.
– Poproszę z działem kadr. Aleksander spróbował wyrwać jej telefon, ale Karolina cofnęła się o krok, a po chwili ciszę przerwał jego własny sygnał dzwonka. Odebrał. Przez telefon usłyszał głos sekretarki z centrali.
– Panie Aleksandra, chyba wie pan, że mamy problem. Pani Karolina. no. Aleksander osunął się na fotel i zamknął oczy.
– Rozumiem. Tak. Zaraz przyjadę. Rozłączył się i przez długą chwilę siedział w milczeniu.
Kiedy w końcu podniósł wzrok, w jego oczach nie było już gniewu, tylko zmęczenie. – Chcą ze mną porozmawiać. Na temat nadużyć finansowych. Podają, że ktoś z ich firmy przyjmował pieniądze od klientów za załatwienie czegoś, czego nie załatwiał.
Ty to zrobiłaś. Karolina schowała telefon. – To, co zrobiłeś z moją matką, to jest jedno. A to drugie to twoje własne grzechy.
Ja tylko postawiłam właściwe pytania we właściwych miejscach. Aleksander wstał powoli, wyjął z szafy kilka większych rzeczy. – Dokończymy to kiedy indziej. – Nie ma żadnego kiedy indziej.
Wyprowadzasz się. – Jeszcze do mnie wrócisz. – odwrócił się do niej od progu. – Jak ci zabraknie wygód i zrozumiesz, że bez mnie radzisz sobie tylko połowicznie.
– Już nigdy do ciebie nie wrócę – odpowiedziała, trzymając drzwi otwarte. Aleksander potrząsnął głową i wyszedł, trzaskając drzwiami tak, że ściany się zatrzęsły. Karolina oparła się o ścianę i dopiero wtedy zauważyła, że z trudem łapie powietrze. Serce waliło jej jak młot.
Hubert wrócił do domu godzinę później. Zobaczył matkę siedzącą w fotelu z telefonem w dłoni, wpatrzoną w ścianę. – Gdzie tata? – zapytał.
– Wyjechał – powiedziała Karolina cicho. – Gdzie? – Do siebie. Oddzielnie zamieszkamy.
Hubert milczał chwilę, a potem usiadł na kanapie obok niej. – Wiedziałem, że coś jest nie tak. – Skąd? – Widziałem, jak w nocy siedzisz przy biurku.
I jak patrzysz na niego podczas kolacji. Tobie do oczu, nie. Karolina uśmiechnęła się przez łzy. Położyła dłoń na jego ramieniu.
– Pomożesz mi wybrać mieszkanie? Bo myślę, że jak najbardziej powinnam poszukać czegoś dla nas. Na osiedlu, tam gdzie zawsze chciał. – Pewnie.
– Hubert oparł głowę o jej ramię. – Ale nie mów tylko o tym, że mamy się przeprowadzać w przyszłym tygodniu. Bo kredyt biorę ja, dobrze? Karolina zaśmiała się cicho, pierwszy raz od długiego czasu.
Uporządkowanie spraw zajęło im miesiące. Aleksander próbował jeszcze wielokrotnie: dzwonił, groził, obiecywał poprawę. Twierdził, że wraca do łaski, że udało mu się wyprostować sprawy w firmie, że dostał tylko upomnienie. W końcu przyszedł z propozycją ugody.
Chciał wziąć wspólne oszczędności, żeby odkupić od Karoliny jej połowę mebli i spokojnie się wyprowadzić, bez sądu. Karolina zgodziła się na spotkanie u prawnika. Kiedy usiadła naprzeciwko niego, wyjęła z aktówki notatnik, w którym opisywała wszystkie jego przekręty. – Twoja matka dała ci pieniądze, a ja udowodniłam, że to twoja prywatna pożyczka, a nie darowizna dla nas obojga.
Jeśli pójdziemy do sądu, wygrasz, ale po dwóch latach i po kosztach. Więc zróbmy to tak. Ty przepiszesz na mnie prawo do wynajmowanego mieszkania na najbliższe dwa lata, bo jestem w ciąży. Aleksander zamrugał.
– Co. – Tak, jestem w ciąży. Twoje dziecko. Ale to nie zmienia tego, co planuję.
Przepiszesz wynajem na mnie, ja w zamian nie pójdę na policję z twoimi niezadeklarowanymi dochodami. I podzielimy się wspólnym majątkiem: co twoje, to twoje, co moje, to moje. Nie będziesz dochodził ode mnie pieniędzy za matkę, bo ci jej nie oddam. W zamian nie interesuję się tym, na co wydawałeś te przelewy.
Aleksander milczał, przyglądając się jej. – To dziecko. – powiedział w końcu. – Jesteś pewna?
– Bardziej niż kiedykolwiek. Ustalili wszystko tak, jak Karolina zaproponowała. Przez kilka tygodni Aleksander mieszkał w wynajętym pokoju, a potem wyprowadził się do pracy, którą znalazł na drugim końcu miasta. Karolina w ciągu kilku miesięcy urodziła córkę, ale na akcie urodzenia, w rubryce „ojciec”, stanął myślnik.
Z czasem, kiedy napięcie opadło, a drobne upokorzenia zajęły miejsce poważnych kłótni, Karolina odzyskała spokój. Uczyła się żyć samodzielnie, z synem pod bokiem, z małą w wózku na małym balkonie mieszkania, które w końcu stało się jej. Od czasu do czasu spotykała kogoś na ulicy, stare znajome pytające, gdzie podziewa się Aleksander. Wzruszała ramionami i mówiła, że to już nie jej sprawa.
Pewnego popołudnia, w rocznicę ich pierwszej wspólnej Wigilii, Karolina wracała ze spaceru z nowo narodzoną córką w chuście, kiedy pod blokiem zobaczyła błękitną kopertę w skrzynce. Wyjęła ją. Adresowana do niej, bez nadawcy. Otworzyła i wyjęła pojedynczą kartkę.
„Karolino, przepraszam. Za wszystko, co ci zrobiłem. Ja. wiem, że to nic nie zmieni.
Ale miej wolną głowę, piszę bo wyrzuty sumienia. Wyjeżdżam za granicę. Pozdrów dzieci. Aleksander.
”
Spojrzała na kartkę, potem na ulicę, na drzewa, które zaczynały się wybarwiać na żółto i pomarańczowo. Poczuła chłód nadchodzącej jesieni, wzięła głęboki oddech i włożyła list do kieszeni płaszcza. Podniosła córkę wyżej, przycisnęła ją do policzka i poszła w stronę domu. Na progu zatrzymała się jeszcze na chwilę, wyjęła z kieszeni zgnieciony papier, rozdarła go na cztery części i wyrzuciła do kosza obok drzwi wejściowych.
Potem otworzyła drzwi i weszła do środka, a z mieszkania dobiegło już tylko wesołe gdakanie niemowlaka i odgłos włączanego w telewizorze wieczornego programu, na który czekał Hubert.