Smoleńsk 2010 – część 2

Smoleńsk 2010 - część 2

Pierwsze minuty po katastrofie smoleńskiej to obraz chaosu, niedowierzania i informacyjnej lawiny, w której wiadomością nadrzędną stało się jedno: samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim rozbił się przy podejściu do lądowania. Zanim jednak fakt ten dotarł do opinii publicznej, świadkowie na lotnisku w Smoleńsku musieli sami zrozumieć, co się wydarzyło. O godzinie 8:41 załoga Jaka-40, która wcześniej wylądowała w Smoleńsku, usłyszała charakterystyczne dźwięki. Dowódca Artur Wosztyl zeznał, że początkowo usłyszał pracę silników Tupolewa na zakresie do lądowania, a następnie nagłe zwiększenie obrotów, po czym nastąpiły trzaski i detonacje.

Thumbnail

Cisza, która zapadła po tych dźwiękach, nie pozostawiała złudzeń – w jego ocenie samolot się rozbił. W tym samym czasie rosyjscy kontrolerzy lotów wpadli w panikę. Zachowane stenogramy pokazują, że wzywając polską załogę do odejścia na drugi krąg, miotali wulgaryzmami i wykrzykiwali pytania o to, gdzie znajduje się maszyna. Atmosferę tamtych chwil oddają fragmenty rozmów, w których słychać zdezorientowanie i chaos w pracy służb.

Jednym z pierwszych Polaków, który zobaczył samolot, był montażysta TVP Sławomir Wiśniewski. Przebywając w hotelu Nowyj, zauważył skrzydło wystające z chmury i usłyszał dziwny dźwięk silników – jakby jeden z nich przerywał i dławił się. Kilka minut przed katastrofą wyłączył jednak kamerę, przez co nie zarejestrował momentu uderzenia. Na płycie lotniska znajdował się ambasador Jerzy Bar.

On huku nie słyszał, ale zauważył nerwowe ruchy Rosjan, którzy – jak to określił – „przysiedli z wrażenia”. Nagły przejazd wozu strażackiego w poprzek lotniska utwierdził go w przekonaniu, że stało się coś poważnego. Razem z Marcinem Wierzchowskim z Kancelarii Prezydenta i kierowcą BOR Gerardem Kwaśniewskim pojechali w kierunku miejsca zdarzenia. To, co zastali, było widokiem z horroru.

Porozbijane części samolotu, zapach nafty, tlący się ogień, wyrwana z ziemi bruzda i zmasakrowane ciała. W wyniku ogromnych przeciążeń ciała pasażerów znalazły się w jednym obszarze wraku, przemieszane z fotelami i ściśnięte w ciasnej przestrzeni. Kwaśniewski chodził między szczątkami, szukając oznak życia, powtarzając z załamanym głosem, że całe przedsięwzięcie od początku było bez sensu. Dariusz Gurczyński z MSZ, który przebywał na lotnisku w namiocie z rosyjską administracją, wykonał serię telefonów.

Najpierw poinformował dyrektora Departamentu Wschodniego Jarosława Bratkiewicza, że z samolotem dzieje się coś bardzo poważnego. Później zadzwonił do dziennikarza Polsatu Wiktora Batera, który czekał na cmentarzu katyńskim. – Prezydent nie przyleci. Samolot miał awarię.

Była katastrofa – miał powiedzieć Gurczyński zdławionym głosem. Bater był pierwszym dziennikarzem, który otrzymał taką informację, choć początkowo nie wiedział, czy może jej wierzyć. Na cmentarzu katyńskim, oddalonym od Smoleńska o 20 kilometrów, większość osób wciąż nie wiedziała o tragedii. Tam docierały jedynie strzępy informacji.

Tadeusz Stachelski, urzędnik MSZ, przekazał Jackowi Sasinowi, że na lotnisku stało się coś złego i samolot prawdopodobnie zjechał z pasa. Chwilę później Sasin odebrał telefon od Marcina Wierzchowskiego, który krzyczał, że wszystko jest rozjebane, samolot jest w strzępach, prezydent nie żyje i wszyscy zginęli. Około godziny 9:00 o tragedii dowiedział się minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Przebywał w swojej leśniczówce pod Bydgoszczą.

Pierwsza informacja mówiła o rozbiciu samolotu bez wybuchu, co minister interpretował jako możliwe lądowanie awaryjne. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że wszyscy na pokładzie zginęli. Premier Donald Tusk spędzał weekend w Gdańsku i początkowo nie odbierał telefonów. Pierwsze oficjalne informacje o katastrofie pojawiły się w mediach dopiero około godziny 9:11, kiedy agencja Reutera podała, że rozbił się samolot z prezydentem na pokładzie.

W polskich mediach przez długi czas panowała wstrzemięźliwość – dziennikarze czekali na potwierdzenie, nie chcąc przekazywać niezweryfikowanych informacji. Dochodziło przy tym do pomyłek, jak w przypadku TVN24, gdzie początkowo błędnie informowano o problemach z lądowaniem Jaka-40 zamiast Tupolewa. Na miejscu tragedii pojawił się operator TVP Sławomir Wiśniewski, który jako pierwszy zarejestrował teren katastrofy amatorską kamerą. Jego materiał wkrótce obiegł świat.

Zanim jednak do tego doszło, Wiśniewski został zatrzymany przez rosyjskie służby. Jak relacjonował, polski dyplomata, który pojawił się na miejscu, miał zalecić Rosjanom aresztowanie go i zniszczenie sprzętu. Wiśniewski twierdził, że był to Grzegorz Cyganowski, drugi sekretarz ambasady w Moskwie, choć przez lata podejrzenia kierowano w stronę Tomasza Turowskiego. Operatorowi udało się przechytrzyć Rosjan – pokazał im czystą taśmę, a tę z nagraniem przekazał inną, pochodzącą z wcześniejszej wizyty Donalda Tuska.

Wśród osób na cmentarzu katyńskim narastał szok. Posłanka Beata Kępa z płaczem miała wykrzykiwać pytanie o wyrok. Antoni Macierewicz nalegał na natychmiastowy powrót do kraju, powtarzając, że nie wiadomo, czy wracają do tej samej Polski. Niektórzy uczestnicy uroczystości szeptali o zamachu, a sędziwi przedstawiciele rodzin katyńskich pytali, czy to prawda, że Rosjanie zestrzelili prezydenta.

Jacek Sasin, który widział miejsce katastrofy na własne oczy, zadzwonił do Andrzeja Dudy. Mówił, że nie ma czego zbierać, że to masakra i że boi się podchodzić do wraku, aby nie podeptać ciał. Duda polecił mu natychmiastowy powrót do Warszawy, argumentując, że Sasin jest najwyższym żyjącym urzędnikiem w Kancelarii Prezydenta. Na miejscu tragedii Rosjanie poprosili Polaków o pomoc w identyfikacji ciał i odczytywaniu dokumentów.

Funkcjonariusze BOR i dyplomaci, w tym Stanisław Łąkiewicz, Wioletta Sobierańska, Justyna Gładyś i Marcin Wierzchowski, zgodzili się na te makabryczne prace. Część z nich po pewnym czasie nie wytrzymała psychicznie i odmówiła udziału, inni czuli się w obowiązku pomagać dalej, chroniąc ciała przed dalszą profanacją. Około godziny 10:00 nastąpiło wydarzenie, które na lata stało się przedmiotem sporów. Szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Edmund Klich otrzymał telefon od mężczyzny przedstawiającego się jako Aleksiej Morozow, przedstawiciel rosyjskiego komitetu śledczego.

Rosjanin zaproponował przyjęcie załącznika 13 do konwencji chicagowskiej jako podstawy prawnej badania katastrofy. Klich przystał na tę propozycję, co później spotkało się z krytyką – część komentatorów uważała, że lepszym rozwiązaniem byłoby zastosowanie konwencji wojskowej lub umowy polsko-rosyjskiej z 1993 roku, które dawałyby Polsce szersze możliwości wpływu na śledztwo. W praktyce Rosja kontrolowała przebieg postępowania, ograniczała udział polskich przedstawicieli i jako pierwsza odsłuchała zapisy czarnych skrzynek, a do Polski trafiły jedynie kopie nagrań. W tym samym czasie prokurator generalny Andrzej Seremet, który pełnił funkcję zaledwie od 11 dni, odebrał telefon od rosyjskiego odpowiednika Jurija Czajki.

Ten poinformował, że śledztwo nadzorują już jego zastępcy, a na miejsce skierowano pięciu prokuratorów z Moskwy. Zadeklarował współpracę, ale faktycznie strona rosyjska przejmowała kontrolę nad postępowaniem. Tuż przed godziną 11:00 w biurze PiS na Nowogrodzkiej zapadła decyzja o wylocie Jarosława Kaczyńskiego do Smoleńska. Prezes partii chciał osobiście zidentyfikować ciało brata.

Poszukiwania prywatnego samolotu i organizacja przelotu przez Białoruś wymagały zaangażowania Joachima Brudzińskiego i Pawła Kowala. Ta decyzja zapoczątkowała lawinę zdarzeń, które na długo wydłużyły ten tragiczny dzień.