17 lipca 2003 roku w jednej z wiedeńskich restauracji pięciu mężczyzn siada do stołu. Wśród nich jest Jan Kulczyk, jeden z najbogatszych Polaków, oraz człowiek, który zna prawo międzynarodowe w kraju za żelazną kurtyną – przygotowany do zawodu, który wtedy jeszcze nie istniał. Spotkanie jest jedyne w swoim rodzaju, trwa około czterech godzin, od 14:00 do 18:00, a jego ustalenia na lata wyznaczą kierunek polskiej prywatyzacji. W 2001 roku konsorcjum, w które zaangażowany jest Kulczyk, odkupuje od Skarbu Państwa kolejne 12,5% udziałów, zwiększając swoje zaangażowanie do 47,5% kapitału.

To element szerszej gry, w której kluczowe stają się trzy rzeczy: zagraniczny partner, dostęp do dewiz i umiejętność rozmawiania z urzędnikiem. Bez nich żaden interes w Polsce na przełomie wieków nie mógł zostać przeprowadzony – czy to sprowadzenie samochodu, maszyny, czy licencji. Historia, którą opowiadamy, zaczyna się jednak wcześniej. W 1999 roku do wyliczenia rekompensaty dla koncesjonariusza autostrady A2 użyto prognozy ruchu zamiast danych z 2004 roku.
Efekt? Miliard 367 milionów złotych, które trzeba było zwrócić do Krajowego Funduszu Drogowego po wyroku Sądu Unii Europejskiej. W sierpniu 2012 roku to polskie władze same zgłosiły Komisji Europejskiej, że wypłaciły koncesjonariuszowi za dużo. Polska sama na siebie doniosła do Brukseli.
Spółka odwołała się do sądu Unii Europejskiej w Luksemburgu, a Polska przystąpiła do postępowania po stronie Komisji, czyli przeciwko własnej, częściowo państwowej spółce koncesyjnej. Odzyskane pieniądze trafiły do Krajowego Funduszu Drogowego na inwestycje. Sedno całej sprawy sprowadza się jednak do jednego: cała pomyłka wzięła się z wyboru arkusza kalkulacyjnego, z decyzji, którą prognozę ruchu wpisać do formuły. Wróćmy do Wiednia.
W 2000 roku rząd na niejawnym posiedzeniu decyduje o sprzedaży narodowego operatora telekomunikacyjnego. Kulczyk wchodzi do tej transakcji jako gwarant, że nie wszystko trafi do Francuzów. Dopiero później, gdy media ujawniają szczegóły, do akcji wkraczają służby. Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego wchodzą do budynku giełdy papierów wartościowych, a następnie do siedzib Kulczyk Holding i Ciechu oraz do mieszkań osób związanych ze sprawą.
Zainteresowanie służb nie ogranicza się jednak do jednego przedsiębiorcy. W 2003 roku, kiedy do wolnej Polski zostało już niewiele czasu, funkcjonariusz służb opisuje 38-latka jako człowieka, który potrafi poruszać się w międzynarodowych strukturach. To ten sam opis, który pasowałby do niego jeszcze w 2014 roku. Teczka operacji o kryptonimie „Quoda” do dziś pozostaje nieujawniona – nie została opublikowana.
Kiedy w 2014 roku Jan Kulczyk wraca do polskiej prywatyzacji, wraca do niej jako człowiek z afrykańskim doświadczeniem i międzynarodową strukturą kapitałową. Jego ostatni wielki interes budzi wątpliwości już na starcie. Do przetargu staje jedna firma, a bardzo szybko pojawiają się pytania o cenę. W tym samym czasie agenci CBA wchodzą do budynku giełdy.
Dopiero wtedy, po latach, wychodzą na jaw szczegóły, które wcześniej pozostawały w cieniu. Siedem lat później siada z nim do obiadu najbogatszy Polak. Wiemy o tym z zeznań złożonych przed sejmową komisją śledczą do spraw PKN Orlen. Kulczyk, który zna prawo międzynarodowe, wielokrotnie podkreślał, że jego działania były legalne.
Jednak to, co legalne, nie zawsze jest tym, co przyzwoite. Bo jak sam mówił: „Kapitał nie rozumiał kraju, do którego wchodził”. A to zdanie, wypowiedziane publicznie i pod nazwiskiem, do dziś nie doczekało się żadnych dowodów na poparcie. Dochodzimy w końcu do ostatniego rozdziału tej opowieści.
Wszystko, co usłyszałeś do tej pory, mieści się w kategorii legalny biznes na granicy przyzwoitości. Od pewnego momentu historia przestaje być o pieniądzach, bo do akcji wkracza oficer obcego wywiadu. To on, w 2003 roku, siada do stołu w Wiedniu i prowadzi negocjacje w sprawie nowych form współpracy. Jego nazwisko nie jest publicznie znane, ale to właśnie on jest kluczem do zrozumienia całej układanki.
Człowiek, który zna prawo międzynarodowe, wielokrotnie podkreślał, że jego działania były legalne. Jednak to, co legalne, nie zawsze jest tym, co przyzwoite. Bo jak sam mówił: „Kapitał nie rozumiał kraju, do którego wchodził”. A to zdanie, wypowiedziane publicznie i pod nazwiskiem, do dziś nie doczekało się żadnych dowodów na poparcie.
I tu dochodzimy do prawdy, która jest znacznie mniej efektowna niż mit i znacznie bardziej niewygodna. Wracając do Wiednia – obiecałem na początku, że tam zakończymy. I rzeczywiście, to tam rozstrzyga się sedno sprawy. Bo to nie była zwykła kolacja biznesowa.
To było spotkanie, na którym ustalono warunki, które później odcisnęły piętno na polskiej gospodarce. Nie da się odziedziczyć numeru telefonu do ministra, ale można poznać kogoś, kto go zna. I to właśnie zrobił Kulczyk. Na koniec wróćmy do pytania, od którego zaczęliśmy, i odpowiedzmy na nie wprost.
Czy to była zwykła prywatyzacja, czy coś znacznie więcej? W świetle dokumentów, zeznań i wyroków sądów – odpowiedź nie jest jednoznaczna. Jedno jest pewne: bez Wiednia, bez rozmów przy tamtym stole i bez ludzi, którzy potrafili poruszać się w międzynarodowych strukturach, ta historia potoczyłaby się zupełnie inaczej.
A może właśnie o to chodziło.