Ulrich Schnaft urodził się w 1923 roku w Królewcu, ówczesnym niemieckim mieście, które dziś nosi nazwę Kaliningrad. Matka porzuciła go tuż po narodzinach, a chłopiec trafił najpierw do sierocińca, a następnie został adoptowany przez niemiecką rodzinę. Miał zaledwie 10 lat, gdy władzę w Rzeszy objął Hitler, dorastał więc w rzeczywistości zdominowanej przez nazistowską propagandę. W 1941 roku ukończył szkołę zawodową o kierunku mechanicznym i wkrótce potem zaciągnął się do armii, trafiając do 5.

Dywizji Pancernej SS Wiking. Jako żołnierz Waffen-SS został wysłany na front wschodni, gdzie odniósł rany i trafił do szpitala, za co otrzymał odznaczenie. Później służył w Jugosławii i we Włoszech, gdzie doczekał końca wojny. Do niewoli trafił w ręce Amerykanów i spędził dwa lata w obozie jenieckim.
Ponieważ nie ustalono, by brał udział w zbrodniach wojennych, po uwolnieniu pozostał na wolności i osiedlił się w Monachium. Zniszczone powojenne Niemcy, inflacja i bezrobocie nie dawały mu jednak żadnych perspektyw. Schnaft wynajął mieszkanie z Niemcem, który, jak się później okazało, miał żydowskie korzenie i przeżył Holocaust. Współlokator radził sobie znacznie lepiej dzięki pomocy amerykańskich organizacji charytatywnych wspierających żydowskich ocalałych.
To właśnie wtedy w byłym esesmanie narodził się plan zmiany tożsamości. Zaczął podawać się za Gabriela Zismana, polskiego Żyda niemieckiego pochodzenia, który przeżył zagładę. W chaosie pierwszych powojennych lat nikt nie zweryfikował jego historii. W grudniu 1947 roku Schnaft wsiadł w Marsylii na statek płynący do Palestyny, wówczas jeszcze pod kontrolą brytyjską.
Wyprawa zakończyła się jednak fiaskiem – okręt został przechwycony przez Brytyjczyków, a on trafił do obozu internowania na Cyprze. Spędził tam około roku, ale czas wykorzystał dobrze. Blond włosy i jasna cera odróżniały go od wielu żydowskich uchodźców, lecz problem tkwił w czym innym – Schnaft niemal nic nie wiedział o żydowskiej kulturze. Na Cyprze nauczył się hebrajskiego, poznał zwyczaje i wstąpił do Hagany, żydowskiej organizacji paramilitarnej, która później stała się jedną z podstaw izraelskiej armii.
Nikt nie dociekał, skąd zna się na broni i materiałach wybuchowych. Po ogłoszeniu niepodległości Izraela w 1948 roku i wybuchu wojny arabsko-izraelskiej brytyjska polityka wobec internowanych była niejednoznaczna. Młodzi mężczyźni w wieku poborowym pozostawali w obozach, a zwalniano głównie kobiety, chorych i starszych. Dopiero porozumienie między Izraelem a Egiptem oraz zgoda brytyjskiego Foreign Office umożliwiły transport ponad 10 tysięcy młodych ludzi do Izraela w ramach operacji o kryptonimie Redm.
Wśród nich znalazł się Schnaft, wciąż posługujący się fałszywą tożsamością Gabriela Zismana. W Izraelu trafił do kibucu Kiriat Anawim w Górach Judzkich, gdzie kontynuował naukę hebrajskiego. Jego mowa zachowała niemiecką intonację, ale nikomu nie przyszło do głowy, by łączyć go z nazizmem. Latem 1949 roku były żołnierz Waffen-SS oficjalnie wstąpił do Sił Obronnych Izraela.
Nowe państwo potrzebowało ludzi i nie zawsze dokładnie sprawdzało ich przeszłość, a wielu żydowskich ocalałych borykało się z podobnymi problemami dokumentacyjnymi. Kariera Schnafta rozwijała się szybko – ukończył kurs dowódców plutonu, a następnie kurs oficerski, otrzymał stopień porucznika i trafił do korpusu artylerii. W czasie służby miał dostęp do broni, magazynów oraz informacji o lokalizacji baz i kluczowych postaciach tworzącej się armii. W 1952 roku Schnaft postanowił na stałe związać się z wojskiem i złożył wniosek o przedłużenie służby.
Wtedy jednak wprowadzono bardziej rygorystyczne kontrole bezpieczeństwa i jego starannie skonstruowana tożsamość zaczęła się sypać. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego odrzucono jego kandydaturę. Sam przyczynił się do wzbudzenia podejrzeń – podczas jednej z zabaw karnawałowych miał pijany pokazać kolegom zdjęcie w mundurze SS, tłumacząc później, że to był strój na święto Purim. Sprawa dyskretnie trafiła do przełożonych, którzy już wcześniej go obserwowali.
Jego karierę nadszarpnęło także oskarżenie o kradzież amunicji z magazynów jednostki. Po odejściu z wojska dobre czasy dla Schnafta się skończyły – znów musiał podejmować się dorywczych zajęć, a problemy finansowe narastały. Po opuszczeniu armii przeprowadził się do Akko, gdzie wynajął pokój u starszego niemieckojęzycznego małżeństwa – żydowskiego imigranta z Niemiec i jego znacznie młodszej żony Margot. Między Schnaftem a kobietą szybko narodził się romans.
Gdy mąż odkrył zdradę, wyrzucił lokatora, ale Margot porzuciła małżonka i związała się z byłym esesmanem. Kochankowie przenieśli się do Hajfy, a następnie postanowili wyjechać razem do Niemiec, kuszeni wieściami o odbudowie zachodnioniemieckiej gospodarki i lepszych warunkach życia. W 1954 roku dotarli morzem do Genui, gdzie Schnaft udał się do konsulatu zachodnioniemieckiego, by uzyskać pozwolenie na wjazd. Problem polegał na tym, że izraelskie dokumenty podróży zawierały wówczas adnotację: „Ważne we wszystkich krajach z wyjątkiem Niemiec”.
Przez lata były esesman robił wszystko, by świat uwierzył, że jest Żydem. Otrzymał izraelskie obywatelstwo i paszport, a nawet został oficerem w tamtejszej armii. Teraz dokument, który potwierdzał sukces jego mistyfikacji, stał się przeszkodą. Schnaft był Niemcem, który nie mógł wrócić do Niemiec, bo na papierze był Izraelczykiem.
Margot miała ważne dokumenty i przekroczyła granicę bez niego. Wkrótce potem wróciła do męża, który także przyjechał do Niemiec, zostawiając Schnafta samego w Genui – bez pieniędzy i bez możliwości powrotu do domu. W desperacji postanowił wyznać całą prawdę niemieckim dyplomatom. Podczas kolejnej wizyty w konsulacie oświadczył, że naprawdę nazywa się Ulrich Schnaft, służył w Waffen-SS, przez lata posługiwał się fałszywą tożsamością i nie jest Żydem.
Historia brzmiała jednak zbyt absurdalnie, by niemieccy urzędnicy uwierzyli. Wciąż odmawiano mu wjazdu. Schnaft wpadł więc na kolejny ryzykowny pomysł, tym razem o znacznie poważniejszych konsekwencjach. Udał się do egipskiej misji dyplomatycznej we Włoszech i złożył ofertę – Egipcjanie mieli pomóc mu w uzyskaniu wjazdu do Niemiec i zapewnić pieniądze, a on w zamian dostarczy informacje o izraelskiej armii.
W latach 50. Egipt pozostawał w ostrym konflikcie z Izraelem, więc egipscy dyplomaci skonsultowali sprawę z Kairem i przyjęli ofertę. Postawili jednak warunek – Schnaft miał udać się do stolicy Egiptu i przekazać wszystko, co wie. Niemiec zgodził się, oddał izraelski paszport i otrzymał egipskie dokumenty wystawione na nazwisko Robert Hayat.
Przez dwa tygodnie był szczegółowo przesłuchiwany na temat izraelskiej armii. Początkowo Egipcjanie podchodzili do niego z dużą ostrożnością, podejrzewając, że może być agentem Mosadu. Jego informacje nie zrobiły jednak wielkiego wrażenia – większość była już im znana lub jedynie potwierdzała wcześniejsze ustalenia. Ostatecznie uznali jego zeznania za wiarygodne, a Schnafta oprowadzano nawet po Kairze.
Egipcjanie próbowali zwerbować go do współpracy wywiadowczej i nakłonić do powrotu do Izraela, ale odmówił. Mimo to dotrzymali umowy i pomogli mu uzyskać dokumenty umożliwiające wjazd do RFN. Po niemal siedmiu latach nieobecności Schnaft wrócił do Niemiec i osiadł we Frankfurcie, gdzie odnalazł swoją adopcyjną matkę prowadzącą aptekę. Podjął tam pracę jako farmaceuta.
Wiele szczegółów z tego okresu pozostaje nieznanych. Wiadomo, że odnalazł Margot w Berlinie, która wróciła do męża. Być może w nadziei, że do niego wróci, wyznał jej całą prawdę – o służbie w Waffen-SS, o tym, jak trafił do Izraela, oraz o współpracy z egipskimi władzami. Margot nie wróciła, a całą historię przekazała mężowi, który wciąż żywił urazę do dawnego kochanka żony.
To właśnie za jego pośrednictwem wieści o prawdziwym pochodzeniu Schnafta i kontaktach z Egipcjanami dotarły do izraelskich służb – Szin Bet i Mosadu. W izraelskim wywiadzie rozpoczęto dyskusję, co zrobić ze zdrajcą przebywającym we Frankfurcie. Ostatecznie zdecydowano, że powinien zostać jak najszybciej sprowadzony do Izraela i osądzony, choć pojawiały się również głosy, by go po prostu zabić. Dwaj izraelscy dziennikarze specjalizujący się w historii służb wywiadowczych – Eitan Haber i Jos Melman – zwracali uwagę na skalę zainteresowania wywiadu człowiekiem, który w rzeczywistości nie stanowił poważnego zagrożenia.
Jak pisali: „Szkody, jakie Ulrich Schnaft wyrządził interesom Izraela, były minimalne i nieistotne”. Zaznaczali jednak, że decyzje te trzeba rozumieć w kontekście historycznym. Izrael lat 50. był krajem przerażonym, żyjącym w oczekiwaniu na drugą rundę wojny z państwami arabskimi, a Iser Harel, szef wywiadu, traktował każdy akt szpiegostwa i zdrady z równą powagą, nawet jeśli miał niewielkie znaczenie.
W 1955 roku Schnaft nadal mieszkał we Frankfurcie, ale nie był szczęśliwy. Mało zarabiał i popadał w alkoholizm, a wokół niego krążyli agenci Szin Bet. W pewnym momencie sprawę przejął Mosad, odpowiedzialny za całą operację sprowadzenia go do Tel Awiwu. Schnaft miał w Niemczech wielu znajomych, wśród nich Adnana ibn Adnana, attaché wojskowego ambasady Iraku we Francji.
Mężczyźni zaprzyjaźnili się, a Schnaft wyjawił mu część swojej historii, w tym przeszłość w niemieckiej armii. Widząc trudną sytuację finansową znajomego, Adnan zaproponował mu współpracę z irackim wywiadem. Zadanie było jedno – wrócić do Izraela i wynająć mieszkanie w Aszkelonie, skąd miał obserwować i fotografować rozwijającą się infrastrukturę naftową, bo państwa arabskie z niepokojem śledziły informacje o rozpoczynającej się tam wielkiej produkcji ropy. Schnaft początkowo się wahał, obawiając się powrotu do Izraela.
Ostatecznie dał się przekonać, wcześniej negocjując wynagrodzenie i warunki pobytu. W grudniu 1955 roku obaj polecieli do Paryża, gdzie spędzili sylwestra w klubie. Schnaft narzekał przyjacielowi na samotność i topił smutki w alkoholu, a gdy humor mu się poprawił, zaczął nawet opowiadać dowcipy o Żydach. Następnego dnia mężczyźni się rozstali, a Schnaft udał się na paryskie lotnisko Orly, skąd miał lecieć do Izraela.
Pił przed i w trakcie podróży, więc na miejscu był kompletnie pijany. Nie miał pojęcia, że wydarzenia ostatnich tygodni były częścią misternie zaplanowanej pułapki. Rzekomy Irakijczyk Adnan był bowiem agentem izraelskiego wywiadu – Szmuelem Samorią, którego zadaniem było sprowadzenie Schnafta z powrotem do Izraela. Moria wykonał zadanie perfekcyjnie i zdobył ogromne zaufanie Niemca.
„Ulrich był przyjemny i łatwo nawiązałem z nim kontakt. Można było wyczuć, że jest w nim coś ludzkiego” – wspominał później agent, który przeprowadził wiele podobnych operacji. Niemiec wpadł w zastawioną pułapkę. Gdy po przylocie do Tel Awiwu wsiadł do taksówki, do środka weszło dwóch agentów Szin Bet.
Gdy Schnaft zaczął głośno protestować po niemiecku, ujawnili tożsamość i zadali jedno pytanie: „Jak się nazywasz? Ulrich Schnaft czy Gabriel Zisman? “. Niemiec został zatrzymany i przewieziony na przesłuchanie.
Przyznał się do wszystkiego – służby w Waffen-SS, podszywania się pod Żyda, próby przedostania się z Cypru do Izraela oraz współpracy z egipskim wywiadem. Ukrył jednak kontakty z rzekomym irackim przyjacielem, prawdopodobnie nie zdając sobie sprawy, że to on stał za sprowadzeniem go do Izraela, ale też nie chcąc przyznać, że po raz kolejny zamierzał działać przeciwko temu państwu. Proces Schnafta odbył się za zamkniętymi drzwiami w sądzie okręgowym w Tel Awiwie. Został skazany na siedem lat więzienia za zdradę i osadzony w zakładzie karnym w Ramli.
18 kwietnia 1958 roku izraelski dziennik „Maariv” opublikował pierwszy artykuł poświęcony jego historii, zatytułowany „Oficer rezerwy skazany na więzienie za szpiegostwo”. W więzieniu Schnaft nie sprawiał problemów i zgłębiał wiarę żydowską. Po pięciu latach komisja ds. zwolnień warunkowych postanowiła skrócić mu wyrok.
W 1961 roku wyszedł na wolność, ale zaraz po opuszczeniu bram więzienia został przewieziony na lotnisko, a stamtąd samolotem do Europy, a następnie pociągiem do Frankfurtu. Otrzymał zakaz powrotu do Izraela. Gdy lata później pojawiły się oskarżenia, że cała operacja była mocno przesadzona, a sam Schnaft nie stanowił poważnego zagrożenia dla Izraela, były agent Mosadu odpowiedział: „Jako ktoś urodzony w Iraku, znający lokalny język i zwyczaje, działający tam w ukryciu, naturalne było powierzenie mi tej misji. Może być to dziś trudne do zrozumienia, ale w tamtym czasie chcieliśmy zrobić coś, co odbije się szerokim echem i wzbudzi strach.
Chcieliśmy utwierdzić przekonanie, że nasze ramię wywiadowcze jest długie i sięga każdego zakątka globu. Nazwa tej operacji, Operacja Hokan, czyli lewatywa, nie była przypadkowa. To były czasy, gdy kryptonimów nie wybierał komputer, lecz ludzie bezpośrednio zaangażowani w przygotowania. Uznaliśmy, że jeśli nam się uda, zrobimy Ulrichowi Schnaftowi dobrą lewatywę, nauczkę, która go czegoś nauczy, a przy okazji odstraszy innych od podobnych pomysłów”.
Od tego czasu niewiele wiadomo o losach człowieka, który służył najpierw w Waffen-SS, a później w izraelskiej armii. Ostatnim znanym śladem jest list, który napisał do izraelskiej służby bezpieczeństwa z prośbą – „Pozwólcie mi zacząć nowe życie”. Prawdopodobnie nigdy nie otrzymał zgody na ponowny wjazd do Izraela. Informacje o jego dalszych losach są pełne sprzeczności.
Pojawiały się doniesienia, że nadal uważał się za Żyda, poślubił żydowską kobietę i wychowywał dzieci w wierze żydowskiej. Inne doniesienia prasowe głosiły z kolei, że został pastorem luterańskim i jako wielki zwolennik Izraela dwukrotnie odwiedził to państwo, w tym Ścianę Płaczu. Gdy dziennikarze zainteresowali się jego historią, miał prosić media o pozostawienie go w spokoju. Żadna z tych informacji nie może być jednak uznana za pewną.
Izraelskie media konsekwentnie podawały, że Ulrich Schnaft zmarł 1 listopada 2013 roku. Dla izraelskich służb wywiadowczych historia Schnafta była mieszanką wstydu i sukcesu. Pokazała, jak łatwo w chaosie pierwszych lat istnienia Izraela człowiek z całkowicie fałszywą przeszłością mógł przeniknąć do armii i zostać oficerem. Dowiodła też, jak daleko gotowe były izraelskie służby, by odnaleźć takiego człowieka, sprowadzić go z powrotem i osądzić.
Jedno pozostało zagadką nawet dla agenta, który go schwytał. „Jak to możliwe, że przez te wszystkie lata kontaktów z Żydami nikt nie zauważył, dlaczego nie jest obrzezany? ” – zastanawiał się lata później Szmuel Moria.
Historia Ulricha Schnafta wciąż pozostawia wiele luk, a to, kim czuł się u kresu życia – Izraelczykiem, Żydem, zdrajcą, czy po prostu człowiekiem, który przez lata przybierał kolejne tożsamości, aż sam zgubił tę prawdziwą – pozostaje tajemnicą.