Mieszkańcy okupowanej Warszawy potrzebowali tylko czterech słów, by zrozumieć, co ich czeka: „Zabrali go na Szucha”. To oznaczało początek koszmaru, z którego wielu nigdy nie wróciło. W modernistycznym budynku przy alei Szucha Niemcy utworzyli centrum terroru, a w jego piwnicach funkcjonowało gestapowskie więzienie, przez które przeszły tysiące ludzi – żołnierzy Armii Krajowej, harcerzy, profesorów i zwykłych mieszkańców stolicy. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej okolice alei Szucha należały do najbardziej prestiżowych części Warszawy.

W monumentalnych gmachach mieściły się najważniejsze urzędy II Rzeczypospolitej, w tym Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, odpowiedzialne za polską edukację i rozwój nauki. Nikt nie przypuszczał, że jego korytarze wkrótce staną się miejscem cierpienia tysięcy ludzi. 1 października 1939 roku do Warszawy wkroczyła czwarta grupa operacyjna policji bezpieczeństwa i SD pod dowództwem SS-Brigadeführera Lothara Beutela. Początkowo Niemcy zajęli budynek Najwyższej Izby Kontroli przy Szucha 23, a kilka dni później przejęli też sąsiedni gmach ministerstwa pod numerem 25.
Po utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa umieszczono tam urząd Dowódcy Policji Bezpieczeństwa i SD na dystrykt warszawski, który mieszkańcy stolicy określali jednym, choć nieprecyzyjnym słowem: gestapo. W rzeczywistości struktura tego urzędu była znacznie szersza niż samo gestapo. Składała się z licznych wydziałów i referatów odpowiedzialnych między innymi za zwalczanie polskiego podziemia, wywiad, obserwację oraz policję kryminalną. To tutaj analizowano donosy, przygotowywano listy aresztowań i rozbijano struktury Polskiego Państwa Podziemnego.
Każda sprawa związana z warszawską konspiracją prędzej czy później trafiała na biurka urzędników pracujących na Szucha. Niemcy bardzo szybko podporządkowali sobie nie tylko sam budynek, ale całą jego okolicę. Kwartał ograniczony aleją Ujazdowskimi, Flory, Klonową, Marszałkowską i dzisiejszą aleją Wyzwolenia zamieniono w zamkniętą dzielnicę policyjną. Kolejne budynki przejmowała policja bezpieczeństwa, SS, policja kryminalna i żandarmeria.
W pobliskich willach zamieszkali niemieccy oficerowie, a polskich mieszkańców stopniowo wysiedlano. W 1941 roku aleję Szucha przemianowano na Strasse der Polizei, a dwa lata później cały obszar ogrodzono drutem i barykadami. Wstęp mieli tylko Niemcy lub osoby posiadające specjalną przepustkę. Mimo to żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego potrafili przekraczać granice tej dzielnicy i przeprowadzać tu bardzo śmiałe akcje dywersyjne.
Najodważniejszą z nich była bez wątpienia likwidacja Franza Kutschery, dowódcy SS i policji na dystrykt warszawski. Urząd dowódcy policji bezpieczeństwa i SD sprawowali kolejno SS-Standartenführer Josef Meisinger, SS-Sturmbannführer Johannes Müller, a od lipca 1941 roku SS-Standartenführer Ludwig Hahn, jeden z najbardziej bezwzględnych funkcjonariuszy niemieckiego aparatu bezpieczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie. To za jego rządów terror osiągnął największą skalę. Hahn nadzorował walkę z polskim podziemiem, odpowiadał za liczne egzekucje i deportacje warszawskich Żydów do obozu zagłady w Treblince.
Polskie podziemie bezskutecznie próbowało go zlikwidować. Dopiero wiele lat po wojnie, w 1975 roku, sąd w Hamburgu skazał go na dożywocie. Prawdziwy dramat osób przywożonych na Szucha rozgrywał się jednak nie w gabinetach dowódców, lecz znacznie niżej – w podziemiach budynku. Mieścił się tam niewielki areszt śledczy, przez który przeszły tysiące więźniów.
Pierwsi trafili tam w listopadzie 1939 roku. Dla większości z nich przekroczenie jego progu oznaczało początek najtrudniejszej próby w życiu. Zanim więźniowie trafili do siedziby gestapo na Szucha, przebywali na Pawiaku, największym więzieniu w okupowanej Warszawie. Spędzali tam od kilku dni do kilkunastu, aż wreszcie strażnik odczytywał nazwiska osób wyznaczonych do przesłuchania.
Po kilku dniach spędzonych na Pawiaku i rozmowach ze współwięźniami każdy wiedział, co oznacza wezwanie. Zabranie na Szucha nie wróżyło niczego dobrego. Od tego momentu nikt nie mógł być pewien swojego losu. Jedni wracali dotkliwie pobici, inni tracili przytomność jeszcze w transporcie, wielu nie wracało wcale.
Zdarzało się oczywiście, że gestapo przywoziło ludzi na Szucha bezpośrednio po aresztowaniu, w wyniku łapanek, obław czy uderzeń w struktury Polskiego Państwa Podziemnego. Szacuje się, że codziennie w budynku przy alei Szucha przesłuchiwano około 100 osób. Sam areszt zajmował podziemia dawnego ministerstwa. Niemcy zaadaptowali znajdujące się tam magazyny i archiwa, tworząc niewielkie więzienie, oficjalnie zwane Hausgefängnis, czyli więzieniem domowym.
Składało się ono z czterech dużych cel zbiorowych, dziesięciu cel izolacyjnych oraz dyżurki strażnika. Wydawać by się mogło, że to niewielkie miejsce, ale właśnie tutaj codziennie rozgrywały się dramaty setek ludzi. Więźniowie największe cele nazywali „tramwajami”, ponieważ ustawione w nich drewniane ławy przypominały układ siedzeń w tramwaju. Osadzeni musieli siedzieć tyłem do wejścia, jeden za drugim, nieruchomo i w całkowitej ciszy.
Rozmowy były surowo zakazane, o czym przypominał wiszący na ścianie niemiecki napis „Sprechen und Rauchen verboten”, czyli „Mówienie i palenie surowo wzbronione”. Nawet najdrobniejszy ruch mógł skończyć się aktem przemocy ze strony strażnika. Najgorszy los spotykał tych, którzy trafiali do jednej z dziesięciu cel izolacyjnych. Umieszczano w nich harcerzy, kurierów i żołnierzy, czyli osoby mogące posiadać ważne informacje.
Odcięci od świata, nie wiedzieli, czy za kilka minut zostaną wezwani na kolejne przesłuchanie, czy usłyszą wyrok. Czas płynął tam zupełnie inaczej, a każdy odgłos kroków na korytarzu budził strach, że właśnie nadeszła ich kolej. Mimo wszechobecnego terroru i czujności strażników więźniowie próbowali zostawić po sobie ślad. Paznokciem, guzikiem czy kawałkiem metalu wydrapywali na ścianach informacje, daty, nazwiska, modlitwy i krótkie wiadomości.
Do dziś zachowało się ponad 1260 takich inskrypcji, co czyni to miejsce jedną z największych w Europie kolekcji autentycznych napisów pozostawionych przez więźniów niemieckiego aparatu terroru. Można je oglądać dokładnie tam, gdzie powstały ponad 80 lat temu. Dla ludzi siedzących w „tramwajach” najważniejszy był moment, gdy strażnik otwierał drzwi i odczytywał nazwisko. Wtedy rozpoczynał się kolejny etap.
Więźniów prowadzono na górę, do gabinetów gestapo, gdzie trwało właściwe przesłuchanie. Niemcy kierowali się jedną zasadą: wydobyć informacje za wszelką cenę. Chcieli uzyskać nazwiska, adresy, kontakty i wiadomości o strukturach polskiego podziemia, bo każda godzina mogła oznaczać kolejne aresztowania. Podczas przesłuchań gestapo stosowało cały arsenał metod mających złamać człowieka fizycznie i psychicznie.
Używano pałek, bykowców i sprężyn. Ludzi wieszano za skręcone do tyłu ręce, topiono, rażono prądem, przypalano rozgrzanym metalem, szczuto psami, miażdżono im palce i wyrywano paznokcie. Skala przemocy była niewyobrażalna. Leon Banach, jeden z osadzonych na Szucha, wspominał: „Gdy byłem pierwszy raz w ogniu, cały czas się mnie pytali, czy znam i czytałem ulotkę, którą mi pokazywali, mówiłem, że nie znam.
Pytali o radio, mówiłem, że o żadnym radiu nie wiem. Cały czas przesłuchanie odbywało się z biciem. Z jednej strony tłumacz, a z drugiej blondyn, oficer gestapo w okularach, bije mnie po głowie i po twarzy, jak kto może. Nic nie przyznałem.
Po tym biciu zachowałem spokój. Wyrzucili mnie na korytarz”. Tortury trwały godzinami. Wielu przesłuchiwanych traciło przytomność, a wskutek odniesionych obrażeń ludzie umierali na miejscu lub kilka godzin później w celi na Pawiaku.
Jedno z najbardziej przejmujących świadectw pozostawił dr Felicjan Loth, chirurg więzienny z Pawiaka, który przez lata opatrywał ofiary przesłuchań ze Szucha. Wspominał, że najczęstszą metodą było pozornie proste bicie gumowymi pałkami. Więźnia kładziono na stołku twarzą do dołu, gestapowcy trzymali go za ręce i nogi, a inni zadawali cios za ciosem, powodując rozległe wylewy, krwotoki i złamania czaszki. Wielu ludzi nie było w stanie tego znieść.
Paradoksalnie właśnie tutaj szczególnie widoczna była siła polskiego podziemia. Mimo niewyobrażalnego cierpienia ogromna liczba więźniów nie zdradziła towarzyszy, wiedząc, że jedno nazwisko może wywołać lawinę kolejnych aresztowań. Wielu przesłuchiwanych zapłaciło za to milczenie życiem, ratując w ten sposób dziesiątki, a czasem setki swoich współpracowników. Bardzo często po przesłuchaniach osadzeni nie byli w stanie samodzielnie dotrzeć do cel.
Pomagali im współwięźniowie, podając wodę, opatrując rany i niosąc pocieszenie. Nie mogli ze sobą rozmawiać, bo było to surowo zabronione, ale między osadzonymi wytwarzała się nić solidarności – każdy wiedział, przez co przechodzi drugi. Dla Niemców był to kolejny dzień pracy, dla więźniów walka o zachowanie godności. Każde przesłuchanie mogło być ostatnim, a każda chwila milczenia mogła ocalić życie innych.
Dlatego właśnie aleja Szucha stała się jednym z najważniejszych symboli polskiego oporu wobec niemieckiego terroru. Za drzwiami biur kryli się konkretni ludzie, nie anonimowa maszyna. Szacuje się, że w szczycie działalności urząd zatrudniał około 600 pracowników, w tym śledczych, analityków, tłumaczy, sekretarki i oficerów zajmujących się rozpracowywaniem struktur Polskiego Państwa Podziemnego. Od lipca 1941 roku kierował nimi wspomniany już Ludwig Hahn.
To jego nazwisko najczęściej pojawia się w relacjach dotyczących terroru na Szucha. Jako dowódca odpowiadał za funkcjonowanie całego aparatu bezpieczeństwa w dystrykcie warszawskim, choć sam rzadko brał udział w przesłuchaniach. To on ponosił odpowiedzialność za system, który codziennie wydawał na świat nowe ofiary. Co najbardziej szokujące, wielu gestapowców po wojnie odbudowało sobie życie.
Zmieniali miejsce zamieszkania, czasem nazwiska, podejmowali nową pracę. Ludwig Hahn został skazany dopiero 30 lat po zakończeniu II wojny światowej. Dla wielu rodzin jego ofiar sprawiedliwość nadeszła o wiele za późno. 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17:00 Warszawa powstała do walki.
W niemieckiej dzielnicy policyjnej niemal natychmiast ogłoszono alarm. Około 800 funkcjonariuszy gestapo i policji zabarykadowało się w budynkach, przygotowując się do obrony. Kompleks przy alei Szucha był jednym z najsilniej ufortyfikowanych punktów w całym mieście. Powstańcy doskonale zdawali sobie sprawę, że jego zdobycie przerasta ich możliwości.
Mimo ciężkich strat udało im się zdobyć budynek kasyna garnizonowego pod numerem 29. Po dwóch godzinach Niemcy przeprowadzili kontratak, po którym nastąpiła krwawa odwetowa akcja przeciwko ludności cywilnej – w piwnicach i na podwórzach, także przy Flory 5 i 9, mordowano wszystkich bez względu na wiek i płeć. Przez kolejne tygodnie Szucha pozostawała jednym z najważniejszych punktów niemieckiej obrony. Choć wokół toczyły się ciężkie walki, sam budynek nie został poważnie uszkodzony.
Gdy Niemcy opuszczali Warszawę w styczniu 1945 roku, ewakuowali najważniejsze dokumenty i akta. Nie spalili całego archiwum, jak później powtarzano. Gdy do budynku weszli przedstawiciele Polskiego Czerwonego Krzyża, zobaczyli korytarze wypełnione różnego rodzaju dokumentami, formularzami i dowodami osobistymi, ale brakowało ewakuowanych wcześniej akt gestapo. Jednak najbardziej poruszające było coś zupełnie innego.
Piwnice wyglądały prawie tak samo jak w dniu, w którym opuścili je Niemcy. Cele, kraty, drzwi, korytarze i pokryte inskrypcjami ściany przetrwały w niemal nienaruszonym stanie. Niemal natychmiast pojawił się pomysł pozostawienia podziemi w stanie nietkniętym. Stało się to bardzo szybko, bo już w 1945 roku pod dawnym budynkiem gestapo gromadzili się warszawiacy i byli więźniowie, dla których nie było to zwykłe miejsce, ale symbol cierpienia ich i ich bliskich.
Do lipca 1946 roku zapadła decyzja o zachowaniu aresztu jako miejsca pamięci narodowej, a rok później jego podziemia udostępniono zwiedzającym, zachowując autentyczne cele, korytarze i ściany. Najcenniejszym świadectwem historii pozostają jednak inskrypcje wykonane przez więźniów w chwilach samotności i niepewności. Wielu ich autorów nie dożyło końca wojny. Jedna z tych inskrypcji stała się z czasem mottem całego mauzoleum: „Łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować, jeszcze trudniej umrzeć, a najtrudniej cierpieć”.
Te słowa najlepiej oddają charakter tego miejsca. Aleja Szucha nie jest muzeum pełnym eksponatów zgromadzonych z różnych stron kraju. W istocie sam budynek jest najważniejszym eksponatem. Każda cela, kraty, fragment ściany i wydrapany napis to autentyczne świadectwo okupacji.
Dziś aleja Szucha to jedna z najpiękniejszych arterii współczesnej Warszawy, którą codziennie przechodzą tysiące ludzi, często nieświadomych tego, co działo się za murami tego monumentalnego gmachu. A jednak za tymi murami zapadały najważniejsze decyzje dotyczące życia i śmierci mieszkańców stolicy. Pozostały po nich słowa: nazwiska wydrapane w tynku, daty, modlitwy, prośby o przekazanie wiadomości rodzinom i krótkie zdania pozostawione dla tych, którzy przyjdą później. To właśnie one sprawiają, że to miejsce to coś więcej niż kolejne muzeum II wojny światowej.
To jeden z najbardziej autentycznych miejsc pamięci w Europie. Miejsce, w którym historii nie zrekonstruowano. Ona po prostu przetrwała.