Anna Nehrebecka — Dlaczego mąż zostawił ją bez grosza? Prawda wyszta na jaw..

Anna Nehrebecka — Dlaczego mąż zostawił ją bez grosza? Prawda wyszta na jaw..

Anna Nerebecka przez lata słyszała o sobie zdanie, które powtarzano w komentarzach, przy stołach i w nagłówkach: „mąż zostawił ją bez grosza”. Prawie wszyscy, którzy je powtarzają, są przekonani, że wiedzą, o którego męża chodzi. I prawie wszyscy się mylą, bo było ich dwóch. Pierwszym był aktor Gabriel Nerebecki.

Thumbnail

Poznali się w warszawskiej szkole teatralnej. Ona była bardzo młoda, on – o dziesięć lat starszy i już doświadczony. Małżeństwo trwało pięć lat, przez które nie zamieszkali we własnym mieszkaniu. Najpierw pokój u jego rodziców, potem kąt u jej rodziców, potem znów ten sam pokój.

Gdy małżeństwo się skończyło, Anna wyszła z niego z jedną rzeczą – z jego nazwiskiem, tym samym, które widnieje w czołówkach „Ziemi obiecanej” i „Nocy i dni”. Drugim mężem był Iwo Byczewski, prawnik, doktor prawa, później wiceminister spraw zagranicznych, a następnie ambasador RP przy Unii Europejskiej i w Królestwie Belgii. Są razem od 1978 roku, niemal pół wieku, i jest z nią do dziś. Żaden mąż nie okradł Anny Nerebeckiej.

A jednak z jej emerytury zniknęło siedem lat pracy, podczas których reprezentowała Polskę za granicą. Te lata po prostu nie istnieją w polskim systemie emerytalnym. Nikt jej o tym nie uprzedził. Była też druga historia – ktoś opowiedział o niej rzecz, która nigdy się nie wydarzyła.

Anna dowiedziała się o tym przypadkiem, cztery dni po zakończeniu zdjęć, na korytarzu teatru, od koleżanki. Urodziła się 16 grudnia 1947 roku w Bytomiu jako Anna Teresa Wojciechowska. Rodzina jej matki pochodziła z Kresów, miała majątek w Nowogródczyźnie, nad jeziorem Świteź, tym samym, o którym pisał Mickiewicz. Dziadek Władysław stracił wszystko: ziemię, dom, dorobek budowany przez pokolenia.

Zostały mu nazwisko i głos – śpiewał w operach w Warszawie i Lwowie. Anna zadebiutowała na ekranie jeszcze w czasie studiów, po pierwszym roku, w „Duchu z Canterville” u boku Ewy i Czesława Petelskich, w roli Virginii. Była wtedy dziewiętnastolatką. W 1969 roku ukończyła wydział aktorski warszawskiej PWST i została zatrudniona w teatrze jeszcze przed dyplomem.

Pełny etat w Teatrze Polskim przy Karasia oznaczał dla młodej aktorki bezpieczeństwo i przynależność. I właśnie wtedy pojawił się Gabriel. Anna wierzyła, że znajdzie z nim szczęście i spokój. Mieszkali w pokoju w mieszkaniu jego rodziców.

Gdy sufit w starej kamienicy się zawalił, przenieśli się do rodziców Anny, a po remoncie wrócili do tego samego pokoju. Młoda aktorka z pełnym etatem w teatrze żyła w cudzym pokoju, z którego trzeba było uciekać, bo spadał sufit. Anna robiła wszystko, czego mąż oczekiwał. Między wykładami biegała po zakupy, potem gotowała, a wieczorami spieszyła do teatru, w którym on grał.

Jak sama później powiedziała, odcięła się od wszystkich koleżanek i kolegów ze szkoły. Nie „odcięto jej” – „odcięła się sama”. Tak zwykle wygląda to od środka, bez żadnego zakazu. Przez pół wieku nie wiadomo było, co naprawdę rozbiło to małżeństwo.

Krążyły plotki i domysły. Anna milczała przez 50 lat, aż w 2025 roku sama opowiedziała o tym w rozmowie z Katarzyną Ostrowską. Powód okazał się całkiem inny niż wersje z tabloidów: rozbiła ich jej kariera. Gabriel był już dojrzałym aktorem i nie mógł się pogodzić z tym, że ona, jeszcze jako studentka, dostała propozycję roli w filmie.

Nie krył irytacji, dochodziło do kłótni. Był, jak mówiła, bardzo temperamentny. Anna dodała, że pochodził z domu, w którym była przemoc. W końcu wyprowadziła się do rodziców.

Matka przekonała ją jednak, by dała mężowi jeszcze jedną szansę – w tamtych czasach rozwód był skandalem. Anna wróciła i wytrwała jeszcze jakiś czas. Po pięciu latach małżeństwa uciekła na dobre. Gabriel Nerebecki zmarł 14 lutego 1991 roku w Warszawie.

Zostało jej jego nazwisko. Choć rozwiedziona kobieta mogła wrócić do panieńskiego, Anna tego nie zrobiła. Poradził jej to inny, znany aktor: powiedział wprost, że zbudowała już sobie markę pod tym nazwiskiem i nie warto marnować pięciu lat pracy. Posłuchała.

Jedynym kapitałem, jaki wyniosła z pięciu lat małżeństwa, było nazwisko człowieka, od którego uciekła. Potem nadeszły lata 70. , najlepsze w jej karierze. Marynia w „Rodzinie Połanieckich”, Anka w „Ziemi obiecanej” Wajdy, Celina w „Nocach i dniach” Antczaka.

„Ziemia obiecana” otrzymała nominację do Oscara, rok później „Noce i dnie” – również. Anna Nerebecka występowała w obu filmach, a do Los Angeles pojechała z Wajdą i Pszoniakiem. W windzie spotkała Elizabeth Taylor. Statuetki nie było – „Ziemia obiecana” przegrała z „Dersu Uzałą” Kurosawy.

Ale kariera miała swoją cenę. Reżyserzy obsadzali ją stereotypowo – delikatne panienki z dworków, suknie z epoki, spokojny głos. Gdy zagrała pierwszą nowoczesną rolę, wszyscy byli zdumieni. Sama mówiła o tym z humorem, ale bez złudzeń.

Jej sukces zamknął ją w ciasnej szufladzie. W PRL aktor nie zarabiał tak, jak wyobraża sobie to dzisiejsza publiczność. Etat w teatrze dawał pensję i stabilność, ale nie majątek. Nie było tantiem w dzisiejszym sensie, nie było kontraktów reklamowych.

Sława nie gromadzi się w ZUS. Bezpieczeństwo na starość dawała tylko praca i składki. W 1978 roku na plaży w Dębkach Anna poznała Iwo Byczewskiego, prawnika, rok młodszego od niej. Pobrali się w tym samym roku i są razem do dziś.

Mają dwie córki, Agatę i Magdalenę. Anna mówiła wprost: rodzina była i jest dla niej najważniejsza. To była jej świadoma decyzja. W grudniu 1981 roku Iwo Byczewski, członek komitetu założycielskiego „Solidarności”, został zwolniony z Ministerstwa Sprawiedliwości.

Dystrybuował podziemne wydawnictwa. Nie miał z tego żadnego dochodu. W domu została Anna – to ona wyjeżdżała w trasy z wieczorami poezji i patriotycznymi występami, jeździła z koncertami do kościołów i prywatnych mieszkań. Odrzucała propozycje, których nie mogła przyjąć, jeśli chciała zostać wierna sobie.

Za to później otrzymała Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski i srebrny medal Gloria Artis. Ordery pozostają w rodzinie na zawsze. Nie można ich jednak zamienić na emeryturę. Po 1989 roku kariera Iwo Byczewskiego nabrała tempa: uczestnik obrad Okrągłego Stołu, dyrektor w MSZ, wiceminister spraw zagranicznych w latach 1991–1995, a w 2001 roku ambasador przy UE w Brukseli.

Rok później objął ambasadę w Belgii i Luksemburgu. W rodzinie zapadła decyzja, jaką w latach 90. podejmowały tysiące polskich rodzin: ktoś musiał zająć się domem. Zrobiła to Anna.

Zrezygnowała z ról telewizyjnych i filmowych. Gdy przyszedł czas wyjazdu do Brukseli, wyjechała z mężem. W wieku ponad 50 lat, w kraju, w którym nikt jej nie znał, reprezentowała Polskę codziennie, przez siedem dni w tygodniu, bez umowy, bez pensji, bez składek. Mówiła otwarcie, że tęskniła w Brukseli za teatrem.

A gdy wróciła, okazało się, że jej nie ma. Nie była w stanie odzyskać dawnej pozycji. Przez sześć miesięcy nikt nie poprawił w gazecie informacji o tym, kto gra w spektaklu – ona grała, a w programie widniało inne nazwisko. Mówiła o sobie, że brak jej tupetu, że nie umie walczyć o karierę w dzisiejszej rzeczywistości, że może powinna była urodzić się 100 lat wcześniej.

Córki pozostały w Belgii. W Polsce czekały cisza i telefon, który nie dzwonił. Najdotkliwsza strata kryła się w dokumentach. Siedem lat zniknęło z jej emerytury.

Dopiero niedawno Anna Nerebecka powiedziała o tym publicznie. Dodała jedno zdanie, które streszcza całą sprawę: nikt jej nie poinformował. Sześć lat to okres jej nieobecności w Polsce. Siedem lat to okres, jakiego nie widzi system emerytalny.

To dwa różne liczniki. Polska emerytura opiera się na wysokości składek odprowadzonych do ZUS. Każdy rok bez składek nie jest rokiem zawieszonym – to rok, który nigdy nie wróci. Najbardziej bolesne są luki przypadające na lata najlepszego zarobkowania.

Żona ambasadora pracuje dla państwa codziennie, ale nie ma pracodawcy, więc nikt nie odprowadza za nią składek. Nie ma też uprawnień w obcym kraju. W systemie jest niewidzialna. I nikt – to najważniejsze zdanie – nie ma obowiązku przyjść i powiedzieć: „Proszę pani, jeśli pani wyjedzie, straci pani siedem lat”.

Nie istnieje taka instytucja, taki list, taka rozmowa. Anna Nerebecka reprezentowała Polskę w Belgii latami, a polski system emerytalny po prostu nie uznaje tych lat. Ona jednak nie narzeka. Mówiła, że nie ma prawa narzekać, zwłaszcza gdy słyszy o emeryturach po 900, 1000 czy 2000 złotych.

Przypominała, że pracuje od 1969 roku. Jej historię ułożył mechanizm, który działa w Polsce do dziś – dotyka nie tylko żon ambasadorów, ale każdej kobiety, która przerwała pracę dla dziecka, chorego rodzica albo podążyła za mężem do innego miasta. Wszystkie te kobiety pracowały ciężko i mają dziury w dokumentach. Była też druga historia o jej pieniądzach, opowiedziana przez innych i nieprawdziwa.

Dla części publiczności Anna Nerebecka to Barbara z „Złotopolskich”. Rozstanie z serialem było nagłe, a potraktowano ją w sposób, który sama określiła jako ogromny cios. Cztery dni po zakończeniu zdjęć koleżanka dotknęła jej ramienia na korytarzu teatru i powiedziała, że potraktowano ją niesprawiedliwie. Anna myślała, że chodzi o rozstanie z serialem.

Okazało się, że chodzi o co innego: ludziom powiedziano, że muszą się z nią rozstać, bo ona kłóci się o pieniądze. Dla Anny Nerebeckiej to była szokująca wiadomość, bo – jak podkreśla – nigdy o pieniądze nie dyskutowała, nigdy o pensję nie walczyła, nigdy. Sama nazwała to zachowanie chamstwem. Jedno zdanie wypowiedziane przez kogoś w rozmowie, której nie słyszała, żyło potem własnym życiem: że jest trudna, że się kłóci, że chodzi jej o pieniądze.

Nikt tego oficjalnie nie sprostował. Ona dowiedziała się przypadkiem, dzięki koleżance, która miała odwagę powiedzieć jej to wprost. Tak narodziło się zdanie „mąż zostawił ją bez grosza”. Nikt go nie sprawdził, nikt nie spytał, o którego męża chodzi.

W 2024 roku nadszedł cios z miejsca, którego Anna najmniej się spodziewała – z Teatru Polskiego przy Karasia. Po 55 latach pracy w jednym teatrze, w tym samym miejscu, została zwolniona z etatu, który gwarantował jej pracę w niepełnym wymiarze bez względu na wiek. Rozumiała realia teatru, budżety, decyzje. Ale o rozwiązaniu umowy nie dowiedziała się od dyrektora Andrzeja Seweryna, tylko od jego zastępcy.

I to ją zabolało. To samo powtórzyło się wcześniej tyle razy: o ważnych sprawach dowiadywała się z drugiej ręki. O braku składek nikt jej nie poinformował. O rozstaniu z serialem usłyszała od koleżanki.

O tym, kto gra w przedstawieniu, gazeta nie potrafiła poprawić przez pół roku. Ludzi rani nie sama decyzja, lecz to, że dowiadują się o niej ostatni. Anna Nerebecka przeszła też chorobę nowotworową i długo ją ukrywała. Powód był dla niej charakterystyczny: nie chciała grać na emocjach.

Gdy w końcu o tym mówiła, ujęła to jako zadanie do wykonania. Przyznawała też, że świadomość, iż nie ma już pracy, do której mogłaby wrócić, bardzo źle wpływa na jej samopoczucie. 2 kwietnia 2025 roku ukazała się książka „Pani Anka Nerebecka” w rozmowie z Katarzyną Ostrowską. Po 56 latach pracy zawodowej Anna po raz pierwszy opowiedziała swoją historię sama.

Bez omijania niewygodnych tematów: o pierwszym mężu, o tym, co naprawdę rozbiło małżeństwo, o emeryturze i siedmiu latach, o opozycji w stanie wojennym i pracy radnej. Nikt już nie opowie jej historii za nią. W czerwcu 2026 roku Anna Nerebecka nie siedzi w domu. Jest radną miasta stołecznego Warszawy, przewodniczy komisji nazewnictwa, odsłoniła plac Kazimierza Dejmka.

Udziela wywiadów, nagrywa podcasty. Temat choroby nie stał się w nich tematem wiodącym – nie chce, żeby tak było. Jeśli ktoś mówi, że Nerebecka została z niczym, niech spojrzy na zdjęcia z tego czerwcowego placu. Więc odpowiedź na pytanie z tytułu brzmi: tak, mąż zostawił Annę Nerebecką bez grosza.

Ten pierwszy, którego już prawie nikt nie pamięta. Drugi mąż jest z nią od 1978 roku. Pieniądze i lata zabrał system, który nie umie policzyć pracy kobiety, jeśli nie ma pieczątki.

I zabrały je opowieści ludzi, którzy nie zadali sobie trudu sprawdzenia faktów.