1 maja 2004 roku Polska wchodzi do Unii Europejskiej. Dzień później premier, który doprowadził ją do wspólnoty, podaje się do dymisji. Leszek Miller, bo to o nim mowa, żegna się z urzędem, a jego polityczna kariera — wydawałoby się — dobiega końca. Jednak ta data to tylko początek opowieści o człowieku, który z przeciętnego działacza stał się liderem, a potem ofiarą własnego systemu.

Miller nie był przypadkowym politykiem. Jego droga na szczyty zaczęła się w latach 60. , gdy jako młody człowiek wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W partii było wtedy ponad 3 miliony członków, a legitymacja partyjna była biletem wstępu na peron, ale nie do pociągu.
Miller szybko zrozumiał, że awans zależy nie od idei, ale od umiejętności poruszania się w partyjnej strukturze. Jak sam mówił, awansował nie dlatego, że zapisał się do partii, ale dlatego, że został wskazany do Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym. To była fabryka kadr, która produkowała ludzi gotowych do dalszej drogi. System, który go ukształtował, był systemem dystrybucji stanowisk.
Miller pasował do tego profilu idealnie. W latach 80. stał się ważną postacią w strukturach władzy, a w 1988 roku wziął udział w rozmowach w Magdalence, które do dziś są symbolem polskiej polityki. Był współprzewodniczącym podzespołu do spraw młodzieży razem z Andrzejem Celińskim.
To właśnie wtedy, w latach 1988–1989, uczestniczył w historycznych obradach Okrągłego Stołu, które miały doprowadzić do zmiany systemu. Ale zanim doszło do tych rozmów, Polska była w głębokim kryzysie. Bezrobocie rejestrowane sięgało 20%, co piąty dorosły Polak zdolny do pracy nie miał zatrudnienia. Władza chwiała się w posadach, a Mieczysław Rakowski, ostatni pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego, zwrócił się do kierownictwa radzieckiego o pożyczkę.
Do Warszawy trafiło wtedy 1,2 miliona dolarów gotówką, z czego 600 tysięcy wróciło do strony radzieckiej. To była tajna operacja, o której obywatele nie mieli pojęcia. Tymczasem 4 czerwca 1989 roku odbyły się częściowo wolne wybory. To one miały być największym triumfem i największą katastrofą w jednym dniu.
Do urn poszło 58,8% uprawnionych, a za wejściem do Unii zagłosowało 77,5% głosujących. Jednak Miller nie był wtedy w centrum wydarzeń — przegrał wybory w czerwcu, a już w lipcu wszedł do ścisłego kierownictwa partii. Przewodniczący jeździł, przemawiał, udzielał wywiadów i uśmiechał się do kamer. Był w tym znakomity, a to miało go zaprowadzić do Pałacu Prezydenckiego.
Jednak w 1989 roku upadł cały system polityczny. Miller stracił mandat, ale nie zniknął z polityki. W 2010 roku wrócił do sojuszu, rok później znalazł się w Sejmie i został przewodniczącym po raz drugi. W 2015 roku nie wszedł do parlamentu, ale w 2019 roku zdobył mandat posła do Parlamentu Europejskiego — tego samego, do którego Polacy mogli kandydować dlatego, że Miller podpisał traktat w Atenach.
Jego kariera trwała 45 lat, wożąc ludzi wybranych przez system nastawiony na produkcję własnych kadr. Miller nie był pasażerem, którego ktoś do niej wsadził — sam nią sterował. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych momentów jego kariery było przesłuchanie w czerwcu, które Polacy pamiętają do dziś. Miller nie przyznaje się do winy, twierdzi, że nigdy nikogo w żadnej sprawie do nikogo nie wysyłał.
Jednak Trybunał uznał, że polskie władze umożliwiły przetrzymywanie osób podejrzanych o terroryzm i że doszło do naruszenia zakazu tortur. To był moment, który odbił się szerokim echem w całej Europie. Miller do dziś pozostaje postacią symboliczną. Jego kariera pokazuje, jak system potrafi awansować ludzi i jak ci sami ludzie potrafią przetrwać upadek systemu.
Od 2004 roku, kiedy to premier podał się do dymisji, minęło już ponad 20 lat, ale pytania o jego rolę w historii Polski wciąż pozostają otwarte. Jedno jest pewne — Leszek Miller nie był przypadkowym graczem w tej grze. Był jej mistrzem, ale i zakładnikiem.