Warszawa, początek lat 60. XX wieku. U zbiegu Marszałkowskiej i alei Jerozolimskich rozpoczęła się budowa nowoczesnego gmachu PKO, który miał być częścią słynnej „ściany wschodniej” – kompleksu architektonicznego powstającego przez całą dekadę. Obok wysokościowców i domów towarowych miała tam stanąć rotunda, która szybko stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc stolicy.

Zanim jednak powstała, w jej miejscu przez lata stała narożna kamienica Pinkusa Lotego, w której w okresie międzywojennym działał zakład cukierniczo-gastronomiczny „Złoty Róg”, słynący z nowatorskiego „kuriera świetlnego”. W latach 30. lokal przejęła restauracja „Żywiec”, ozdobiona freskiem „Bitwa pod Oliwą”. Budynek został poważnie zniszczony podczas powstania warszawskiego i ostatecznie rozebrany w latach 60.
Rotundę PKO ukończono w 1966 roku. Zaprojektowano ją jako niski, przeszklony pawilon o kolistej konstrukcji, zwieńczony charakterystycznym płaskim dachem, nazywanym przez warszawiaków „czapką generalską”. Była nie tylko nowoczesnym oddziałem banku, ale też symbolem optymizmu epoki i jednym z najważniejszych punktów orientacyjnych miasta. To pod nią umawiano się na spotkania, tam rodziły się przyjaźnie i miłości.
15 lutego 1979 roku, w trakcie słynnej „zimy stulecia”, około godziny 12:40 w budynku i wokół niego rozległ się potężny huk. Świadkowie opisywali go jako matowy, przytłumiony dźwięk, bez błysku – niektórzy porównywali go do wybuchu zbiornika paliwa. Rotunda zawaliła się w kilka chwil. Wybuch powybijał szyby, zniszczył wnętrza i konstrukcję budynku.
Pracownica banku Zdzisława Kowieska wspominała po latach, że był to normalny, męczący dzień, po czym nagle zrobiło się ciemno. Inna ocalała, Wiesława Kowalczyk, opowiadała, że budynek uniósł się w górę i pękł jak bańka mydlana. Barbara Mrozowicz, która spadła do piwnicy i złamała kręgosłup, straciła wtedy 10 koleżanek, w tym jedną w dziewiątym miesiącu ciąży, którą pochowano razem z nienarodzonym synkiem. Wielu świadków podkreślało, że na chwilę przed tragedią w budynku czuć było zapach spawalniczych prac, ale gazu nie wyczuwano.
Eksplozja była tak silna, że wybiła szyby w sąsiednim biurowcu Uniwersalu, a spadające tafle szkła raniły i zabijały przypadkowych przechodniów. Na miejsce błyskawicznie ściągnięto karetki, milicję i wojsko. Zamknięto Marszałkowską i aleje Jerozolimskie. Pierwsza pomoc dotarła w ciągu kilku minut.
Doktor Julia Borkowska Gomez wspominała koszmar: mnóstwo pokrwawionych i krzyczących ludzi, a przed budynkiem leżały ciała ofiar przykrywane byle czym. Na śniegu widoczne były plamy krwi i porozrzucane banknoty. Mimo mrozu i trudnych warunków warszawiacy spontanicznie ruszyli z pomocą – wyciągali rannych z gruzów i prywatnymi samochodami rozwozili ich do szpitali. Tego samego dnia do oddania krwi zgłosiło się około dwóch tysięcy osób.
W chwili wybuchu w rotundzie przebywało około 170 pracowników i blisko 300 klientów. Na miejscu zginęło 45 osób, kolejne cztery zmarły w szpitalach. Ofiarą tragedii padło również wszystkie kasjerki z sąsiedniego Uniwersalu. Łącznie zginęło 49 osób, a ponad 100 zostało rannych, niektórzy stracili kończyny.
Dzień po eksplozji ogłoszono żałobę narodową. Wśród ofiar były zarówno wieloletnie pracownice banku, jak i przypadkowe osoby, które przyszły załatwić sprawy. Janina Bitkowska dowiedziała się później, że w wybuchu zginęli jej kuzynka z mężem i przyjaciółka, którzy weszli do budynku, by wypłacić pieniądze na nowy samochód. Akcja ratunkowa trwała sześć dni.
Ciała ostatnich ofiar wydobyto z gruzów dopiero w poniedziałek, 19 lutego. Była to największa katastrofa w powojennej historii Warszawy. Władze ogłosiły żałobę, a wszystkie ofiary pochowano na koszt państwa. Rotundę odbudowano w błyskawicznym tempie i już w październiku 1979 roku ponownie oddano ją do użytku, mimo że niektórzy partyjni dygnitarze woleliby, aby otwarcie nastąpiło 22 lipca, w rocznicę manifestu PKWN.
Początkowo pojawiały się różne teorie na temat przyczyn wybuchu – od petardy po atak antyrządowy. Śledztwo prowadziła Służba Bezpieczeństwa pod kryptonimem „Rotunda”. W kwietniu 1979 roku „Trybuna Ludu” podała oficjalną wersję: wybuch gazu. Według ustaleń, pod chodnikiem uszkodzony został zawór starej instalacji gazowej.
Z powodu mrozu i pokrywy śnieżnej gaz nie ulatniał się na zewnątrz, tylko gromadził się w piwnicach budynku. Nie działał też środek ostrzegawczy – gaz był niewyczuwalny. Wystarczyła iskra, by nastąpiła eksplozja. Nie wszyscy jednak uwierzyli w tę wersję.
Wielu świadków twierdziło, że nie czuli gazu, a milicja zabraniała im głosić inne teorie. Tuż po katastrofie po Warszawie krążyła rymowanka: „Wy mówicie, że to gaz. Wysadzimy jeszcze raz”. Popularne były też teorie spiskowe – o zbiegłym kasjerze, planowanym napadzie na bank, a nawet o zamachu zorganizowanym przez samą władzę, by uderzyć w rządy Edwarda Gierka.
Dziennikarka Danuta Szczypińska-Zawierucha wspominała, że teoria o wewnętrznych tarciach we władzach była wówczas najbardziej rozpowszechniona. Wątpliwości budziła też oficjalna liczba ofiar – wielu sądziło, że została celowo zaniżona. Edward Gierski, ówczesny zastępca komendanta stołecznej straży pożarnej, w 2004 roku przyznał w wywiadzie: „Nie jestem do końca przekonany, co było przyczyną wybuchu. Widziałem ekspertyzy, ale widziałem też pęknięty fundament.
Czy to mógł zrobić gaz? ”. Z kolei profesor Edward Włodarczyk, który kierował zespołem ekspertów, w filmie dokumentalnym „Czarny serial” z 2000 roku opowiedział, że jego zespół dotarł do robotnika, który przyznał się, że zbyt mocno dokręcił zawór i usłyszał, że coś chrupnęło – to miała być szczelina, przez którą wydobywał się gaz. W tym samym materiale pojawiła się kobieta, która twierdziła, że tuż przed wybuchem ostrzegła ją nieznajoma, każąc jej natychmiast uciekać.
Kim była tajemnicza osoba i skąd wiedziała o eksplozji – nie ustalono. Przez dekady rodziny ofiar i świadkowie co roku 15 lutego składali pod rotundą kwiaty. Dla wielu z nich tragedia pozostała traumatycznym przeżyciem. Janina Szwen, matka jednej z ofiar – kobiety w zaawansowanej ciąży – po śmierci córki i nienarodzonego wnuka doznała poważnego załamania nerwowego.
W kolejne rocznice krzyczała, że jej córka została zamordowana, a matki z dziećmi uciekały na jej widok. Po transformacji ustrojowej zaczęto narzekać na przestarzałą architekturę rotundy. W 2010 roku zapadła decyzja o gruntownej przebudowie – w rocznicę wybuchu pod budynkiem pojawiło się wtedy więcej zniczy i kwiatów niż zwykle, jako forma sprzeciwu. Protesty i starania o wpisanie obiektu na listę zabytków nie przyniosły skutku.
W 2017 roku rozpoczęto rozbiórkę, zachowując nieliczne elementy konstrukcyjne. Dwa lata później otwarto nową rotundę. W jej pobliżu powstało niewielkie patio o amfiteatralnym układzie, gdzie wśród bujnej roślinności znajduje się tablica upamiętniająca tragedię sprzed prawie 50 lat.