Wielkanoc’39 – Święta pełne napięć

Wielkanoc'39 - Święta pełne napięć

W 1939 roku Wielkanoc przypadła na 9 i 10 kwietnia i były to ostatnie święta wielkanocne przed wybuchem wojny. Polacy spędzali je w atmosferze narastającego napięcia międzynarodowego, które z każdym dniem coraz bardziej przypominało o zbliżającej się katastrofie. Zaledwie miesiąc wcześniej zlikwidowane zostało państwo czechosłowackie, a hitlerowskie wojska wkroczyły do litewskiej Kłajpedy. Niemcy wzmacniali jednocześnie żądania wobec Polski: domagali się zgody na włączenie Gdańska do Rzeszy, budowy eksterytorialnej autostrady łączącej Niemcy z Prusami Wschodnimi oraz zawarcia układu skierowanego przeciwko ZSRR.

Thumbnail

Polska kategorycznie odmówiła już podczas styczniowej wizyty Joachima von Ribbentropa w Warszawie. Napięcie sięgnęło zenitu, gdy polski minister spraw zagranicznych Józef Beck 2 kwietnia, dokładnie w Niedzielę Palmową, udał się do Londynu. Trzy dni przed Wielkanocą oficjalnie przyjął brytyjskie gwarancje na wypadek wojny z Niemcami. Hitlera ta wiadomość doprowadziła do wściekłości.

„Zgotuję im za to diabelski napój” – miał cedzić dyktator, gdy dowiedział się o polsko-brytyjskim porozumieniu. W Berlinie uznano, że jedynym rozwiązaniem sporu z Polską będzie wojna. Świąteczna gorączka w Polsce zaczynała się na dobre w Wielki Czwartek. Większość Polaków poświęcała ten dzień na porządki domowe, zakupy i udział w nabożeństwach Wielkiego Tygodnia.

W Wielką Sobotę w całym kraju było pochmurno i mglisto, a temperatura maksymalna wynosiła 10 stopni. W samą Niedzielę Wielkanocną było już słonecznie, choć chłodno. W Poniedziałek Wielkanocny temperatura gdzieniegdzie nieznacznie wzrosła – dawała się odczuć trwająca wiosna. Pisarka Maria Dąbrowska spacerowała w świąteczny poniedziałek po Łazienkach Królewskich.

„Na dworze dosyć zimno, pomimo słońca. Rano w Łazienkach, gdzie chwyciliśmy cudny moment, kiedy wszystko pąkami rozbłyskane jak miriadami gwiazd, a trawa aż pali się jaskrawą zielenią” – zanotowała. Podobnie jak w przypadku Bożego Narodzenia, Wielkanoc nabierała wówczas patriotycznego charakteru. Publikowane w prasie życzenia przeplatały się z hasłami patriotycznymi.

W 1939 roku jak nigdy wcześniej wracano wspomnieniami do świąt z 1919 roku, z czasów wojny polsko-bolszewickiej i zajęcia Wilna. Chętnie odwoływano się do historii w sposób metaforyczny – święta Wielkiej Nocy zespalano ze „z martwychwstaniem Polski”. Mimo że pogoda w miarę dopisywała, a święta obchodzono równie hucznie co zawsze, z tyłu głowy Polacy mieli rosnące napięcia polityczne. Nagłówki prasowe zdominowała wizyta Józefa Becka w Londynie i podpisanie porozumienia Polski z Wielką Brytanią przeciwko Hitlerowi.

7 kwietnia pojawiły się kolejne złowrogie komunikaty o inwazji Włoch na Albanię. Świat, który narodził się po Wielkiej Wojnie, powoli zaczynał się rozpadać w obliczu coraz bardziej agresywnej polityki państw totalitarnych. Ludzie starali się odsunąć od siebie troski na czas świąt, ale nie było to łatwe. W całym kraju od 5 kwietnia do 5 maja trwała akcja subskrypcji Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej.

Miała ona na celu rozbudowę lotnictwa wojskowego oraz artylerii przeciwlotniczej. Nazwiska najhojniejszych wpłacających publikowano w prasie. Jeden z publicystów apelował wręcz, by w tym roku powstrzymać się od przesadnego obżarstwa świątecznego – „mazurki i placki przekuć na obronę przeciwlotniczą”, co miało nawiązywać do niemieckiego sloganu „armaty zamiast masła”. Łącznie w ramach akcji uzbierano aż 400 milionów złotych.

W same święta, 9 kwietnia, na pierwszej stronie „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” ukazał się tekst oddający powagę tamtych dni: „Po dniach żałoby i ciemności radosne alleluja zabiły w serca dzwonów. Płynie przez Polskę ich melodia mówiąca nam, że wesoły dzień nastał. To dzień naprawdę wesoły. Po wielu latach znowu wszyscy poczuliśmy się braćmi.

Zjednoczyła nas wspólna świadomość wspólnego dobra, którego nie zaprzepaścimy. W hymn nasz nigdy nie zakradnie się nuta zdrady, nuta targowicy. To już należy do dalekiej przeszłości. Teraźniejszość jest czysta.

Płyniemy spokojnie na pokładzie okrętu Rzeczypospolitej ku jasnej przyszłości. Niech biją fale o jego burty. Załoga jest dobra. Nie opuści okrętu nawet w chwili największego niebezpieczeństwa”.

Jednak nie wszystkim brakowało realizmu. W wielkanocnym wydaniu kobiecego magazynu „Bluszcz” pisarka Zofia Kunicka pisała w tonie, jakby kres pokoju był już przesądzony. „Społeczeństwu Europy było dane 20 lat spokoju. Pauza wytchnienia, obrachunków, rekonstrukcji.

Upadek Czech jest wymownym i dramatycznym przykładem lekcji historii. W Polsce wszyscy przeżyli jesień 1938 roku, dni za Olzą i teraz przeżywają podobny moment, rewizję przeszłości pod grozą chmur i błyskawic jutra. Każdy zapytuje: co zrobiłem, co mogłem zrobić” – pisała. Wewnątrz kraju sytuacja również nie była najlepsza.

5 kwietnia, cztery dni przed Wielkanocą, odbył się pogrzeb Walerego Sławka, najbliższego współpracownika Józefa Piłsudskiego. Oficjalna wersja mówiła o samobójstwie, ale już wtedy podawano ją w wątpliwość. Dociekano, czy ktoś nie zmusił Sławka do odebrania sobie życia. Maria Dąbrowska notowała w dzienniku wszystkie teorie, plotki i spekulacje.

„Jest kilka możliwości tej tragedii. Sławek był jednym z twórców systemu sanacji. Albo przejrzał w ostatniej chwili i ujrzał, że popełnionych błędów nie da się już naprawić, albo zagroził swoim kolegom jakimiś rewelacjami, a oni wtedy zmusili go do samobójstwa lub sami uśmiercili. Podobno jednak ostatnimi czasy był zrozpaczony czarnymi perspektywami stojącymi przed Polską wobec zarysowującej się możliwości wojny” – pisała.

W Wielką Sobotę z obozu w Berezie Kartuskiej zwolniony został redaktor „Słowa” Stanisław Cat-Mackiewicz, niepokorny dziennikarz, który po mękach w obozie publicznie oznajmił, że tymczasowo zaprzestaje działalności publicystycznej. Wyzwaniem dla sanacyjnych władz był natomiast powrót do kraju Wincentego Witosa, zasłużonego dla niepodległości działacza PSL. Witos uciekł w 1933 roku do Czechosłowacji, gdyż władze chciały go aresztować za działalność opozycyjną. Do kraju wrócił 31 marca, a powodem powrotu było zajęcie Pragi przez Niemców oraz utworzenie protektoratu Czech i Moraw.

Po przekroczeniu granicy stawił się w krakowskiej prokuraturze. Natychmiast go aresztowano, ale w więzieniu spędził tylko trzy dni – wyrok mu zawieszono i święta wielkanocne mógł spędzić na wolności. Mimo niepokojów Polacy nie rezygnowali z rozrywek. 9 kwietnia do kin wszedł nowy film „Doktor Murek” – romans będący ekranizacją książki Tadeusza Dołęgi-Mostowicza.

W filmie wystąpiła plejada polskich gwiazd. U boku grającego główną rolę Franciszka Brodniewicza zagrały Nora Ney i Mieczysława Ćwiklińska. Pojawiły się też wschodzące gwiazdy polskiego kina – dwudziestokilkuletnie Jadwiga Andrzejewska i Janina Wilczówna. W Warszawie otwarto także wystawę węgierską, na której w Muzeum Narodowym prezentowano dzieła sztuki sakralnej.

Motywem przewodnim było zmartwychwstanie Chrystusa. Przed świętami w stolicy miało miejsce kilkanaście pokazów mody, a wiosenna moda zdominowała damskie czasopisma. Ciekawie zapowiadały się wydarzenia sportowe. Cały kraj wyczekiwał wielkanocnych meczów piłkarskich krakowskiej Wisły i Cracovii z węgierskim Elektromosem Budapeszt.

W okresie świąt odbyły się też jedne z ostatnich zawodów sportowych w Polsce, na których pojawili się zawodnicy z Niemiec. W Poznaniu niemieccy bokserzy juniorzy mierzyli się z młodymi polskimi pięściarzami. Niemcy byli też obecni na świątecznych zawodach w Zakopanem, ale z powodu narastających napięć takie inicjatywy powoli zanikały. Tylko nieliczne przedsiębiorstwa zdecydowały się na komercyjne wykorzystanie świąt.

Reklam świątecznych podarunków było niewiele, dominowały reklamy piwa i innych alkoholi. Największe organy prasowe przygotowywały na 9 kwietnia wydania specjalne o zwiększonej objętości. Zakłady pracy i stowarzyszenia organizowały świąteczne przyjęcia dla pracowników. W okresie świątecznym dochodziło też do różnych incydentów.

W Wilnie na ulicy Nowogródzkiej zapadł się balkon w jednej z kamienic. Policja miała ręce pełne roboty z powodu pijanych awanturników na przedmieściach. Makabryczny przypadek miał miejsce w Chryplinie koło Stanisławowa, gdzie niejaki Mikołaj Szykman zabił siekierą żonę i synową. Napastnik zaraz po tym wdał się w awanturę z mieszkańcami wsi, a jeden z nich uderzył furiata w taki sposób, że zabił go na miejscu.

We wsi Sobieszczyce na wschodzie kraju po wyjściu z więzienia znany kryminalista Marko Romańczuk w zemście na mieszkańcach, którzy oddali go w ręce policji, spalił pół wsi, niszcząc kilkadziesiąt gospodarstw. Gdy na miejscu pojawiła się straż pożarna i policja, Romańczuk zabarykadował się w jednym z budynków i wdał się w strzelaninę, w wyniku której został zastrzelony. Przed świętami panował wzmożony ruch pociągów, dlatego dzienniki publikowały instrukcje poświęcone tej formie komunikacji. Radio transmitowało odezwę do kolejarzy autorstwa ministra komunikacji pułkownika Juliusza Ulrycha.

Minister chwalił się w niej, że przed świętami aż 18 tysięcy pracowników kolei otrzymało awanse. Skutki ostrej zimy z 1938 roku nadal były odczuwalne i wciąż prowadzono zbiórki w ramach pomocy zimowej dla najuboższych. Niedziela Palmowa była jednym z ważniejszych przedświątecznych wydarzeń. Ludzie przynosili do kościoła wiązki udekorowanych bazi wierzbowych, nie brakowało też spektakularnych, dwumetrowych dekoracji.

Później Polacy umieszczali palemki wśród świętych obrazków lub wieszali je pod sufitem. Zwyczaje wielkanocne były zróżnicowane regionalnie, niekiedy dość osobliwe. W Pruchniku organizowano swoisty „sąd nad Judaszem” – zwyczaj, który przetrwał do dziś i polega na obijaniu kijami kukły zdrajcy Chrystusa. W drugi dzień świąt w wielu miastach, jak chociażby w Krakowie, organizowano Emaus.

Po całodniowym obżarstwie krakowianie udawali się spacerem na odpust, gdzie mogli nie tylko zakupić tradycyjne produkty, ale też biesiadować pod gołym niebem. Na Wileńszczyźnie zwyczaje wielkanocne mieszały się z tradycjami pogańskimi. Panowało tam mnóstwo przesądów – wierzono, że poświęcone bazie odpędzają złe duchy, a chory, który wykąpie się w rzece o wschodzie słońca w Wielki Czwartek, pozbędzie się wszystkich dolegliwości. Ludność wiejska we wschodniej części kraju dużą wagę przywiązywała do poświęconego ognia rozpalonego przed kościołem w Wielką Sobotę.

Ogień ten przynoszono do domu i podpalano nim kolejne świece. Zdarzały się domostwa, gdzie taki „żywy, święty ogień” palił się przez cały rok. Symbolami Wielkanocy, podobnie jak dziś, były jajka, pisanki, zajączek wielkanocny oraz baranek. Kluczowym dniem przygotowań był Wielki Czwartek, w niektórych regionach zwany „czystym czwartkiem” ze względu na intensywne sprzątanie domostw.

W Wielką Sobotę święcono pokarmy i malowano pisanki. Rezurekcje odbywały się albo wieczorem w Wielką Sobotę, albo w niedzielę rano. Niedziela była najważniejszym dniem świąt – dniem celebracji Zmartwychwstania Pańskiego. Po rezurekcji rodzina dzieliła się symbolicznym jajkiem i zasiadała do świątecznego śniadania.

Na polskich stołach prym wiódł przede wszystkim mazurek. W przepisach kulinarnych z 1939 roku można zauważyć sporą liczbę jego rodzajów – mazurek czekoladowy, marcepanowy, cytrynowy lub z orzechów. Serwowano też baby wielkanocne, strucle oraz torty biszkoptowe. Poza słodkościami podawano bulion z jajkiem, ziemniaki z szynką, pieczone prosię, jajka faszerowane na zimno oraz dania z ryb – od sałatek po kotlety.

Nieodzowna była także kiełbasa, którą w tamtych latach Polacy spożywali zaledwie kilka razy w roku. Poeta Antoni Kucharczyk pisał: „Kiełbasa czysto wieprzowa to najpiękniejszy, najsmaczniejszy kosmopolityczny wynalazek gastronomiczny dla ludzkości całego świata”. Do dań chętnie podawano sos majonezowy lub chrzanowy, a na stole nie mogło zabraknąć migdałów i rodzynek. Drugi dzień świąt to przede wszystkim lany poniedziałek.

Tradycję oblewania się wodą obchodzono w Polsce od wieków, zwłaszcza na wsiach. Obyczaj bywał nadgorliwie praktykowany. „Śmigus na wsi stanowi nieprzebrane źródło uciechy. W dawnych czasach zabawy te nierzadko kończyły się tragicznie.

Często bowiem niewinne oblewanie wodą kończyło się krwawą bójką” – pisała jedna z krakowskich gazet. Oblewano się wodą z wiader lub strzykawek. Do ryzykownych zabaw należało oblewanie ludzi wodą z kubłów wylewanych z dachów budynków lub przymusowa kąpiel w stawie, a nawet w morzu. Szczególną wagę do lanego poniedziałku przywiązywały młode dziewczęta.

„Biada tej, która nie została oblana. Zdarza się bowiem, że sucha w dniu śmigusa dziewczyna topi się z rozpaczy w rzece” – pisała publicystka Wanda Śliwińska. Święta, mimo napięć międzynarodowych, minęły dosyć spokojnie. Ale może to tylko pozory.

O spokojnych świętach co najwyżej mógł pomarzyć szef polskiej dyplomacji Józef Beck, który wrócił do Warszawy w przeddzień świąt, 8 kwietnia, już po podpisaniu historycznego porozumienia z Londynem. Rankiem w Wielką Sobotę jego pociąg zatrzymał się na dworcu w Berlinie. Beck ujrzał dworzec obstawiony niemiecką policją. Celem tego zabiegu miało być wywarcie wrażenia, że policja musi siłą powstrzymywać wściekłych berlińczyków, którzy – w reakcji na układ Polski z Anglią – mogliby doprowadzić do incydentów podczas przejazdu.

Na dworcu zamiast Ribbentropa czekała na Becka jedynie szefa niemieckiego protokołu dyplomatycznego baron von Dörnberg. Obaj zamienili kilka nic nieznaczących zdań, po czym pociąg ruszył w dalszą drogę do Warszawy. Polski minister zdawał sobie sprawę, jaką wściekłość obudził w Niemcach sojusz z Anglią. Niemieckie gazety już dzień wcześniej grzmiały złowrogimi nagłówkami ostrzegającymi Polskę.

Zaraz po powrocie Beck chciał zapewne załagodzić nastroje, gdy zaproponował niemieckiej ambasadzie w Warszawie chęć spotkania z ambasadorem Hansem Adolfem von Moltke. Polski minister dał nawet do zrozumienia, że aby spotkać się z ambasadorem, jest w stanie przełożyć swój świąteczny odpoczynek. Ale niemieckiego dyplomaty w Warszawie już nie było – na czas świąt Moltke udał się do swojego majątku na niemieckim Śląsku. Sprawę natychmiast przechwycił Ribbentrop, który w zimnym tonie dał Beckowi do zrozumienia, że ambasador jest teraz na urlopie, a jeżeli minister ma coś pilnego do przekazania, niech skontaktuje się z Rudolfem von Scheliha, jednym z podrzędnych pracowników ambasady.

Beck uznał tę wiadomość za osobistą zniewagę. We wtorek po świętach Polacy wrócili do codziennych obowiązków. Napięcia jednak nie ustawały. Około tydzień później Niemcy zorganizowali potężną militarną manifestację z okazji 50.

urodzin Adolfa Hitlera. 28 kwietnia niemiecki dyktator wypowiedział polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy. Ostatnia Wielkanoc przed wojną minęła, a Europa nieuchronnie zmierzała ku katastrofie.