Krwawa jesień. Dlaczego Niemcy mordowali polskich sąsiadów?

Krwawa jesień. Dlaczego Niemcy mordowali polskich sąsiadów?

W 1939 roku Pomorze stało się sceną niewyobrażalnego terroru. W ciągu zaledwie kilku miesięcy członkowie Volksdeutscher Selbstschutz – lokalnych formacji „samoobrony” – zamordowali dziesiątki tysięcy Polaków: nauczycieli, urzędników i działaczy społecznych. Zbrodni tych nie dokonywały regularne oddziały wojska ani SS, lecz zwykli Niemcy, którzy z zimną krwią zabijali swoich polskich sąsiadów. Do dziś wydarzenia te pozostają w dużej mierze nieznane w powszechnej świadomości.

Thumbnail

Dopiero w ostatnich latach historycy zaczęli szerzej opisywać mechanizmy tej zbrodni i losy jej sprawców. Początki formacji sięgają 1918 roku, a właściwie konsekwencji geopolitycznych pierwszej wojny światowej. Powstanie II Rzeczypospolitej i przyłączenie do niej terenów byłego zaboru pruskiego – Śląska, Wielkopolski i Pomorza – oznaczało, że po obu stronach nowych granic znalazły się osoby czujące więź z przeciwnym państwem. Sytuację tę postanowili wykorzystać naziści.

Choć początkowo stosunki polsko-niemieckie układały się poprawnie, od 1936 roku Berlin zaczął intensywniej organizować Niemców żyjących poza Rzeszą. Powołano wówczas urząd Hauptamt Volksdeutsche Mittelstelle, podporządkowany później SS pod nadzorem SS-Obergruppenführera Wernera Lorenza. W Polsce działały takie organizacje jak Jungdeutsche Partei in Polen, Deutsche Vereinigung, Deutscher Volksbund i Deutscher Volksverband. Ich członkowie nie tylko kultywowali niemiecką tożsamość, ale też współpracowali z wywiadem – Gestapo i Abwehrą.

Przekazywali informacje o sieci drogowej, mostach i wiaduktach, a także wskazywali Polaków o postawach antyniemieckich. Dzięki tej działalności dziesiątki tysięcy Polaków – przedstawicieli lokalnych elit – trafiły na specjalne listy proskrypcyjne. Informacje trafiały do Berlina, gdzie opracowywał je szef kancelarii Rzeszy Hans Lammers, a następnie przekazywał członkom Sicherheitsdienst. Na polecenie Reinharda Heydricha, przy udziale szefa Gestapo Heinricha Müllera, powstała publikacja Sonderfahndungsbuch Polen, zawierająca nazwiska „niebezpiecznych” Polaków.

Jak ustalił historyk Grzegorz Bębnik, sama książka, zawierająca blisko 9 tysięcy nazwisk, ukazała się dopiero w drugiej połowie września 1939 roku. Nazwiska były bowiem w dużej mierze zbierane już w trakcie wojny przez członków Einsatzgruppen. Przed konfliktem Niemcy dysponowali jedynie specjalnymi listami przygotowanymi głównie na podstawie działalności szpiegowskiej niemieckich obywateli Polski. Mimo tych zastrzeżeń zaangażowanie Niemców w likwidację polskich elit było ogromne.

Już w 1938 roku lokalni Niemcy byli szkoleni w zakresie sabotażu i działań partyzanckich, tworząc fundamenty kryminalnego Selbstschutzu, który rozpoczął faktyczną działalność 1 września 1939 roku. Gdy wojska niemieckie wkroczyły do Polski, działalność lokalnych oddziałów Selbstschutzu przedstawiano jako oddolną inicjatywę rzekomo zagrożonych Niemców. Propaganda Goebbelsa sugerowała, że niemieckojęzyczni obywatele Polski byli prześladowani, a nawet mordowani przez Polaków, a ich działania zbrojne stanowiły jedynie odpowiedź na te krzywdy. W rzeczywistości to Niemcy rozpoczęli masowe zabijanie polskich sąsiadów.

Uzbrojeni, wyszkoleni i znający lokalne warunki, stanowili często większe zagrożenie niż regularna armia czy jednostki SS. Liczba ofiar wyniosła co najmniej 50 tysięcy Polaków. Spośród około 740 tysięcy Niemców mieszkających w Polsce aż 100 tysięcy aktywnie uczestniczyło w działaniach Selbstschutzu. Formalna legalizacja organizacji nastąpiła dopiero 20 września 1939 roku.

Decyzją Heinricha Himmlera podzielono ją na trzy okręgi obejmujące ziemie wcielone bezpośrednio do Rzeszy: Wielkopolskę, Śląsk i Pomorze. Siedzibą tego ostatniego – Selbstschutz Westpreussen – został Gdańsk, a dowództwo objął były adiutant Himmlera, SS-Oberführer Ludolf-Hermann von Alvensleben. Ten urodzony w Saksonii arystokrata miał na koncie liczne zbrodnie. Był odpowiedzialny za masowe egzekucje w Fordonie pod Bydgoszczą oraz należał do głównych sprawców zbrodni w Piaśnicy, gdzie zamordowano do 13 tysięcy osób.

W liście do Himmlera pisał, że powierzone mu obowiązki sprawiają mu autentyczną satysfakcję. W kolejnych latach Alvensleben służył w Krakowie i na Ukrainie, gdzie koordynował masowe egzekucje. W 1943 roku przeniesiono go do Drezna, skąd uciekł w 1945. Choć został aresztowany przez Brytyjczyków, zdołał zbiec i przez tzw.

szlaki szczurów przedostał się do Argentyny, gdzie żył pod przybranym nazwiskiem Carlos Lücke i zajmował się hodowlą ryb. Utrzymywał ciągły kontakt z innymi esesmanami, a w 1957 roku uczestniczył w dyskusjach grupy Willema Sassen, w których brał udział także Adolf Eichmann. Niemieckie i polskie starania o ekstradycję zbrodniarza zakończyły się niepowodzeniem. Ludolf von Alvensleben nigdy nie został pociągnięty do odpowiedzialności za swoje czyny.

Selbstschutz Westpreussen był największym z trzech okręgów. Od nieco ponad 8 tysięcy członków 24 września rozrósł się do 38 279 osób do 21 listopada 1939 roku. Podzielony na sześć inspektoratów, dopuszczał się jednych z najokrutniejszych zbrodni. Metoda działania Selbstschutzu pozostawała w dużej mierze taka sama.

Uzbrojeni w niemiecką lub zdobyczną polską broń, członkowie w grupach udawali się do polskich domów i siłą wyprowadzali mieszkańców. Ofiary trafiały do fabryk, szkół, komisariatów, a czasem kościołów i zamków. Józef Bronek z Tczewa wspominał: „Zostałem zabrany wraz z rodziną na zamek w Gniewie, gdzie było już około 200 więźniów. Strażnicy bili więźniów kolbami, pięściami i kopali.

W sali 12 na 12 metrów spało 60 osób – mężczyzn, kobiet i dzieci – na podłodze, bez łóżek. Nie dostawaliśmy jedzenia”. Przemoc wobec zatrzymanych, niezależnie od wieku i płci, była normą i często prowadziła do śmierci. Innych stawiano przed tzw.

sądami ludowymi, które wydawały wyroki bez żadnej podstawy prawnej. Osób uznanych za niebezpieczne wysyłano do obozów koncentracyjnych lub rozstrzeliwano. Historycy zidentyfikowali na Pomorzu kilkadziesiąt miejsc masowych egzekucji. Największe znajdowały się w lasach piaśnickich koło Wejherowa (około 13 tysięcy ofiar), w kompleksie leśnym Mniszek-Grupa (około 10 tysięcy zabitych) oraz w lesie szpęgawskim (5–7 tysięcy ofiar).

Kolejne zbrodnie miały miejsce w 19 obozach koncentracyjnych zorganizowanych przez Selbstschutz, m. in. w Bydgoszczy, Chełmnie i Łobżenicy. To właśnie tam działał Harry Schulz, jeden z najbardziej brutalnych członków organizacji.

Urodzony 20 kwietnia 1910 roku, pracował jako księgowy w młynie należącym do hrabiego Limburg-Striuma. Zwerbowany do szpiegostwa, później wstąpił do Selbstschutzu. Przed wojną uchodził za osobę bardzo sympatyczną. Chętnie nawiązywał kontakty z Polakami, spędzając z nimi czas w lokalnych pubach.

Uważnie słuchał słów wypowiadanych przez polskich policjantów i strażników granicznych, a następnie przekazywał informacje swojemu oficerowi prowadzącemu. W sierpniu 1939 roku wyjechał z Polski, by wrócić do Łobżenicy 2 września jako dowódca oddziału Selbstschutzu. Skala zbrodni popełnionych przez tego człowieka była ogromna. Schulz znęcał się, mordował i gwałcił – wszystko pod wpływem alkoholu i poczucia bezkarności.

23 października został komendantem obozu w Górce Klasztornej, gdzie przetrzymywano polskie duchowieństwo i Żydów. Wszyscy więźniowie zostali ostatecznie zamordowani po brutalnym pobiciu i znęcaniu się – zwłaszcza młode kobiety, na które puszczano psy. Po wykonaniu wyznaczonych zadań Schulz pozostał na Pomorzu, gdzie 21 lutego 1940 roku ożenił się z Martą Gonschorek, z którą miał syna. Zbrodniarz bezskutecznie próbował też wstąpić do SS, co przysporzyło mu problemów.

Zbrodnie popełnione przez Schulza – przede wszystkim gwałty na Żydówkach – zwróciły uwagę żandarmerii w Bydgoszczy. Prokuratura miała pełne podstawy, by postawić Volksdeutschowi zarzut Rassenschande, czyli zbrodni zhańbienia rasy. Od 1935 roku kontakty seksualne z Żydówkami były bowiem surowo zabronione. 6 marca 1940 roku Schulz został aresztowany, a pół roku później skazany na 15 lat ciężkiego więzienia.

Wolność odzyskał dopiero po kilku latach, pod koniec wojny. Podając się za Henryka Szulca, zdołał ukryć się w powojennym chaosie, a nawet udawać ofiarę III Rzeszy. W październiku 1952 roku został rozpoznany przez jedną z ofiar, co doprowadziło do jego aresztowania w 1953 roku. Udowodniono mu udział w zabójstwie 186 przedwojennych obywateli II Rzeczypospolitej, za co 17 lipca 1953 roku skazano go na karę śmierci.

Harry Schulz został stracony 22 lutego 1954 roku. Schulz nie był wyjątkiem. Demoralizacja i bezprawie niemal każdego członka Selbstschutzu stanowiły realne zagrożenie dla niemieckiej administracji, wojska, a nawet SS. Pozbawiona dyscypliny formacja zaczęła w pewnym momencie rościć sobie prawo do nazywania się „policją”, co było całkowicie nie do przyjęcia dla kierownictwa III Rzeszy.

Decydenci nazistowskich Niemiec zdecydowali się ostatecznie rozwiązać, a właściwie przekształcić formację. Część członków, głównie z terenu Generalnego Gubernatorstwa, wcielono do Sonderdienstu. Zakres obowiązków pozostał bardzo podobny – dawni członkowie Selbstschutzu nadal dokonywali represji wobec Polaków i Żydów, dopuszczając się przemocy, gwałtów i morderstw. Pod koniec wojny próbowano zatrzeć ślady zbrodni.

Członkowie Sonderkommando 1005, więźniowie polskich obozów, ekshumowali masowe groby i kremowali ciała. Skala mordów była tak ogromna, że w niektórych miejscach proces tuszowania trwał miesiącami. Mimo wysiłków Niemcy nie zdołali całkowicie usunąć śladów. Potwierdziły to ekshumacje prowadzone przez Polaków od 1946 roku, dzięki którym przez dziesięciolecia udało się ustalić liczbę ofiar i zidentyfikować 10 tysięcy Polaków.

Sprawcy w większości przypadków nigdy nie ponieśli odpowiedzialności. Świadomi skali swoich czynów i zmieniającej się sytuacji geopolitycznej, najczęściej uciekali do powojennych Niemiec lub z powodzeniem wtapiali się w powojenną Polskę pod fałszywymi tożsamościami. Zbrodnia Pomorska pozostaje jednym z najmniej znanych wydarzeń w historii okupowanej Polski. Pamięć o tych wydarzeniach ma w dużej mierze charakter lokalny.

Tym bardziej wartościowa jest niedawna książka Marka Łuszczyny „Bękarty Polski”, która w przystępny i angażujący sposób przedstawia tę trudną historię.