Marian Kociniak, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów XX wieku, zmarł w nocy z 16 na 17 marca 2016 roku w warszawskim szpitalu. Miał 80 lat. Odszedł samotnie, zaledwie 34 dni po śmierci swojej żony Grażyny, z którą przeżył pół wieku. Na pogrzebie żony nie mógł się pojawić.

Nie pozwalało mu na to zdrowie – od lat zmagał się z chorobami jelit i problemami z nogami. Znajomym, którzy odwiedzili go po ceremonii, powiedział wtedy: „Pogodziłem się ze śmiercią i chcę odejść sam. Nie chcę kondolencji, nie chcę kwiatów”. Nie widział już sensu, by dalej żyć.
Dla milionów Polaków Kociniak był przede wszystkim Frankiem Dolasem z kultowej komedii „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” z 1970 roku. Scena, w której jego bohater dyktuje niemieckiemu oficerowi swoje dane – Grzegorz Brzęczyszczykiewicz z Chrząszczywoszyc w powiecie łękołody – do dziś należy do najsłynniejszych fragmentów w historii polskiego kina. Urodził się 11 stycznia 1936 roku w Warszawie na Dolnym Mokotowie. Gdy wybuchła wojna, miał trzy lata.
W wieku sześciu lat widział, jak niemieccy żołnierze podpalają domy w jego dzielnicy. Jego rodzina uciekła z płonącego miasta i znalazła schronienie w opuszczonej cegielni. Tam, w zimnie i głodzie, mały Marian zachorował na gruźlicę. Cudem przeżył.
Po wojnie ojciec, Kazimierz, chciał dla syna stabilnego zawodu. Marian ukończył technikum budowy silników, ale wbrew woli rodziców zdecydował się na aktorstwo. W 1958 roku ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie, gdzie jego mentorem był Ludwik Sempoliński. Rok później rozpoczął pracę w Teatrze Ateneum, z którym pozostał związany przez pół wieku – do 2009 roku.
Na ekranie zadebiutował epizodem w „Niewinnych czarodziejach” Andrzeja Wajdy w 1960 roku. Potem przyszły kolejne role: w „Czerwonych beretach”, „Gangsterach i filantropach”, „Dwóch, którzy ukradli księżyc”. Prawdziwą sławę przyniosła mu jednak rola w komedii Chmielewskiego. Krzysztof Demidowicz pisał wtedy w miesięczniku filmowym, że takiego pokazu uroku, brawury i humoru polski ekran dawno nie widział.
Kociniak przez całą karierę zmagał się jednak z „klątwą jednej roli”. Mimo ponad 150 ról teatralnych – w tym Stalina w „Herbatce ze Stalinem” Ronalda Harwooda – i dziesiątek kreacji filmowych, takich jak Murgrabia w „Janosiku”, Lindet w „Dantonie” czy Protazy w „Panu Tadeuszu”, publiczność kojarzyła go niemal wyłącznie z Dolasem. Sam aktor otwarcie o tym mówił. Przez dziesięciolecia konsekwentnie odmawiał wywiadów.
Zgodził się na rozmowę dopiero przy okazji 50-lecia pracy zawodowej. Powstała wtedy książka „Spełniony” Remigiusza Grzeli. Kociniak tłumaczył tytuł: „Spełniłem swoje marzenia, zagrałem wszystko, co najpiękniejsze, więc nie mam już specjalnych pragnień”. Dziś te słowa brzmią jak pożegnanie.
Życie osobiste aktora było naznaczone serią tragedii. W 1969 roku, gdy kręcił film, który przyniósł mu nieśmiertelną sławę, na raka kręgosłupa zmarł jego ojciec. Matka nie mogła pogodzić się ze stratą męża. Kociniak mówił później: „Nie wiem, na co chorowała.
Myślę, że zaczęła umierać z żalu po ojcu, z tęsknoty za nim”. Zmarła wkrótce potem. Doszło też do wieloletniego konfliktu z bratem. Kociniak, kierując się zasadą mówienia prawdy, powiedział, że jego bratanica nie ma talentu aktorskiego.
Brat zerwał z nim kontakt. Nie rozmawiali przez 12 lat. Po tym czasie oboje zmarli z powodu zaczadzenia w domu córki. Kociniak mówił później o bracie: „Nigdy się nie złamał” – z żalem, że obaj nie potrafili zrobić pierwszego kroku.
W 2007 roku na raka zmarł jego kuzyn Jan Kociniak, znany m. in. jako głos Kubusia Puchatka i pszczółki Mai. W 2008 roku spłonęło mieszkanie aktora.
Stracił wszystko – meble, pamiątki, rzeczy gromadzone przez dekady. Mimo 72 lat na karku zaczął od zera i wybudował dom na wsi. Fundamentem, który trzymał go przy życiu, była żona Grażyna. Byli razem 50 lat.
To ona opiekowała się nim, gdy chorował i tracił sprawność. Gdy zmarła 11 lutego 2016 roku, Kociniak stracił ostatni powód, by żyć. Nie doczekał się również godnej opieki w starości. Jego historia wpisuje się w szerszy problem polskich artystów, którzy przez dekady pracowali na umowach nie dających zabezpieczenia emerytalnego.
Zbigniew Wodecki po 50 latach pracy otrzymywał emeryturę w wysokości 1400 złotych. Kociniak był jednak etatowym aktorem Ateneum przez pół wieku, a mimo to u kresu życia pozostał sam ze swoimi chorobami. Aktor spoczął na Cmentarzu Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie, obok Grażyny. Informację o jego śmierci potwierdził Związek Artystów Scen Polskich.
W mediach ukazały się krótkie nekrologi, a internauci żegnali „wielkiego aktora i koniec pewnej ery”. Marian Kociniak zostawił po sobie dorobek, który na zawsze zapisał się w historii polskiej kultury: setki ról teatralnych i filmowych oraz postać Franka Dolasa, która przetrwa pokolenia. Otrzymał m. in.
Złoty Krzyż Zasługi, Krzyże Kawalerski i Oficerski Orderu Odrodzenia Polski oraz Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Jego historia to opowieść o miłości silniejszej niż śmierć, o traumie wojennej, która nigdy się nie zabliźniła, i o tym, jak łatwo – widząc kogoś na ekranie – nie zauważyć człowieka. Aktor, który przez całe życie mówił prawdę i grał, u kresu dni wybrał odejście. Kolega po fachu Henryk Borowski radził mu niegdyś: „Nie myśl, tylko graj i mów prawdę”.
Kociniak tak właśnie żył. Na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach znajduje się tablica poświęcona Marianowi Kociniakowi. Wielu turystów mija ją, nie zatrzymując się ani na chwilę.