Nocą z 4 na 5 sierpnia 1987 roku w Zabrzu, w budynku pierwotnie przeznaczonym na szpital psychiatryczny, a przerobionym na ośrodek kardiologii, zapadła cisza po wielogodzinnej operacji. Na krześle przy stole operacyjnym siedział mężczyzna w zielonym fartuchu. Nie spał od ponad doby i wpatrywał się w monitor. W rogu sali, na podłodze, spał ze zmęczenia inny lekarz.

To zdjęcie wykonał amerykański fotograf James Stanfield. Ukazało się w „National Geographic” w styczniu 1988 roku i zostało uznane za fotografię roku, a kilkanaście lat później magazyn umieścił je wśród najważniejszych zdjęć w swojej historii. Siedzącym przy stole człowiekiem był Zbigniew Religa, ten sam, który niecałe dwa lata wcześniej przeprowadził pierwszy w Polsce udany przeszczep serca. Z tą fotografią wiążą się jednak sprawy, o których nie mówi się w podręcznikach.
Do dziś nie ma pełnej pewności, kto leżał wtedy na stole operacyjnym. Najbliższy współpracownik Religi twierdził po latach, że to nie ten pacjent, o którym wszyscy myślą. Sam Religa uważał inaczej. Dodatkowo człowiek, który tej nocy pilnował cudzego serca, przeżył krócej niż pacjent, którego wtedy operował.
Zanim Religa wszedł na salę operacyjną, musiał zmierzyć się z rzeczywistością, w której przeszczep serca był technicznie rzecz biorąc zabójstwem. W Polsce śmierć człowieka stwierdzano, gdy przestawało bić serce. Oznaczało to, że pobranie bijącego serca od dawcy było nie do pogodzenia z prawem. Wyjście było tylko jedno – zmienić definicję śmierci na śmierć mózgu, co w latach 80.
w Polsce praktycznie nie funkcjonowało. Pierwszą polską próbę przeszczepu serca podjęto w 1969 roku w Łodzi. Operacja się nie powiodła, a przez następne kilkanaście lat nikt nie odważył się spróbować ponownie. Sprawę uznano za przegraną i wstydliwą.
Kiedy Religa zaczynał, wchodził nie na dziewiczy teren, ale na teren, na którym ktoś już poległ i o którym środowisko wolało zapomnieć. Zbigniew Religa urodził się 16 grudnia 1938 roku w Miedniewicach na Mazowszu. Studia medyczne ukończył w Warszawie w 1963 roku. W latach 70.
wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie trafił pod skrzydła Adriana Kantrowica, pierwszego amerykańskiego chirurga, który przeszczepił człowiekowi serce. Religa dostał propozycję pozostania w Detroit na stałe, ale w 1980 roku wrócił do Polski. W kraju poprosił swojego ówczesnego szefa, profesora Wacława Sitkowskiego, o zgodę na rozpoczęcie programu transplantacji. Usłyszał, że będzie mógł to robić dopiero, gdy jego szef przejdzie na emeryturę.
W 1984 roku Religa przyjął propozycję stworzenia kliniki w Zabrzu. Za tę decyzję zapłacił osobistą cenę – jego żona Anna została w Warszawie i przez 15 lat pracy na Śląsku Religa był praktycznie niedzielnym mężem i ojcem. Wojewódzki ośrodek kardiologii w Zabrzu mieścił się w niewielkim budynku po szpitalu psychiatrycznym. Wśród lekarzy mówiono o nim „wariat od Religi”.
Ściągnął do siebie młodych ludzi – Andrzeja Bochenka, Mariana Zębalę, Bogusława Ryfińskiego, Jerzego Wołczuka, Romualda Cichonia. Pozwalał operować dwudziestokilkulatkom, co w ówczesnej medycynie było herezją. Po kilku latach ta jedna klinika wykonywała więcej zabiegów kardiochirurgicznych niż Warszawa i Kraków razem. Sam Religa przyznał w wywiadzie, że w całej klinice był jedyną osobą w pełni wykwalifikowaną do wykonania przeszczepu.
Dla około 95 procent zespołu kardiochirurgia była wtedy czymś nowym. Ludzie uczyli się na żywym człowieku. Większość personelu nie opuszczała sali – spali na krzesłach, na podłodze, w dyżurkach. Taki rytm był normą przez lata.
Autorzy jego najczęściej cytowanej biografii, Dariusz Kortko i Judyta Watoła, przestrzegają czytelników, że zobaczą człowieka, który za dużo pije, pali jak smok, klnie jak szewc, bywa niesprawiedliwy i narzuca zabójcze tempo. To ważny kontekst, bo bez niego nie da się zrozumieć końca tej historii. 5 listopada 1985 roku Religa przeprowadził pierwszy w Polsce udany przeszczep serca. Biorcą był Józef Krawczyk, 62-letni rolnik z Krzepic z krańcową niewydolnością serca.
Dawcą był młody mężczyzna, u którego po wypadku samochodowym stwierdzono śmierć mózgu. Zespół podzielił się na dwie części – jedni przygotowywali biorcę, drudzy z Religą pobierali serce. Kiedy usunięto zniszczone serce, w klatce piersiowej człowieka pojawiła się pusta jama. Przez chwilę żył tylko dzięki maszynie.
Serce zaczęło bić dokładnie tak, jak przewidywała procedura. Pacjenta przewieziono na salę pooperacyjną. Zespół czuł ogromną radość, ale – jak wspominał później Bochenek – przed nimi wciąż była długa droga. Józef Krawczyk żył z przeszczepionym sercem około dwóch miesięcy.
Zmarł na sepsę, bo po przeszczepie układ odpornościowy musi być osłabiony, inaczej organizm niszczy obcy narząd. Sam przeszczep jako procedura się powiódł – serce zostało pobrane, wszczepione i podjęło pracę. Pacjent wybudził się i przeżył okres okołooperacyjny. Choć zmarł, był to dowód, że polski zespół potrafi wykonać całą procedurę.
Każdy kolejny pacjent, który nie przeżył, zostawiał po sobie wiedzę, dzięki której następny miał większą szansę. Do sierpnia 1987 roku Religa wykonał 18 przeszczepień serca. Dziewiętnasty przeprowadził właśnie tej nocy, gdy w klinice był James Stanfield. Pacjentem był Tadeusz Żytkiewicz, 61-letni nauczyciel historii, który napisał do Religi list: „Jestem nauczycielem.
Mam chore serce. Proszę o pomoc”. Wcześniej usłyszał od innego profesora, że nie ma żadnych szans, bo w jego wieku przeszczepów się nie robi. Religa zakwestionował tę regułę.
Operacja 5 sierpnia 1987 roku trwała kilkanaście, według części relacji ponad 20 godzin. Po wszystkim Stanfield zrobił jedno zdjęcie – nie triumfalne, ale zdjęcie zmęczenia. Religa siedzi na krześle, wpatrzony w monitor, a w rogu sali śpi na podłodze jego asystent Romuald Cichoń. Po śmierci Żytkiewicza w 2017 roku profesor Marian Zębala przekazał publicznie, że wokół zdjęcia istniały wątpliwości.
Twierdził, że pacjentem na fotografii nie jest Żytkiewicz, tylko inny chory, operowany w tym samym czasie, który zmarł krótko po operacji. Sam Religa uważał inaczej, a Żytkiewicz do końca życia wierzył, że to on leży na tym stole. Spór nie został ostatecznie rozstrzygnięty. Jeśli na stole leży Żytkiewicz, fotografia jest obrazem zwycięstwa – człowiek, któremu odmówiono szans, dostał 30 lat życia.
Jeśli leży tam ten drugi pacjent, to jest to fotografia porażki – chirurg siedzi przy chorym, który za chwilę umrze, jeszcze o tym nie wiedząc. Te dwa scenariusze wyglądają identycznie. Fotografia, którą świat uznał za symbol triumfu polskiej medycyny, jest tak naprawdę zdjęciem obowiązku wykonywanego niezależnie od wyniku. Tadeusz Żytkiewicz po przeszczepie żył 30 lat.
Po 13 latach przeszczepiono mu jeszcze nerkę. Zmarł we wrześniu 2017 roku w wieku 91 lat jako jeden z najdłużej żyjących biorców serca w Polsce. Wnuczka Żytkiewicza opowiadała, że co roku w rocznicę transplantacji dziadek wysyłał profesorowi tyle róż, ile lat dostał dzięki przeszczepowi. Bukiet rósł, a po śmierci Religi róże trafiały na jego grób.
Ostatni miał 30 róż. Na początku lat 90. Religa zaczął budować. W 1991 roku założył w Zabrzu Fundację Rozwoju Kardiochirurgii.
Jego logika była prosta – serc do przeszczepu zawsze będzie za mało, więc trzeba zbudować serce, którego nie trzeba nikomu zabierać. W tym samym roku po raz pierwszy z powodzeniem podłączył sztuczne serce choremu czekającemu na dawcę. W 1992 roku przeprowadził jedną z pierwszych na świecie operacji przeszczepienia człowiekowi serca świni. Przeszczep się nie przyjął, ale świat kilkadziesiąt lat później wrócił do tego pomysłu, przeszczepiając ludziom modyfikowane genetycznie serca świń.
Religa wszedł też do polityki. Był senatorem, w 2005 roku kandydował w wyborach prezydenckich, po czym wycofał się i poparł Donalda Tuska. 31 października 2005 roku został ministrem zdrowia i pełnił tę funkcję do 7 września 2007 roku. Wcześniej, w latach 90.
, był doradcą prezydenta Lecha Wałęsy, a w 1999 roku został rektorem Śląskiej Akademii Medycznej. W maju 2007 roku minister zdrowia przestał być lekarzem i stał się pacjentem. Miał guza lewego płuca. 31 maja przeszedł operację, podczas której wycięto komórki nowotworowe.
Kilka tygodni później badania potwierdziły złośliwy nowotwór płuc. Religa wrócił do pracy w ministerstwie miesiąc po operacji onkologicznej. Latem 2007 roku, w czasie protestów w ochronie zdrowia, świeżo po operacji płuca przyszedł osobiście do białego miasteczka przed kancelarią premiera. W lutym 2008 roku nastąpił nawrót choroby.
Trzeba było usunąć nadnercze. Zaczęła się chemioterapia, którą znosił bardzo źle. Mówił o sobie spokojnie, prawie technicznie, jak lekarz opisujący wynik badania kogoś innego. Nie znikał z przestrzeni publicznej, pokazywał twarz po chemioterapii milionom ludzi.
I wtedy padły słowa, które stały się sercem tej historii. Religa przez prawie pół wieku był nałogowym palaczem. Zachorował na raka płuca, ale gdy mówił publicznie o chorobie, powiedział, że jego nowotwór nie jest związany z wieloletnim nałogiem. Specjaliści zareagowali natychmiast – nie ma takiego rodzaju raka płuca, który nie byłby powiązany z paleniem tytoniu.
Argument był miażdżący: to Religa jako minister zdrowia podpisywał ostrzeżenia na każdej paczce papierosów. Wystarczyłoby jedno zdanie. Nikt w historii polskiej profilaktyki nie miał takiej okazji i takiej publiczności. On tego zdania wtedy nie powiedział.
Istnieją różne wyjaśnienia. Był chirurgiem, który całe życie naprawiał ludzkie ciała – przyznanie, że własne zniszczył świadomie, byłoby zbyt trudne. Był ministrem zdrowia prowadzącym kampanie antynikotynowe. Przechodził etap zaprzeczenia, przez który przechodzą wszyscy, może zwłaszcza lekarze, bo dokładnie wiedzą, co oznaczają liczby w ich własnej karcie.
I wreszcie – cała jego biografia to historia człowieka, który nie uznawał granic. Ta sama cecha, która pozwoliła mu przeszczepić serce w kraju, w którym to było niemożliwe, kazała mu wierzyć, że jego płuca też jakoś to zniosą. Religa przerwał milczenie. W maju 2007 roku po prostu rzucił palenie po prawie pół wieku.
A w 2008 roku, gdy już wiedział, jak to się skończy, udzielił wywiadu, w którym powiedział wprost, że to papierosy popsuły mu zdrowie, że apeluje do Polaków, żeby nie palili, i zapowiedział poparcie ustawy zakazującej palenia w miejscach publicznych. Powiedział to jako umierający człowiek, któremu z tego wyznania nie przypadała już żadna korzyść. Jedyne, co mógł zrobić, to zamienić własną śmierć w ostrzeżenie. 16 grudnia 2008 roku Religa skończył 70 lat.
Dwa dni później prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Orderem Orła Białego. Zostały mu wtedy niecałe trzy miesiące życia. Zmarł 8 marca 2009 roku w domu. Pochowano go 13 marca na cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie, w alei profesorskiej.
Na pogrzebie zagrano jego ulubioną piosenkę – „What a Wonderful World”. Był niewierzący, ale wybrał piosenkę o tym, jaki ten świat jest cudowny. To nie była naiwność, to było stanowisko. Po śmierci Religi jego miejsce na Śląsku zajął syn Grzegorz, który poszedł w ślady ojca i został kardiochirurgiem.
W 2013 roku to on kierował zespołem, który po raz pierwszy wszczepił pacjentowi polską protezę serca nowej generacji. Urządzenie nosi nazwę Religa Heart. Pacjent miał 62 lata – tyle samo, ile miał Józef Krawczyk w listopadzie 1985 roku. Marzenie, którego ojciec nie zdążył dokończyć, dokończył syn.
W 2014 roku powstał film „Bogowie” w reżyserii Łukasza Palkowskiego, obejrzany w kinach przez około 2,2 miliona Polaków. Dziś przeszczepy serca w Polsce są rutyną w kilku wyspecjalizowanych ośrodkach, a Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu, które wyrosło z budynku po psychiatryku, jest jednym z najważniejszych ośrodków kardiochirurgii w tej części Europy. Wnuczka Tadeusza Żytkiewicza powiedziała po jego śmierci, że przyczyną nie były problemy z sercem. Serce do końca było sprawne i bardzo silne – lekarka powiedziała rodzinie, że jest w znacznie lepszym stanie niż reszta organów, bo było od nich młodsze.
W 2017 roku w Warszawie przestał bić mięsień, który zaczął bić w cudzej piersi w 1987 roku. Przeżył swojego dawcę, przeżył chirurga i zatrzymał się dopiero razem z człowiekiem, któremu został oddany.