Masakra w okopach Wielkiej Wojny

Masakra w okopach Wielkiej Wojny

I wojna światowa na froncie zachodnim od początku przebiegała inaczej, niż zakładali dowódcy. Zamiast błyskawicznej wojny manewrowej, już jesienią 1914 roku przekształciła się w krwawą wojnę pozycyjną, która na niemal cztery lata pogrzebała miliony żołnierzy w systemach okopów ciągnących się od wybrzeży Morza Północnego po Szwajcarię. Historyk Nick Lloyd, autor książki „Zachodni front”, zwraca uwagę, że Wielka Brytania i Francja nie miały innego wyjścia, jak atakować. Każda kolejna ofensywa była większa od poprzedniej, angażowano w nią coraz więcej żołnierzy i nowoczesnej techniki, ale efekt pozostawał ten sam – ogromna danina krwi i zaledwie kilkaset metrów zdobytego terenu.

Thumbnail

Życie w okopach było koszmarem, który odbierał ludziom zdrowie i człowieczeństwo. Żołnierze przez wiele dni nie zdejmowali mundurów ani butów, a wszechobecne błoto, wilgoć i zimno sprzyjały chorobom. Jednym z największych utrapień były wszy, które pojawiały się już po dwóch, trzech tygodniach na froncie i doprowadzały do rozpaczy nieustannym swędzeniem. Szeregowy Clifford wspominał, że jedynym sposobem na pozbycie się pasożytów było przesuwanie płomienia świeczki wzdłuż szwów bielizny, słychać było przy tym cichy trzask pękających jaj.

Widział ludzi, którzy zdzierali sobie skórę na plecach do żywego mięsa, tak strasznie się drapali. Jeszcze większą odrazę budziły szczury. Jak wspominał jeden z brytyjskich żołnierzy, były tak wielkie, że można by je zaprząc do wozu i rozwiozłyby mleko po okolicy. Francuski żołnierz opisywał, jak każdej nocy walczył ze szczurami przez kołdrę, a bestie wracały natychmiast po zgaszeniu lampki, w coraz większej liczbie.

Jesienią podczas długotrwałych opadów okopy zamieniały się w grzęzawiska. Brytyjski strzelec Henry Williamson wspominał, że pod Ipr okop o głębokości około dwóch metrów błyskawicznie wypełnił się błotem, a pół metra pod jego dnem znajdowały się wody gruntowe. Żołnierze brodzili w mętnej mazi, a niektórzy osuwali się, wpadali do wody i tonęli – ich ciała było czuć pod nogami. Wilgoć i błoto prowadziły do rozwoju tak zwanej stopy okopowej.

Choroba zaczynała się od drętwienia i swędzenia, potem pojawiał się obrzęk, skóra zmieniała kolor i wydzielała zapach rozkładu. Nieleczona prowadziła do martwicy, a w najcięższych przypadkach kończyła się amputacją. Śmierć była wszechobecna. Na ziemi niczyjej, pasie ziemi między okopami, leżały ciała poległych, których nie można było ewakuować ani pochować bez narażania się na ostrzał.

Żołnierze atakujący kolejne pozycje często musieli przebiegać obok zwłok, a niekiedy wręcz po nich. Kapral Edward Glendening, wspominając bitwę pod Loos, opisywał, że pole bitwy wyglądało jak stado owiec śpiących gęsto na pastwisku – tak gęsto leżały ciała żołnierzy. Ranni łapali go za nogi, błagając o wodę, ale współczucie musiało ustąpić dyscyplinie: „Dalej, dalej, bo zginiemy na ziemi niczyjej”. Jednym z najbardziej przerażających doświadczeń był ostrzał artyleryjski, który potrafił trwać nieprzerwanie wiele godzin, a nawet dni.

Żołnierz Henry Stanley Davis wspominał, że człowiek jest wtedy bezradny i może tylko tkwić w okopie, czekając na swój los. Widział Niemca wyrzuconego wysoko w powietrze pośród masy innych szczątków, fruwały ręce i nogi. Gdy ostrzał był szczególnie intensywny, ściany okopów obsuwały się, a ziemia przysypywała ludzi żywcem. Inni ginęli od odłamków lub bezpośrednich trafień.

Ci, którzy przeżyli, często nie byli w stanie rozpoznać terenu, na którym jeszcze chwilę wcześniej walczyli. 22 kwietnia 1915 roku, krótko po godzinie 17:00, pod Ipr doszło do wydarzenia, które zapoczątkowało nowy etap wojny. Niemcy odkręcili zawory tysięcy stalowych butli, uwalniając około 168 ton chloru. Żółto-zielona chmura trującego gazu powoli przesuwała się w stronę alianckich okopów.

Żołnierzom zaczynały łzawić oczy, pojawiał się kaszel, pieczenie gardła i nosa, a każdy oddech stawał się coraz większym wysiłkiem. Ludzie dusili się i uciekali we wszystkich kierunkach, rozrywali mundury, tarzali się po ziemi, pluli krwią. Tego dnia od gazu zginęło około tysiąca żołnierzy, a dziesięć tysięcy zostało zatrutych. Niemcy, którzy ruszyli za chmurą gazu, zastawali okopy opuszczone lub wypełnione ciałami.

Jak wspominał jeden z nich, natarcie odbyło się w bezgłośnym pochodzie, bez strat własnych. Z czasem żołnierze otrzymali maski przeciwgazowe, ale od tej pory musieli być gotowi założyć je w ciągu kilku sekund, często pod ostrzałem i w środku nocy. Piekło wojny prędzej czy później musiało obudzić bunt. Do jednego z najpoważniejszych doszło we francuskiej armii w 1917 roku, kiedy to objął aż 54 dywizje, czyli niemal połowę francuskich sił na froncie zachodnim.

Żołnierze odmawiali udziału w ćwiczeniach i natarciach, śpiewali Międzynarodówkę i wznosili hasła przeciwko dalszemu prowadzeniu wojny. Dowództwo nakazało surowo ukarać przywódców buntu. Wydano ponad sto wyroków śmierci, ale wykonano nieco ponad dwadzieścia. Nowy głównodowodzący Philippe Pétain zdawał sobie sprawę, że samymi karami nie opanuje kryzysu, więc poprawił wyżywienie i warunki bytowe żołnierzy oraz ograniczył kosztowne ofensywy.

Nastroje stopniowo się poprawiły, a bunt wygasł. Dla wielu żołnierzy jedynym sposobem na opuszczenie frontu wydawała się dezercja, za którą groziła kara śmierci. Inni decydowali się na samookaleczenie. Szczególnie dramatyczne relacje pochodzą z bitwy pod Verdun, która trwała niemal dziesięć miesięcy i pochłonęła około 700 tysięcy zabitych, rannych i zaginionych.

Niektórzy wystawiali rękę ponad krawędź okopu, czekając, aż snajper w nią strzeli. Inni świadomie detonowali trzymany w dłoni granat, chroniąc się osłoną przeciwpancerną, co urywało rękę lub całe przedramię. Zdarzało się również, że żołnierze płacili kolegom za postrzelenie ich w stopę, a Gabriel Chevallier pisał, że wielu zgodziłoby się nawet na amputację, byle tylko opuścić pierwszą linię. Nie wszyscy wybierali tak drastyczne rozwiązania.

Kapitan Graham Greenwell wspominał szeregowego, który walczył od początku wojny i nie był w stanie wyjść na apel z powodu poważnego załamania nerwowego. Lekarz stwierdził jednak, że nic nie stoi na przeszkodzie, by się stawił. Jeszcze tego samego ranka chłopak odebrał sobie życie. Wiosną i latem 1918 roku wojna okopowa zaczęła ustępować miejsca wojnie manewrowej.

Kluczowa była ofensywa stu dni pod dowództwem Ferdinanda Focha, która przechyliła szalę zwycięstwa na stronę aliantów. 11 listopada działania wojenne dobiegły końca, a żołnierze wrócili do domów. Dla wielu z nich wojna nigdy się jednak nie skończyła. Wspomnienia okopów, huk artylerii i śmierć towarzyszy pozostały z nimi do końca życia.

Wydawało się, że ludzkość zapłaciła zbyt wysoką cenę, by kiedykolwiek dopuścić do podobnego konfliktu, a jednak minęło zaledwie dwadzieścia lat i Europa ponownie pogrążyła się w wojnie, tym razem jeszcze bardziej brutalnej. Dziś okopów sprzed ponad stu lat prawie już nie widać, większość pochłonęła ziemia, a natura zatarła ślady po dawnych liniach frontu. Pod powierzchnią wciąż spoczywają jednak fragmenty umocnień, niewybuchy i szczątki tych, którzy nigdy nie wrócili do domu.