PORUCZNIK BOREWICZ BEZ MASKI: skandale i tajemnice Bronisława Cieślaka..

PORUCZNIK BOREWICZ BEZ MASKI: skandale i tajemnice Bronisława Cieślaka..

Najsłynniejsza rola męska w historii polskiej telewizji przez długi czas nie miała wykonawcy. Jan Englert odmówił. Piotr Fronczewski odmówił. Kolejny kandydat, którego nazwisko podsunął operator, również się nie zdecydował.

Thumbnail

Aktorzy bali się tak zwanego syndromu Klosa – obawiali się, że po jednej wielkiej roli w serialu widzowie do końca życia nie zobaczą w nich nikogo innego. Ostatecznie na planie dziewczyna od klapsa wskazała człowieka, który nie skończył żadnej szkoły teatralnej. Z wykształcenia był etnografem, ale pracy dyplomowej nigdy nie obronił. Na co dzień pracował jako dziennikarz w krakowskim ośrodku radiowo-telewizyjnym.

To właśnie on wszedł w buty najsłynniejszego milicjanta w historii kraju. Bronisław Cieślak zagrał porucznika Sławomira Borewicza w serialu „07 zgłoś się”. Powstały 22 odcinki, kręcone przez ponad dekadę. Gdy 2 maja 2021 roku przyszła wiadomość o jego śmierci, w internecie pojawiły się wspomnienia, w których trudno było odróżnić, czy ludzie żegnają aktora, czy fikcyjnego porucznika.

Cieślak urodził się 8 października 1943 roku w Krakowie, w środku wojny. Dorastał w rzeczywistości Generalnego Gubernatorstwa, w mieście, w którym Wawel był siedzibą Hansa Franka. To pokolenie, jak sam później wielokrotnie podkreślał, nie ustalało warunków gry – system był zastany i pozostawało pytanie, jak w nim żyć, nie gubiąc siebie. Uczył się w I Liceum Ogólnokształcącym im.

Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie, szkole z wielowiekową tradycją. Jeszcze jako uczeń zaczął występować w klubie studenckim Pod Jaszczurami na Rynku Głównym. Ćwiczył tam nie technikę aktorską, lecz umiejętność bycia na scenie sobą i mówienia do ludzi tak, by chcieli słuchać. Na Uniwersytecie Jagiellońskim wybrał etnografię.

Studia ukończył w 1968 roku, ale nigdy nie podszedł do obrony pracy dyplomowej. Tuż po studiach trafił do dziennikarstwa – do krakowskiego ośrodka radiowo-telewizyjnego. Przez kilka lat prowadził programy, relacjonował wydarzenia i rozmawiał z ludźmi przed kamerą. Przełom nastąpił w połowie lat 70.

W Polsce Ludowej ukazywała się seria opowiadań kryminalnych „Ewa wzywa 07”. Na ich podstawie postanowiono nakręcić serial. Za realizację odpowiadał reżyser Krzysztof Szmagier, jeden ze współautorów scenariusza. Problem był jeden – aktorzy nie chcieli tej roli.

Granie milicjanta w kraju, w którym milicja nie cieszyła się ani zaufaniem, ani prestiżem, oznaczało w oczach części widzów opowiedzenie się po określonej stronie. Do tego dochodził strach przed utożsamieniem z jedną postacią, który nazywano syndromem Klosa. Englert i Fronczewski odmówili. Na planie pracowała klapserka Małgorzata Dobrzańska.

To ona wskazała nazwisko Cieślaka, którego znała z telewizyjnego studia. Szmagier według relacji niemal od razu pojechał do Krakowa z propozycją. Dziennikarz, który nie miał kariery aktorskiej do stracenia, przyjął ją bez wahania. Co ciekawe, główny bohater początkowo miał nazywać się inaczej.

Cieślakowi zaproponowane nazwisko nie przypadło do gustu – przekonał reżysera do zmiany i w ten sposób powstał Borewicz. Sam Cieślak zaprzeczał też popularnej legendzie, jakoby tytuł „07 zgłoś się” nawiązywał do Jamesa Bonda. Tłumaczył, że 07 to po prostu radiowy numer wywoławczy używany przez jednostki milicji. Pierwszy odcinek wyemitowano 25 listopada 1976 roku.

Telewizja była wtedy medium, które oglądało się wspólnie – w domach, na klatkach schodowych, bez możliwości wyboru. Kolejne odcinki powstawały w latach 1976, 1978, 1981, 1984 i 1987. W sumie nakręcono 22 odcinki. Borewicz był jedyną postacią, która pojawiła się we wszystkich.

Bohater różnił się od sztampowego funkcjonariusza z plakatu. Był milicjantem z doświadczeniem z Londynu, cytował literaturę piękną, używał zachodnich perfum i poruszał się w świecie niedostępnym dla przeciętnego widza. Widzowie cenili w nim niezależność – kogoś, kto działa według własnego rozumu, a nie według odgórnych nakazów. Wokół Borewicza zbudowano całą galerię postaci.

Majora Wołczyka grał Zdzisław Tobiasz, porucznika Zubka – Zdzisław Kozień, porucznika Jaszczuka – Jerzy Rogalski. W serialu występowały też Ewa Kuzyk-Florczak jako sierżant Ewa Olszańska i Hanna Dunowska jako sierżant Anna Sikora. Ironią losu w jednym z odcinków pojawił się Piotr Fronczewski – ten sam aktor, który odmówił roli Borewicza. Wystąpił gościnnie 25 listopada 1982 roku, dokładnie sześć lat po premierze pierwszego odcinka, w odcinku uznawanym przez wielu widzów za najlepszy.

Zagrał tak, że – jak pisano – ukradł Cieślakowi show. Cieślak nigdy nie został zawodowym aktorem. Nie porzucił dziennikarstwa, grał „po godzinach”. Gdy cała Polska widziała w nim gwiazdę, on rano jechał do redakcji, przygotowywał materiały i wchodził na antenę, a wieczorem był osobą rozpoznawaną na ulicy.

To była świadoma kalkulacja – sława z serialu jest chwilowa, a zawód jest zawodem. Cena popularności była wysoka. Ludzie na ulicy nie widzieli w nim dziennikarza ani aktora – widzieli milicjanta. Reżyserzy, obawiając się reakcji widowni, przestali proponować mu inne role.

To dokładnie ten mechanizm, przed którym uciekali Englert i Fronczewski. Oni go przewidzieli, Cieślak wszedł w niego bez zawodowego zaplecza, które pozwoliłoby mu się z niego wygrzebać. W 1989 roku nastąpił przełom, który dla Cieślaka oznaczał koniec pracy. Z przyczyn politycznych został pozbawiony posady w krakowskim ośrodku radiowo-telewizyjnym.

Miał wtedy 46 lat, rodzinę na utrzymaniu i żadnego zawodu. Odnotowano, że cieszył się dobrą opinią także wśród kolegów z drugiej strony politycznej barykady – nie wyrzucono go za konkretne czyny, lecz za przynależność. Po stracie pracy zajął się zaopatrzeniem – załatwianiem, dowożeniem i organizowaniem dostaw. To była praca anonimowa, w której nikt nie prosił o autograf.

Człowiek, którego twarz znała cała Polska, jeździł po dostawy, a w magazynach słyszał pytanie: „Panie poruczniku, a co pan tu robi? ”. Nie wiadomo, jak długo to trwało i ile go kosztowało – nie opowiadał o tym w wywiadach. W latach 90.

stopniowo wracał do publicznej widoczności. W 1997 roku z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej zdobył mandat poselski. W 2001 roku uzyskał go ponownie z list koalicji SLD i Unii Pracy. W wyborach działała prosta arytmetyka – rozpoznawalna twarz, kojarzona przez dwie dekady z porządkiem i uczciwym śledztwem, była ogromnym kapitałem symbolicznym.

Kapitał ten działał jednak w obie strony. W 2001 roku Cieślak wjechał samochodem pod prąd w ulicę jednokierunkową. Zatrzymany do kontroli drogowej odmówił badania trzeźwości, zasłaniając się immunitetem poselskim. W 2002 roku został ukarany mandatem 1200 złotych i utratą prawa jazdy na 6 miesięcy.

Sprawą zajęła się też sejmowa komisja etyki. Warto podkreślić, że nie ma podstaw, by twierdzić, że został skazany za jazdę po alkoholu. Odmowa badania to odmowa badania – nie wiadomo, co pokazałby alkomat. Nawet w tej ostrożnej wersji sprawa była dla niego fatalna, bo najgorsze nie było przewinienie drogowe, lecz sięgnięcie po immunitet – dokument, który miał chronić przed politycznym nękaniem, a nie przed alkomatem.

W lutym 2005 roku Cieślak znalazł się w centrum kolejnej awantury – debaty nad tak zwaną listą Wildsteina. Spis nazwisk i sygnatur z archiwów Instytutu Pamięci Narodowej wywołał ogólnokrajowe emocje, ponieważ nie rozróżniał ról – na liście mogli znaleźć się i ci, którzy donosili, i ci, na których donoszono. Podczas debaty 18 lutego 2005 roku Cieślak powiedział, że jego formacja nie czuje się stroną w tej awanturze. Dodał, że lewicowy elektorat nie jest szczególnie skłonny się tym ekscytować.

Stwierdził, że donosicieli werbowano na masową skalę w kręgach dawnej opozycji i że ostrze „lustracyjno-teczkowej siekiery” obraca się między dawnymi kolegami, stając się narzędziem przedwyborczych porachunków. To wystąpienie było spójne z całą jego biografią. Cieślak konsekwentnie mówił z pozycji człowieka, który uważał, że tamten świat był zastanym warunkiem gry. Nie uciekał od swojej przeszłości, nie udawał kogoś innego, nie odkrywał nagle w sobie bohatera.

Bronił swojego stanowiska publicznie, mając świadomość, że to go kosztuje. Po zakończeniu kariery poselskiej wrócił przed kamerę. Prowadził programy, występował gościnnie, a potem przyjął rolę w paradokumencie „Malanowski i partnerzy”. Dla wielu była to decyzja zaskakująca – ikona polskiej telewizji w produkcji kręconej szybko i tanio.

Cieślak jednak nigdy nie miał kompleksu artysty i traktował to jak pracę. Co znamienne, ponownie zagrał w serialu o rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Człowiek, który zaczynał jako porucznik ścigający przestępców, po 30 latach znów był w opowieści o dochodzeniu do prawdy. Zatoczył koło – zmieniła się tylko forma i budżet.

Prywatnie nie robił z siebie tematu dla tabloidów. Miał żonę Annę i troje dzieci. Z aktorstwem związana była też jego bratanica, Anna Cieślak. Zmarł 2 maja 2021 roku w Krakowie, w wieku 77 lat.

Po jego śmierci telewizje przypominały serial, a w mediach żegnano go jak wielką gwiazdę – mimo że aktorem był, jak to podsumowano, tylko „po godzinach”. W komentarzach pod artykułami ludzie pisali wspomnienia, w których trudno było odróżnić, czy żegnają zmarłego człowieka, czy fikcyjnego porucznika. To najlepszy dowód na to, jak silnie postać zrosła się z odtwórcą. Umarł Bronisław Cieślak, a Polska żegnała Sławomira Borewicza.

Nazwisko, które zostało, nie było jego nazwiskiem. Historia Cieślaka to opowieść o człowieku, który przez całe dorosłe życie był zakładnikiem jednego przypadku. Trzej lepsi aktorzy odmówili roli, bo bali się, że pochłonie im życiorysy. I mieli rację – rola rzeczywiście pochłonęła człowieka.

Tyle że nie ich – tylko jego. Oni się uratowali, on zapłacił za nich wszystkich. Za każdym razem, w każdym rozdziale życia, wygrywała maska. Gdy serial był na szczycie, widziano w nim milicjanta, nie dziennikarza.

Gdy przyszedł 1989 rok, stracił pracę z powodów politycznych. Gdy wszedł do polityki, wygrał dzięki twarzy stróża prawa, a potem został nią uderzony, gdy sam z prawem zadarł. Gdy umarł, ludzie żegnali postać, nie jego. Nie był bohaterem i nigdy tak o sobie nie mówił.

Nie był też cynicznym funkcjonariuszem systemu – system wyrzucił go na bruk, a on musiał zająć się zaopatrzeniem, by utrzymać dom. Czy był przyzwoitym człowiekiem, który grał kartami, jakie mu rozdano, i czasem grał je źle – to pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Jedno pozostaje faktem. 22 odcinki serialu, kręcone przez ponad dekadę, są dziś jednym z najlepszych zapisów tego, jak wyglądała Polska między 1976 a 1987 rokiem.

Ulice, sklepy, mieszkania, ubrania, język – to wszystko przetrwało w serialu o milicjancie, którego zagrał człowiek, który nigdy nie chciał być aktorem. Produkcja, która miała pokazywać, jaka powinna być tamta Polska, przypadkiem utrwaliła to, jaka naprawdę była.