BOLESŁAW BIERUT: Pojechał do Moskwy w futrze, wrócił w trumnie.Co usłyszał na Kremlu przed śmiercią?

BOLESŁAW BIERUT: Pojechał do Moskwy w futrze, wrócił w trumnie.Co usłyszał na Kremlu przed śmiercią?

Bolesław Bierut wyjechał do Moskwy w marcu 1956 roku jako najważniejszy człowiek w Polsce. Do Warszawy wrócił w trumnie, którą przetransportowano samolotem na lotnisko Okęcie. Między jednym a drugim wydarzeniem minęły 22 dni. Na XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, gdzie Nikita Chruszczow potępił stalinizm, Bierutowi nie pozwolono wejść na salę obrad.

Thumbnail

Był w Moskwie, kilkaset metrów od tego miejsca, ale jako gość nie został wpuszczony na zamknięte posiedzenie poświęcone tylko radzieckim delegatom. Kilka dni później otrzymał tekst przemówienia Chruszczowa w kopercie. Dokument, którego nie mógł usłyszeć na sali, przeczytał sam w zamkniętym pokoju. Od chwili otwarcia koperty do zatrzymania jego serca minęło 14 dni.

Świadkowie, którzy widzieli go przed i po lekturze, mówili, że to nie był ten sam człowiek. Bierut urodził się 18 kwietnia 1892 roku we wsi Rury Brygitkowskie pod Lublinem, w ubogiej rodzinie chłopskiej. Edukację przerwał w wieku 14 lat. Trafił do drukarni, gdzie nauczył się zawodu zecera.

To właśnie tam, w środowisku robotniczym, zetknął się z polityką. W wieku 20 lat wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej – Lewicy, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości dołączył do Komunistycznej Partii Polski. Partia ta nie uznawała niepodległego państwa polskiego, a jej działalność była nielegalna. Bierut działał w konspiracji, używał fałszywych nazwisk i wielokrotnie trafiał do więzienia.

W połowie lat 20. wysłano go do Moskwy na szkołę partyjną, gdzie nauczył się jednego – bezwarunkowej lojalności wobec Kremla. Później pracował jako emisariusz Kominternu, podróżując po Europie z fałszywymi dokumentami. Historycy do dziś spierają się, czy był jedynie wysokiej rangi funkcjonariuszem tej organizacji, czy też współpracował z sowieckimi służbami.

W grudniu 1933 roku Bierut został aresztowany i skazany na siedem lat więzienia za działalność komunistyczną. Trafił do Rawicza, jednego z najcięższych więzień międzywojennej Polski. Ten wyrok uratował mu życie. W latach 1937–1938 Stalin przeprowadził wielką czystkę, w której zginęło praktycznie całe kierownictwo Komunistycznej Partii Polski.

Bierut przetrwał, bo siedział w polskim więzieniu. Po wyjściu na wolność w 1938 roku pracował jako księgowy w Warszawie. Gdy wybuchła wojna, udał się na wschód, na tereny zajęte przez Armię Czerwoną. Formalnie zrzekł się polskiego obywatelstwa.

W czasie okupacji niemieckiej pracował w administracji miejskiej w Mińsku, podając się za Białorusina. W 1943 roku wrócił do Warszawy jako „towarzysz Tomasz” i włączył się w budowę struktur nowej partii. W styczniu 1944 roku stanął na czele Krajowej Rady Narodowej, ciała nieposiadającego żadnego mandatu społecznego. Za jego plecami stała jednak Armia Czerwona.

Po wojnie, w oszalałej z wyczerpania Polsce, objął najwyższe stanowiska. Referendum w 1946 roku i wybory w styczniu 1947 roku zostały sfałszowane, a wyniki ogłoszone nie miały nic wspólnego z wolą wyborców. Kilka dni po wyborach Bierut został prezydentem Polski, a w 1948 roku pierwszym sekretarzem nowo utworzonej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jako prezydent miał prawo łaski.

Wnioski o ułaskawienie skazanych na śmierć trafiały na jego biurko. W przypadku rotmistrza Witolda Pileckiego, który dobrowolnie dał się uwięzić w Auschwitz, by tworzyć tam ruch oporu, prośba została odrzucona. Pilecki został zamordowany strzałem w tył głowy w więzieniu na Mokotowie w 1948 roku. Generał August Emil Fieldorf, pseudonim Nil, jeden z najwybitniejszych dowódców Armii Krajowej, został powieszony w lutym 1953 roku.

Przez całe lata władze powtarzały, że Bierut nie wiedział, że go okłamano. Ale to on trzymał te dokumenty w rękach i to on je podpisywał. Represje dotknęły także jego własną partię. W 1948 roku Władysław Gomułka został oskarżony o prawicowo-nacjonalistyczne odchylenie, stracił stanowiska, a w 1951 roku trafił do więzienia.

W 1952 roku nowa konstytucja zniosła urząd prezydenta. Bierut został premierem, zachowując władzę w partii. Wokół niego narastał kult jednostki. Jego portrety wisiały w każdej szkole i urzędzie.

W 1953 roku Katowice przemianowano na Stalinogród. Po śmierci Stalina w marcu 1953 roku Bierut pobladł i przez długą chwilę nie mógł wypowiedzieć słowa. Jego pozycja opierała się wyłącznie na poparciu Kremla, a na Kremlu właśnie rozpoczynała się bezlitosna walka o władzę. W grudniu 1953 roku na Zachód uciekł Józef Światło, człowiek, który osobiście aresztował Gomułkę.

Od jesieni 1954 roku w Radiu Wolna Europa opowiadał Polakom, jak naprawdę działa aparat bezpieczeństwa. Skutki były natychmiastowe – ministerstwo rozwiązano, Gomułkę wypuszczono z więzienia, zaczęto weryfikować wyroki. W lutym 1956 roku w Moskwie rozpoczął się XX Zjazd KPZR. Bierut miał 63 lata i chore serce.

Lekarz odradzał mu podróż, ale on nie chciał zrezygnować – nieobecność w tym momencie byłaby oznaką słabości. Poleciał do Moskwy w ciężkim futrze, jak wszyscy wysocy dygnitarze bloku wschodniego. Na zjeździe nie był jednak delegatem, tylko gościem honorowym. Ta formalna różnica miała okazać się najważniejsza w jego życiu.

25 lutego, w ostatnim dniu obrad, delegatów wezwano na dodatkowe zamknięte posiedzenie. Wpuszczono na nie tylko radzieckich delegatów. Bierut został na korytarzu. Za zamkniętymi drzwiami Chruszczow odczytał referat „O kulcie jednostki i jego następstwach”.

Mówił o zmyślonych oskarżeniach, wymuszanych torturami zeznaniach i egzekucjach niewinnych komunistów. Na sali zapadła cisza, jakiej nigdy wcześniej tam nie słyszano. Na koniec Chruszczow zastrzegł, że treść referatu nie może opuścić tego pomieszczenia. Bierut dowiedział się o wszystkim później.

Pod koniec lutego zachorował na grypę, która przeszła w zapalenie płuc. 27 lutego otrzymał kopertę – tekst referatu Chruszczowa, przeznaczony dla przywódców partii bratnich. Czytał go sam, w obcym pokoju, z gorączką. Czytał o tym, że wymuszanie zeznań biciem jest zbrodnią.

Wiedział, w których pokojach w Warszawie to robiono. Czytał o skazywaniu ludzi na podstawie zmyślonych oskarżeń. Miał za sobą dziesięć lat takich wyroków. Czytał o kulcie jednostki.

Jego portret wisiał w dziesiątkach tysięcy polskich klas. Najgorsze było to, że czytał to nie z wrogiej propagandy, ale z dokumentu podpisanego przez przywódcę partii, której poświęcił całe życie. Jego stan gwałtownie się pogorszył. Przez cały pierwszy tydzień marca lekarze przekazywali sprzeczne informacje.

W Polsce panowała cisza – gazety pisały o zjeździe i planach, nie wspominały, że pierwszy sekretarz od dwóch tygodni nie wstaje z łóżka w Moskwie. 12 marca 1956 roku o godzinie 21:30 serce Bolesława Bieruta przestało bić. Polacy dowiedzieli się o tym dopiero następnego dnia. Oficjalne komunikaty nie były ze sobą spójne – mówiono o powikłaniach po grypie, zatorze płucnym, zawale serca.

Plotki o morderstwie pojawiły się natychmiast. Krążyły w formie dowcipów o tym, że wyjechał w futrze, a wrócił w małej skrzynce. Podejrzenia wynikały z czterech rzeczy naraz – umarł w Moskwie, umarł w idealnym momencie, gdy był żywym symbolem epoki, którą Chruszczow właśnie potępił, w Polsce nikt nie wiedział, że umiera, a wersje jego śmierci były sprzeczne. Historyk Andrzej Garlicki ujął to krótko: ta śmierć przyszła w samą porę i otworzyła Gomułce drogę powrotu.

Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że ktoś otruł Bieruta. Ani dokumentów, ani wiarygodnych relacji, ani śladów w archiwach. Wersja medyczna jest prosta – 63-latek z chorym sercem wyruszył w długą zimową podróż wbrew zaleceniom lekarza, zachorował, dostał zapalenia płuc i zmarł z powodu powikłań. Ale to nie znaczy, że zabił go tylko wirus.

Między otwarciem koperty 27 lutego a śmiercią minęło 14 dni. Współczesna medycyna wie, że skrajny stres może doprowadzić do zaburzeń rytmu serca i przyspieszyć powikłania u chorego człowieka. Nie trzeba było niczego dosypywać do herbaty. Wystarczyło wręczyć mu kilkadziesiąt stron maszynopisu.

14 marca trumna wylądowała na Okęciu i przejechała Alejami Jerozolimskimi do gmachu Komitetu Centralnego. Ciało Bieruta było wystawione na widok publiczny przez dwa dni. Honorową wartę pełnili najważniejsi ludzie w państwie, a przez pierwszych kilka godzin przed trumną przeszło ponad 60 tysięcy osób. Mimo to wieczorami w Warszawie krążyła rymowanka o futrze i walizce.

16 marca odbył się pogrzeb. Dzień ogłoszono w stolicy świąteczny, a frekwencję skrupulatnie odnotowywano w zakładach pracy. Nad grobem przemawiał sam Nikita Chruszczow – ten sam człowiek, który 19 dni wcześniej odczytał referat o zbrodniach, pochował polskiego stalinowca z honorami. Cztery dni później w jego obecności wybrano następcę Bieruta – Edwarda Ochaba.

Referat Chruszczowa zaczął jednak żyć własnym życiem. Zachodnie wywiady nie miały jego tekstu, a Amerykanie gotowi byli zapłacić milion dolarów za jego zdobycie. Polskie kierownictwo otrzymało jeden egzemplarz oryginału po rosyjsku, po czym – dla wygody – zleciło tłumaczenie i druk w tysiącach egzemplarzy, które rozesłano do komitetów partyjnych, aby lokalni aktywiści mogli się dowiedzieć, co naprawdę się wydarzyło. Najbardziej tajny dokument bloku wschodniego został w ten sposób skopiowany w Polsce i rozprowadzony po całym kraju.

W tym momencie na scenę wkracza Wiktor Grajewski, pseudonim artystyczny Wiktora Szpilmana, 30-letniego dziennikarza Polskiej Agencji Prasowej, działacza partyjnego i człowieka dobrze ustawionego w towarzystwie warszawskim. Jego bliską znajomą była Łucja Baranowska, asystentka pierwszego sekretarza. Kiedy w kwietniu odwiedził ją w biurze, jego wzrok padł na czerwoną broszurę z napisem „Wystąpienie tow. Chruszczowa.

Ściśle tajne”. Poprosił, czy może ją pożyczyć, żeby spokojnie przeczytać w domu. Zgodziła się, prosząc jedynie o zwrot przed zamknięciem sejfów. Grajewski schował maszynopis pod płaszczem i wyszedł.

Nikt nie zwrócił na niego uwagi – wszyscy go tam znali. Następnego dnia zamiast zwrócić broszurę, zaniósł ją do ambasady Izraela. Dyplomata, który spojrzał na okładkę, od razu zrozumiał, co trzyma w rękach. Sfotografowanie tekstu na starej kopiarce zajęło ponad godzinę, a Grajewski miał twardy termin – broszura musiała wrócić do sejfu przed 15:00.

Zdążył. Kopia pojechała pocztą dyplomatyczną do Izraela, a stamtąd przez ambasadę w Waszyngtonie trafiła na biurko szefa CIA Allena Dullesa, a potem do prezydenta USA. Izraelczycy zgodzili się na publikację tekstu pod warunkiem, że ich udział pozostanie tajny. Na początku czerwca referat pojawił się w zachodniej prasie, a jego fragmenty nadano po polsku na antenie Radia Wolna Europa.

Broszury z tekstem zrzucano też do Polski z balonów. Tak zamknął się jeden z najbardziej ironicznych cykli XX wieku. Tekst, którego Bierut nie mógł usłyszeć w sali w Moskwie, trafił do niego w kopercie i prawdopodobnie przyspieszył jego śmierć. Ten sam tekst został przywieziony do Warszawy, przetłumaczony i skopiowany w ramach partii, którą Bierut zbudował, a potem – przez zwykłego dziennikarza, jego znajomą i starą kopiarkę w ambasadzie – rozprzestrzenił się na cały świat.

Kraj po śmierci Bieruta zaczął przypominać naczynie, w którym coś wrze pod pokrywką. 28 czerwca 1956 roku, niecałe cztery miesiące po pogrzebie, robotnicy z zakładów Cegielskiego w Poznaniu wyszli na ulicę. Zaczęło się od norm i płac, bardzo szybko hasła stały się polityczne: chleb, wolność. Władze odpowiedziały wojskiem.

Na ulice wjechały czołgi, zginęły dziesiątki ludzi, w tym 13-letni Romek Strzałkowski. Jesienią napięcie osiągnęło szczyt. Do Warszawy przyleciała nieproszona delegacja radziecka z Chruszczowem na czele, a wojska sowieckie stacjonujące w Polsce ruszyły w stronę stolicy. Ostatecznie Chruszczow ustąpił i zgodził się, aby partię objął Władysław Gomułka – człowiek, którego Bierut kazał usunąć, a potem aresztować.

24 października setki tysięcy ludzi zgromadziło się na placu Defilad, aby go wysłuchać. Ta euforia nie trwała jednak długo – rządy Gomułki zakończyły się 14 lat później strzelaniem do robotników na Wybrzeżu. Co z ludźmi, którzy wykonywali rozkazy? Kilku najbardziej rozpoznawalnych funkcjonariuszy stanęło przed sądem.

Część wyroków później złagodzono. Zdecydowana większość po prostu zmieniła stanowiska i przeniosła się do innych prac. Dożyli starości, pobierali emerytury, byli szanowanymi sąsiadami i dziadkami. Wielu zmarło, zanim ktokolwiek zdążył zadać im pytania.

Przez dziesięciolecia rodziny zamordowanych nie otrzymały ani przeprosin, ani odpowiedzi na najprostsze możliwe pytanie – gdzie leży mój ojciec? Ciała straconych grzebano potajemnie, bez oznaczeń, często pod murem cmentarza. Dopiero po latach rozpoczęto tam poszukiwania, identyfikując szczątki badaniami genetycznymi. Bolesław Bierut nadal leży tam, gdzie go pochowano – na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, w Alei Zasłużonych.

Kilkadziesiąt metrów dalej spoczywają ludzie, których wyroki śmierci podpisał. Instytut Pamięci Narodowej wielokrotnie mówił, że jest w tym coś głęboko niesprawiedliwego. Rodziny ofiar składały petycje, politycy zgłaszali projekty ustaw. Grób bywał dewastowany – ktoś malował na nim czerwoną gwiazdę i słowo „kat”.

Za każdym razem sprawa rozbijała się o przepisy, bo prawnie jest to grób rodzinny, którego nie można przenieść decyzją urzędnika. Część weteranów, w tym powstańcy warszawscy, wypowiadała się publicznie, że nie chce, aby narodowa nekropolia stała się miejscem załatwiania porachunków ze zmarłymi. Bierut nigdy nie stanął przed sądem. Nie było procesu, zeznań, momentu, w którym usłyszałby własne nazwisko w akcie oskarżenia.

Umarł 14 dni po przeczytaniu tego, kim był, i zabrał tę wiedzę ze sobą. Społeczeństwo, któremu odmówiono procesu, przez pół wieku prowadziło go innymi środkami – nad jego grobem, w podręcznikach, w kłótniach, przy rodzinnym stole. Tego samego dnia, w moskiewskiej klinice, 63-letni człowiek z gorączką usiadł na łóżku ze stosem papierów, których nie pozwolono mu usłyszeć w sali. Nikogo przy nim nie było.

Czytał zdanie po zdaniu opis mechanizmu, który pomógł stworzyć, nazwany przez własnych przełożonych. Nie wiemy, co wtedy myślał. Nie zostawił pamiętnika. Ta godzina jego życia pozostanie jedyną, do której żaden historyk nie dotrze.

Ale wiemy, ile czasu mu po niej zostało – 14 dni.