10 października 1991 roku, kilka minut po 22:00, na słabo oświetlonym parkingu przy krakowskim Teatrze STU doszło do zbrodni, która na zawsze wpisała się w historię polskiej kultury. Andrzej Zaucha, jeden z najwybitniejszych głosów polskiej muzyki, wychodził właśnie z przedstawienia, w którym grał pana Twardowskiego – szlachcica sprzedającego duszę diabłu. Za nim biegła młoda aktorka z bukietem kwiatów. Obaj nie wiedzieli, że w ciemności czeka mężczyzna z karabinem ukrytym pod torbą.

Padło dziewięć strzałów. Zaucha zginął na miejscu, a aktorka – jego żona, choć nikt nie chciał w to uwierzyć – w ambulatorium. Strzelcem okazał się przyjaciel ofiary, mąż zabitej kobiety, który sam zgłosił się na policję, mówiąc, że jest „demonem zła”. Był to jeden z najbardziej wstrząsających epizodów w historii polskiego show-biznesu.
Andrzej Rudolf Zaucha urodził się 12 stycznia 1949 roku w Krakowie, w dzielnicy Pychowice. Dorastał w rodzinie, w której muzyka była raczej rzemiosłem niż powołaniem – ojciec i wujek grywali na weselach i zabawach, by dorobić do domowego budżetu. Kiedy chłopiec miał osiem lat, ojciec, który nagle zasłabł z powodu bólu zęba, musiał pilnie trafić do lekarza. Tego wieczoru miał grać na zabawie, więc mały Andrzej, ku uciesze starszych muzyków, zasiadł za perkusją i grał z dorosłymi całą noc.
Jak później wspominał, nogi ledwo sięgały mu do pedałów, ale nikt nie narzekał. Od tej nocy regularnie grywał w amatorskich zespołach, a muzyka stała się jego życiem. Mimo że kochał granie, jego pierwszą wielką pasją był sport. Jako nastolatek trenował kajakarstwo i – jak wspominali działacze – był trzyipółkrotnym mistrzem Polski juniorów w tej dyscyplinie.
Uznawano go za kandydata do wyjazdu na igrzyska olimpijskie w Tokio w 1964 roku. Jednak w 1965 roku, gdy miał szesnaście lat, ktoś zaproponował mu grę w zespole Czarty. Zaucha zareagował natychmiast: z dnia na dzień porzucił sport i poświęcił się muzyce. Ta decyzja, podjęta w kilka sekund, była charakterystyczna dla całego jego życia – potrafił iść za impulsem bez wahania, co później zaważyło na jego losie.
W 1966 roku, na krakowskiej dyskotece, poznał Elżbietę, o rok młodszą od siebie. Pobrali się szybko, a Elżbieta stała się jego cieniem, menedżerką i przyjaciółką. To ona organizowała mu życie, decydowała o kontaktach, pilnowała go. Bez niej, jak mówili muzycy, Zaucha nie potrafił funkcjonować.
Po ślubie grał kolejno w zespołach Czarty, Telstar i Jumbo, a w 1971 roku dołączył do Anawy, gdzie zastąpił Marka Grechutę. To było wyróżnienie, ale też ogromne wyzwanie. W latach 1973–1979 wyjechał za granicę – do Niemiec Zachodnich, Austrii i Szwajcarii, gdzie grał w hotelach i klubach dla turystów. Choć z perspektywy polskiej sceny był to krok w tył, to właśnie tam zetknął się z funkiem, soulem i rhythm and bluesem, które przesiąkły go na wskroś.
Po powrocie do kraju w 1980 roku rozpoczął karierę solową i szybko stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w Polsce. Jego barwa głosu, głęboki baryton, była natychmiast rozpoznawalna. Śpiewał jazz z największymi, w tym z Jarosławem Śmietaną i Michałem Urbaniakiem, nagrywał hity popowe, tworzył kabaret. Do tego doszedł głos w polskiej wersji bajki o Gumisiach, który znały wszystkie dzieci.
Ale przełomowy moment nastąpił w 1988 roku podczas Opolskich Premier, gdy zaśpiewał piosenkę „Bądź serca biciem” – utwór, który do dziś nuci cała Polska. Wtedy, u szczytu popularności, wydawało się, że życie mu sprzyja. Miał żonę, córkę Agnieszkę, karierę i plany. Jednak latem 1989 roku Elżbieta zaczęła źle się czuć.
Lekarze wykryli guz w okolicy pnia mózgu. Operacja była możliwa, ale dawała tylko 50 procent szans na przeżycie. Elżbieta odmówiła zabiegu. Zmarła 31 sierpnia 1989 roku, w wieku 39 lat, po 23 latach małżeństwa.
Dla Zauchy śmierć żony była kataklizmem, który zniszczył cały jego świat. Bez Elżbiety, która była dla niego oparciem i organizowała mu życie, Andrzej nie potrafił się pozbierać. Jego przyjaciółka i reżyser Krzysztof Jasiński chciał mu pomóc, pisząc specjalnie dla niego rolę w musicalu „Pan Twardowski” opartym na legendzie o szlachcicu, który sprzedał duszę diabłu. Zaucha długo się wzbraniał, ale ostatecznie zgodził się i zaczął grać w przedstawieniu.
To połączyło go z młodą aktorką Zuzanną Leśniak, która wcielała się w anioła. Zuzanna była o szesnaście lat młodsza od niego, absolwentką krakowskiej PWST, ambitną i pełną życia. Zaucha, złamany po śmierci żony, zakochał się w niej bez pamięci. Zuzanna była żoną francuskiego reżysera Iwo Gulego, który przyjechał do Krakowa, zakochał się w polskiej kulturze i teatrze, nauczył się polskiego i ożenił z Zuzanną.
Gule był mężczyzną, dla którego wierność, miłość i rodzina stanowiły absolutne wartości. Nie podejrzewał, że między jego żoną a przyjacielem – Zauchą – rodzi się uczucie. Latem 1991 roku Zuzanna, nie wiedząc, jak wyznać mężowi prawdę, celowo zaprosiła Zauchę do domu, wiedząc, że Gule wróci wcześniej i zastanie ich razem. Tak też się stało.
Gule, widząc żonę w łóżku z przyjacielem, powiedział wtedy do Zauchy: „Nie mam czasu na rozliczenia, ale będę musiał cię zabić”. Zaucha potraktował te słowa jako emocjonalną groźbę, sądząc, że Gule się uspokoi. Gule nie zapomniał. Przez kolejne miesiące przygotowywał się do zabójstwa – zdobył karabin i cztery magazynki amunicji.
10 października 1991 roku, gdy w Teatrze STU grano „Pana Twardowskiego”, Gule czekał na parkingu. Kiedy Zaucha po spektaklu wychodził z teatru, Gule wysiadł z samochodu, podszedł i odepchnął biegnącą z kwiatami Zuzannę, która zapytała: „Co chcesz mu zrobić? ” – nie doczekała się odpowiedzi. Gule strzelał z biodra, bez składania się do strzału.
Po drugim lub trzecim strzale Zaucha upadł, a Gule dobił go leżącego. Wtedy usłyszał za sobą ciche słowo: „Jezus”. To Zuzanna, która chciała zasłonić ukochanego, dostała śmiertelny postrzał. Zmarła w karetce.
Zaucha zginął na miejscu. Gule odjechał, ale nie uciekał – sam zgłosił się na policję, oświadczając: „Jestem demonem zła opętanym żądzą zemsty”. Śmierć Zauchy i Zuzanny wstrząsnęła całym krajem. Nagłówki prasowe, reportaże telewizyjne, dyskusje – to wszystko spadło na 17-letnią córkę Zauchy, Agnieszkę, która dwa lata wcześniej straciła matkę, a teraz ojca.
Jak sama mówiła, aby nie zwariować, wyparła emocje i otoczyła się „atmosferą sensacji”, bo jej tragedia stała się medialnym tematem. Pogrzeb Zauchy odbył się 16 października 1991 roku na cmentarzu Batowickim w Krakowie, gdzie pochowano go obok żony. W 1992 roku prokuratura oskarżyła Gulego o zabójstwo z premedytacją i nieumyślne spowodowanie śmierci żony. Prokurator zażądał 25 lat więzienia.
Sąd skazał go na 15 lat. W uzasadnieniu wyroku padły słowa o „wysokiej kulturze osobistej”, „wrażliwości na sprawy ludzkie” i „miłości oraz wierności” jako kryteriach postępowania oskarżonego. Wyrok ten wywołał ogromne kontrowersje – wielu uważało, że to zbyt łagodna kara za odebranie życia dwóm osobom. Gule w więzieniu nie zaprzeczał swojej winie.
Przez lata odrzucał wnioski o ułaskawienie, mówiąc, że chce odpokutować za swoją zbrodnię. W tym czasie, za zgodą władz więziennych, pracował zawodowo, przekazując całe zarobki na konto córki Zauchy. Współtworzył w zakładzie karnym studio filmowe, w którym powstały krótkometrażowe filmy nagradzane na ogólnopolskich festiwalach, uczył więźniów języków obcych i ukończył studia romanistyczne. Dopiero w 2002 roku sam poprosił o ułaskawienie, a w 2005 roku sąd penitencjarny w Warszawie warunkowo go zwolnił.
Wyszedł na wolność przed końcem kary, choć gdyby jej nie skrócono, opuściłby więzienie dokładnie 10 października 2006 roku – w piętnastą rocznicę strzelaniny. Gule nie wrócił do Francji. Zmienił nazwisko na Ivo Cardel i pozostał w Polsce, pracując jako scenarzysta i konsultant przy produkcjach telewizyjnych i filmowych. Współtworzył scenariusz popularnego filmu „Kret”, doradzał przy serialach „Kryminalni” i „Leśniczówka”.
Ma syna. W wywiadzie udzielonym w 2021 roku, w którym jego twarz była zamazana, a głos przeczytany, mówił, że chciałby cofnąć czas, że nie czuje się ofiarą, a wyrok 15 lat więzienia uważa za „niską, symboliczną karę”. Mówił też, że przekazał córce Zauchy część pieniędzy ze sprzedaży krakowskiego mieszkania. Agnieszka Zaucha, która straciła oboje rodziców przed osiemnastymi urodzinami, po latach przyznała, że aby przetrwać, musiała stłumić emocje.
Poświęciła się sztuce i poszła własną drogą, nie próbując naśladować ojca. Po śmierci Zauchy ukazała się jego ostatnia płyta, która nosi tytuł brzmiący jak epitafium. Mimo upływu ponad 30 lat od tragicznej nocy na parkingu, jego głos wciąż jest obecny w polskiej kulturze. „Bądź serca biciem” wciąż grana jest w radiu, na weselach i w domach, a kolejne pokolenia, nawet te urodzone po jego śmierci, znają ten utwór.
Andrzej Zaucha, urodzony 12 stycznia 1949 roku, zmarły 10 października 1991 roku, pozostał jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów polskiej sceny muzycznej. Jego historia – o talencie, miłości, zdradzie i zemście – stanowi jednocześnie przestrogę i dowód na to, że czasem życie pisze scenariusze bardziej dramatyczne niż jakakolwiek fikcja.