Czy warto obejrzeć Norymbergę?

Czy warto obejrzeć Norymbergę?

„Norymberga” w reżyserii Jamesa Vanderbilta to dwugodzinny dramat oparty na książce Jacka El-Haia „The Nazi and the Psychiatrist”, wydanej w Polsce jako „Norymberga. Naziści oczami psychiatry”. Film przenosi widza do zniszczonych Niemiec, gdzie w Norymberdze – niegdyś jednym z najważniejszych miast narodowego socjalizmu – postanowiono osądzić niemieckich i austriackich zbrodniarzy wojennych. Głównym motywem filmu nie jest jednak sam proces, lecz relacja między amerykańskim psychiatrą Douglasem Kelleyem, w którego wcielił się Rami Malek, a Hermannem Göringiem, granym przez Russella Crowe’a.

Thumbnail

To właśnie kreacja Crowe’a zbiera najwyższe noty w niemal każdej opinii o tym filmie. Nowozelandczyk wyraźnie chciał poczuć postać Göringa i jak najlepiej odegrać go dla widzów znających go z takich historycznych produkcji jak „Gladiator” czy „Robin Hood”. Crowe nie jest amatorem w tym temacie, a nazistowskiego zbrodniarza odegrał fenomenalnie. Otrzymujemy portret bardzo bliski realiom historycznym – filmowy Göring jest cyniczny, próżny i narcystyczny, a zarazem czarujący i szalenie inteligentny.

Szkoda, że nie odnotowano należycie jego utraty wagi: w filmie Göring jest zwyczajnie za gruby, a przecież w Norymberdze zrzucił prawie 40 kilogramów, co doskonale ukazuje bogaty materiał ikonograficzny. Marszałek, zgodnie z realiami, jest również bardzo sympatyczny – zwyczajnie da się go lubić, co miało znaczenie dla każdego, kto się z nim zetknął, w tym dla psychiatry Douglasa Kelleya. Tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Odgrywający psychiatrę Rami Malek ma zupełnie inną aparycję niż historyczny pierwowzór.

Jest też bardzo nonszalancki i rozemocjonowany, co z jednej strony ciekawie komponuje się ze spokojnym Göringiem, ale z drugiej bywa zbyt amerykańskie, przez co trochę irytujące i przede wszystkim niezbyt zgodne z prawdą. O ile Kelley był faktycznie zafascynowany Göringiem, o tyle w swoich badaniach zachowywał daleko posunięty profesjonalizm. Mimo wszystko kreacja nie jest tak zła, jak przedstawiają ją niektórzy krytycy – Malek to bardzo dobry aktor i widać, że daje z siebie sporo. Rola została dla niego po prostu nie najlepiej dobrana, stąd być może mieszane uczucia odbiorców.

Bardzo ciekawie rozpisano postać Howarda Triesta, w którą rewelacyjnie wcielił się Leo Woodall, znany z serialu „Biały Lotos”. Woodall zagrał niemiecko-amerykańskiego Żyda, który pełnił rolę tłumacza zarówno w kontaktach z oskarżonymi zbrodniarzami, jak i z ocalałymi z zagłady. Podczas lektury książki El-Haia ta postać nieco umknęła mojej uwadze, podczas gdy w filmie słusznie została wyeksponowana bardziej. Kolejną dobrą rolą jest postać pułkownika Burtona Andrusa, naczelnika więzienia w Norymberdze, odpowiedzialnego za panujące w nim surowe warunki.

John Slattery przygotował się do zadania bardzo dobrze, a jego grę aktorską należy ocenić wysoko. Mocnym elementem filmu jest też ścieżka dźwiękowa – odpowiednio wyważona, momentami ekspresyjna i nadająca klimatu. Na uwagę zasługują zdjęcia, wykonane z dużą dbałością o szczegóły i odpowiednią atmosferę: świetnie przedstawiono zarówno surowe norymberskie cele, jak i więzienny korytarz oraz salę sądową. Bardzo podobało mi się również, gdy kolorowy film przerywały czarno-białe zdjęcia – można było odnieść wrażenie, że na ekranie pojawiają się dobrze znane historyczne fotografie.

Najsłabszym punktem jest niestety sam proces norymberski, którego w zasadzie nie ma. Gdy widzimy salę sądową, akcja dotyczy głównie Göringa i jest potraktowana niezwykle opieszale. Jego długą i pełną zaangażowania bitwę z alianckimi prawnikami sprowadzono do zaledwie jednej, choć bardzo dobrej sceny. W filmie nie zobaczymy też aroganckich, ale pełnych dowcipu momentów, jak ten, gdy Göring po wyświetleniu przez trybunał filmów przedstawiających nazistowskie pochody wykrzyczał, że po takim seansie sam prokurator zechce zapisać się do NSDAP.

Taki właśnie podczas procesu był Göring – za nic miał sobie gorzkie warunki, w których przyszło mu się bronić, czym niewątpliwie dodawał otuchy przynajmniej części współoskarżonych. Z drugiej strony można było się tego spodziewać – zbrodniarz nie mógł zostać przedstawiony zbyt dobrze. Reżyserowi i tak zarzuca się relatywizowanie niemieckich zbrodni. Sama książka El-Haia w oszczędny sposób opowiada o procesie, skupiając się raczej na zapleczu tego wydarzenia.

W filmie brakuje zatem międzynarodowego charakteru procesu – całość przedstawiono głównie z amerykańskiej perspektywy. Na próżno szukać szerzej omówionych wątków brytyjskich, sowieckich czy francuskich. O Polsce wspomniano w filmie zaledwie raz. Na film poszedłem po lekturze książki El-Haia, przez co moje zaskoczenie było znikome.

Rozczarowanie tych, którzy książki nie czytali, było zdecydowanie większe. Paradoksalnie te negatywne emocje wzmaga doskonale zbudowane napięcie między Göringiem a psychiatrą, a co za tym idzie całym wymiarem sprawiedliwości. Irytujące jest również to, że niewiele dowiadujemy się o innych oskarżonych – obok Göringa przedstawiono jedynie małomównego Karla Dönitza, rozchwianego emocjonalnie Roberta Leya i powszechnie uważanego za idiotę Juliusa Streichera. A przecież w pierwszym procesie norymberskim było aż 22 oskarżonych.

Tym samym otrzymujemy mylny obraz, jakoby jedynie Göring spośród wszystkich zbrodniarzy był wystarczająco inteligentny i odważny w starciu z alianckim wymiarem sprawiedliwości. Warto nadmienić, że obok Göringa bardzo trzeźwo zachowywali się Franz von Papen, Hjalmar Schacht czy absolutny mistrz krętactwa i własnej obrony Albert Speer, który potrafił przedstawić siebie niemal jako wroga nazizmu. Tego w filmie brakuje, podobnie jak odważnych słów Hansa Franka o ogólnoniemieckim charakterze zbrodni czy arcyciekawej gry prowadzonej przez Rudolfa Hessa. W filmie Hessa sprowadzono do roli świra, którym raczej nie był.

Pojawia się tylko w kilku scenach, i to niezbyt uczciwych: widzimy go między innymi, gdy hitlerowskim pozdrowieniem wita na korytarzu Göringa, a naczelnik więzienia brutalnie go powstrzymuje. W rzeczywistości to sam Göring zwrócił Hessowi uwagę, by nie wykonywał niepotrzebnych teatralnych gestów, co uczciwie zaznacza w swojej książce Jack El-Hai. Nie do końca wykorzystano również motyw samobójczej śmierci Göringa. Niemal na pewno wiemy, że ampułka z cyjankiem została mu przekazana przez jednego ze strażników, który został przekupiony lub uległ charyzmie marszałka.

Niewykluczone jednak, że ampułkę umiejętnie ukrył sam Göring, który w liście pożegnalnym poinformował o lokalizacji innych trucizn, nieodnalezionych przez personel więzienny. W filmie zabrakło odpowiedniej dyskusji na ten temat. Zamiast tego widzimy, jak Göring wypowiada słowa „abrakadabra”, wyciąga ampułkę, przegryza ją i umiera. Teoretycznie ma się to wiązać ze sztuczkami, które pokazywał mu wcześniej psychiatra, oraz zapewnieniem Göringa, że sam również wywinie wszystkim numer.

Ta sytuacja jest całkiem ciekawa i filmowo hollywoodzka, ale mnie nie kupiła. Dużo lepiej przedstawiono wątek Kelleya. Psychiatra po powrocie do Stanów nie tylko nie sprzedał swojej książki, która popularność zyska zapewne dopiero teraz, ale również naraził się amerykańskim mediom za głoszenie niepopularnych opinii. Najbardziej wstrząsającą z nich była ta, że każdy z nas tak naprawdę może zostać zbrodniarzem.

To o tyle mocny moment, że ta gorzka refleksja niestety nie cieszy się odpowiednim uznaniem również dzisiaj. Sam Kelley popadł później w ciężką depresję i popełnił samobójstwo – w dokładnie ten sam sposób, co badany przez niego Göring. Niewykluczone, że psychiatra dysponował ampułką z kolekcji zbrodniarza, co w bardzo symboliczny sposób związałoby losy tych dwóch mężczyzn. Czy warto obejrzeć „Norymbergę”, która trafiła już do polskich portali streamingowych?

Jak najbardziej tak, ale należy traktować ją jako film fabularny o Göringu i Kelleyu, a nie jako wyczerpujący wykład na temat procesu norymberskiego. Warto również przeczytać książkę, która stała się podstawą scenariusza, aby móc skonfrontować rzeczywistość filmową z historyczną. Bez tego po samym seansie pozostaniemy nienasyceni, a w skrajnym wypadku nasza wiedza o tamtych wydarzeniach może ulec szkodliwemu uproszczeniu.

Na koniec warto powtórzyć, że Russell Crowe to mistrz, a jego kreacja Göringa to jeden z najmocniejszych punktów filmu.