Do dzisiaj, po ponad pięćdziesięciu latach, dziesiątkach śledztw i tysiącach odtajnionych dokumentów, nie odnaleziono ani jednego dokumentu, na którym byłoby napisane: „Strzelać do robotników” i pod którym widniałby czyjś podpis. W grudniu 1970 roku na Wybrzeżu zginęło kilkadziesiąt osób, a rannych zostało ponad tysiąc. I żadna kartka papieru nie wskazuje wprost, kto wydał rozkaz. To pytanie od pół wieku dzieli polską debatę na trzy wersje.

Najprostsza głosi, że rozkaz wydał Władysław Gomułka, pierwszy sekretarz partii, który protest nazwał kontrrewolucją. Druga mówi, że decyzję podjęło wąskie kierownictwo partii w atmosferze paniki, zbiorowo, tak że nikt nie potrafił później wskazać, kto pierwszy powiedział to zdanie na głos. Trzecia, najbardziej niewygodna, zakłada, że rozkaz istniał, ale został rozdrobniony – przechodząc przez kolejne piętra władzy, zmieniał się na każdym poziomie: u góry brzmiał jak polityczna ocena sytuacji, na dole jak konkretna komenda. Między jednym a drugim jest przepaść, w której zginęła odpowiedzialność.
Żeby zrozumieć, jak doszło do strzałów, trzeba poznać człowieka, który stał na czele partii. Władysław Gomułka urodził się w 1906 roku w Białobrzegach pod Krosnem. Był ślusarzem z prawdziwego warsztatu, w ruchu komunistycznym działał od młodości. W okresie międzywojennym siedział w polskich więzieniach za działalność wywrotową, w czasie okupacji współorganizował Polską Partię Robotniczą, a po wojnie znalazł się na samym szczycie władzy.
Potem popełnił błąd, który w tamtym systemie był śmiertelny – miał własne zdanie. Uważał, że Polska powinna iść do socjalizmu własną drogą, a przymusowa kolektywizacja wsi skończy się katastrofą. W 1948 roku nazwano to odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym. Zdjęto go ze stanowiska, a w 1951 roku aresztowano.
Człowiek, który w 1970 roku stał na szczycie machiny represji, był wcześniej przez tę samą machinę więziony. W październiku 1956 roku stało się jednak coś, w co dziś trudno uwierzyć. Po śmierci Stalina i po Poznańskim Czerwcu Polska stała na krawędzi. Do Warszawy przyleciał Chruszczow, wokół stolicy manewrowały radzieckie jednostki, a polskie kierownictwo wybrało na pierwszego sekretarza człowieka, którego niedawno trzymało w celi.
24 października na placu Defilad zebrał się tłum – setki tysięcy ludzi. Gomułka przemówił, a oni wiwatowali. Nie na komendę, nie z przymusu. Wierzyli, że przyszedł ktoś inny, że skończy się terror.
Czternaście lat później ten sam człowiek wydał polityczne przyzwolenie, po którym do polskiego tłumu popłynął ogień. Gomułka szybko zaczął hamować. W 1957 roku zamknął tygodnik „Po prostu”, symbol odwilży, co zakończyło się demonstracjami studenckimi. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wybuchł konflikt z kościołem.
Milenium chrztu Polski w 1966 roku stało się wojną na obchody – państwo organizowało swoje uroczystości naprzeciwko kościelnych, władze blokowały pielgrzymki, a kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej została zatrzymana przez milicję. Potem przyszedł rok 1968. Po zdjęciu „Dziadów” ze sceny Teatru Narodowego wybuchły protesty studenckie, na Uniwersytecie Warszawskim pałowano studentów, wyrzucano profesorów. Gomułka stanął na czele kampanii antysemickiej prowadzonej pod hasłem walki z syjonizmem – w jej wyniku Polskę opuściło kilkanaście tysięcy obywateli żydowskiego pochodzenia.
Ludzie pakowali życie w dwie walizki i wyjeżdżali z dokumentem, w którym stwierdzano, że nie są obywatelami polskimi. Historycy spierają się, jaką rolę odegrały w tym frakcje wewnątrz partii, ale to Gomułka wygłosił w czerwcu 1968 roku przemówienie, które tę nagonkę firmowało autorytetem pierwszego sekretarza. Pod koniec lat sześćdziesiątych był już zupełnie innym człowiekiem niż ten z placu Defilad. Miał ponad sześćdziesiąt lat, coraz gorzej słyszał i widział.
Człowiek, który źle słyszy, otacza się tymi, których słyszy najlepiej – czyli tymi, którzy mówią mu to, co chce usłyszeć. Jego towarzysze bali się przynosić mu złe wiadomości, więc złe wiadomości do niego nie docierały. Kiedy doszło do grudnia, pierwszy sekretarz podejmował decyzje na podstawie obrazu rzeczywistości zniekształconego przez ludzi bojących się powiedzieć mu prawdę. 7 grudnia 1970 roku Gomułka był u szczytu kariery.
W Warszawie kanclerz RFN Willy Brandt podpisał układ, w którym Niemcy Zachodnie uznały nienaruszalność granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Tego samego dnia Brandt uklęknął przed pomnikiem Bohaterów Getta. Dla Gomułki to był największy sukces życia. Dziesięć dni później w Gdyni leżeli zabici, a 20 grudnia, trzynaście dni po największym triumfie, Gomułka nie był już pierwszym sekretarzem.
Od szczytu do zera minęło trzynaście dni. Żeby zrozumieć, jak do tego doszło, trzeba mówić o ekonomii. Polski system od końca lat czterdziestych miał obsesję przemysłu ciężkiego – hut, kopalń, stoczni. Jedzenie miało być tanie, bo tania żywność stanowiła filar umowy społecznej.
Władza mówiła robotnikom: nie macie wolności, nie macie wyborów, ale macie pracę i macie co jeść po znośnej cenie. Problem w tym, że tanie jedzenie musiał ktoś dopłacać. Dotacje do żywności pożerały ogromną część budżetu. Do tego doszła katastrofa na wsi – rolnictwo nie zostało skolektywizowane, ale było traktowane po macoszemu, brakowało maszyn, nawozów i zachęt.
Lata 1969 i 1970 to fatalne zbiory. Zboża i pasz brakowało, rolnicy masowo oddawali zwierzęta do skupu, bo nie mieli czym ich karmić. Na krótko mięsa było więcej, ale rok później nie było już czego skupować. Przeciętna pensja w Polsce w 1970 roku wynosiła około dwóch tysięcy złotych miesięcznie.
W rodzinie robotniczej z dwójką dzieci każde podniesienie ceny mięsa o kilka złotych było odczuwalne natychmiast. A grudzień to nie był zwykły miesiąc – trzeba było kupić karpia, ciasto, prezent dla dziecka. Kierownictwo partii widziało w tym jednak tylko tabelki: dotacje nie do utrzymania, absurdalną strukturę cen, ludzi kupujących mięso, którego nie ma. Gomułka był przekonany, że reforma cen jest ekonomiczną koniecznością.
Tyle że gospodarka to nie arkusz kalkulacyjny – to ludzie stojący w kolejce. W sobotę 12 grudnia 1970 roku decyzja zapadła w wąskim gronie. Gomułka forsował ją osobiście. W kierownictwie padały głosy, żeby przesunąć podwyżkę na styczeń, ale pierwszy sekretarz nie chciał czekać.
Wieczorem komunikat poszedł w świat – nowe ceny obowiązywały od niedzieli 13 grudnia. Podrożały mięso i przetwory mięsne, mąka, kasze, ryby, dżemy i węgiel – dokładnie to, z czego składa się codzienne życie rodziny o niskich dochodach, na dwanaście dni przed Wigilią. Równocześnie potaniały telewizory, pralki, lodówki, radia i motocykle – rzeczy, których przeciętna rodzina robotnicza nie kupowała, bo nie miała za co. Ta asymetria zamieniła gniew w furię.
Podwyżka to krzywda. Podwyżka plus obniżka luksusu to upokorzenie. Do tego zapowiedziano zmiany w systemie premiowania – robotnicy czytali to jednoznacznie: będzie trzeba pracować więcej, żeby zarobić tyle samo. Najważniejsze pytanie brzmi: jak to możliwe, że nikt na górze nie przewidział reakcji?
Odpowiedź jest prosta i przerażająca. Oni naprawdę nie sądzili, że klasa robotnicza może wystąpić przeciwko władzy robotniczej. To nie była ironia – to był fundament systemu. Skoro partia była awangardą klasy robotniczej, protest robotników przeciwko partii był logiczną sprzecznością.
A skoro coś takiego nie może się zdarzyć, to gdy się zdarza, mózg szuka innego wyjaśnienia: to nie są prawdziwi robotnicy, tylko elementy chuligańskie, wichrzyciele, agentura. To przekonanie zabiło w ciągu następnego tygodnia kilkadziesiąt osób. Nie było planu awaryjnego, nie było scenariusza na wypadek strajku, nie istniało pojęcie negocjacji z robotnikami. Poniedziałek 14 grudnia.
Stocznia Gdańska imienia Lenina, największy zakład na Wybrzeżu. Zmiana zaczyna się o szóstej rano. Ludzie przychodzą po weekendzie, w którym w każdym mieszkaniu rozmawiano o jednym. Około siódmej na wydziale kadłubowym ktoś odkłada narzędzia.
Potem drugi, potem cały wydział. Nie ma organizatorów, nie ma komitetu strajkowego, nie ma przygotowanej listy postulatów. To wybuch całkowicie spontaniczny – władza przez cały tydzień będzie szukała ukrytej ręki, która za tym stoi, i nie znajdzie jej, bo jej nie było. Około ósmej tłum wychodzi na plac przed dyrekcją.
Pada pierwsze żądanie: cofnąć podwyżkę. Dyrekcja o niczym nie decyduje. Ktoś rzuca hasło: idziemy do komitetu. Kilka tysięcy ludzi wychodzi za bramę stoczni i rusza przez Gdańsk w stronę gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
Idą nie po to, żeby obalić władzę, tylko żeby porozmawiać – chcą, żeby wyszedł ktoś z kierownictwa i wytłumaczył, dlaczego. Po drodze śpiewają Międzynarodówkę. To nie jest prowokacja. To komunikat: to my jesteśmy klasą robotniczą, w imieniu której rządzicie.
Pod komitetem nikt do nich nie wychodzi. Tłum stoi na mrozie i czeka. Nic. To pierwszy z serii momentów, w których wystarczyłaby jedna rozmowa – jeden człowiek wychodzący na schody, mówiący „rozumiem, wysłuchamy was”.
Nikt nie wychodzi. Kolumna rusza pod Politechnikę Gdańską. Robotnicy pamiętali marzec 1968 roku, kiedy bito studentów, a fabryki milczały. Teraz wołali, żeby studenci wyszli i stanęli z nimi.
Większość nie wyszła – trwała sesja, były egzaminy. Po południu na ulicach pojawia się milicja. Są pałki, gaz łzawiący, armatki wodne. Tłum odpowiada kamieniami.
Wieczorem trwają starcia w centrum Gdańska. Pierwszy dzień kończy się bez ofiar śmiertelnych, ale rano to byli ludzie idący na rozmowę, a wieczorem to tłum, który wie, że rozmowy nie będzie. Wtorek 15 grudnia to dzień, w którym decyduje się wszystko. Rano tłum znów jest na ulicach.
Ludzie idą pod areszty, żeby uwolnić zatrzymanych. Dochodzi do szturmu na komendę milicji. Płonie gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. Płoną też inne budynki, rabowane są sklepy.
To już nie jest pochód ze śpiewem – to bunt. Trzeba uczciwie powiedzieć: była też przemoc ze strony tłumu. Palono, niszczono, bito milicjantów. Wśród ofiar tamtych dni są także funkcjonariusze.
Ale istnieje różnica między tłumieniem zamieszek a strzelaniem do ludzi – i ta różnica została w tamtym tygodniu przekroczona świadomie. W Warszawie kierownictwo partii zbiera się i ocenia sytuację. Gomułka używa słowa, które przesądza o wszystkim: kontrrewolucja. To nie był epitet – to była kwalifikacja prawna i wojskowa.
Kontrrewolucja oznacza, że stawką jest istnienie ustroju, a jeśli stawką jest istnienie ustroju, wolno użyć wszystkiego. Pierwszy sekretarz nie musiał mówić „strzelać”, żeby uruchomić strzelanie. Wystarczyło, że powiedział, jak nazwać to, co się dzieje. Zapadają decyzje o użyciu wojska.
Na Wybrzeże ruszają jednostki Ludowego Wojska Polskiego – czołgi, transportery opancerzone, dziesiątki tysięcy żołnierzy. Jednocześnie do Trójmiasta jadą emisariusze partyjni. Zenon Kliszko – członek Biura Politycznego, najbliższy człowiek Gomułki, przyjaciel z lat wojny, jego alter ego – miał w Gdańsku autorytet równy pierwszemu sekretarzowi. Stanisław Kociołek – wicepremier, wcześniej sekretarz wojewódzki w Gdańsku – został wysłany, żeby uspokoić sytuację.
Po stronie mundurowej był generał Grzegorz Korczyński, wiceminister obrony narodowej, odpowiedzialny za koordynację działań sił zbrojnych na Wybrzeżu. Nad nim stał minister obrony narodowej generał Wojciech Jaruzelski, a po stronie resortu spraw wewnętrznych – minister Kazimierz Świtała. 15 grudnia po południu zapada decyzja o zezwoleniu na użycie broni palnej. Zezwolenie na użycie broni to nie to samo, co rozkaz strzelania do demonstrantów.
Formuła, która schodziła w dół, brzmiała mniej więcej tak: wolno użyć broni w obronie obiektów o szczególnym znaczeniu, w obronie własnej, wobec napastników atakujących budynki państwowe. Na papierze to ostrożne. W praktyce, wręczone dwudziestoletniemu żołnierzowi stojącemu naprzeciw kilkutysięcznego tłumu po dwóch dobach bez snu, po tym jak powiedziano mu, że naprzeciwko są bandyci i wrogowie państwa – to wyrok. Rozkaz nie zniknął dlatego, że ktoś go schował.
Rozkaz zniknął, bo został rozpuszczony w języku. Na górze: sytuacja ma charakter kontrrewolucyjny. Piętro niżej: należy zdecydowanie bronić obiektów partyjnych i państwowych. Jeszcze niżej: zezwala się na użycie broni palnej w przypadku ataku.
Na samym dole: jeśli przekroczą te linie, strzelasz. Każde z tych zdań wypowiedział ktoś inny, każde brzmi inaczej, żadne nie brzmi jak morderstwo. A na końcu tego łańcucha leży osiemnastolatek z przestrzeloną głową. Środa 16 grudnia.
Stocznia Gdańska jest już otoczona przez wojsko i milicję. Robotnicy próbujący rano wyjść za bramę zostają ostrzelani. Ginie kilka osób. Załoga wycofuje się na teren zakładu.
Tego samego dnia wieczorem w telewizji pojawia się Stanisław Kociołek. Wicepremier apeluje o rozsądek, o zaprzestanie zakłóceń, o powrót do normalnej pracy. Ludzie w Gdyni, Gdańsku i Sopocie słyszą jedno przesłanie: jutro rano idziemy do roboty. Wszystko wraca do normy.
I następnego ranka idą. Czwartek 17 grudnia 1970 roku. Nad Gdynią jest jeszcze ciemno. Pierwsze pociągi kolejki elektrycznej z Wejherowa, Redy i Rumi wiozą ludzi na szóstą.
Kilka tysięcy osób jedzie do pracy w stoczni imienia Komuny Paryskiej i w Stoczni Marynarki Wojennej. W tym samym czasie decyzją władz stocznie w Gdyni zostają zablokowane – wojsko ma nie wpuszczać nikogo na teren zakładów. Wieczorem wicepremier mówi w telewizji: wracajcie do pracy. Rano wojsko dostaje zadanie: nie wpuszczać ich do pracy.
Ci ludzie zostali wysłani w miejsce, w którym czekała na nich broń – wysłano ich tam komunikatem od władzy. Czy to była pułapka zastawiona celowo, czy katastrofalny brak koordynacji między dwoma ośrodkami decyzyjnymi? Nad tym pytaniem historycy i prokuratorzy spierają się od dziesięcioleci. Kociołek do końca życia twierdził, że o blokadzie stoczni nie wiedział, a jego apel był szczery.
Nie ma dokumentu, który by mu to jednoznacznie odebrał. Nie ma też dokumentu, który by go jednoznacznie oczyszczał. Pociąg wjeżdża na przystanek Gdynia Stocznia około szóstej rano. Ludzie wysypują się na peron i idą w stronę wiaduktu.
Naprzeciwko stoi kordon. Pada wezwanie do rozejścia się. W tłumie zaczyna się zamieszanie – jedni napierają, drudzy się cofają. Potem padają strzały.
Nie ostrzegawcze, nie w powietrze – w ludzi. W Gdyni tego dnia ginie około osiemnastu osób, rannych są dziesiątki. Wśród zabitych są ludzie, którzy nie krzyczeli żadnych haseł, nie rzucili żadnym kamieniem. Szli na zmianę.
Wśród nich jest osiemnastoletni Zbigniew Godlewski z Elbląga, pracownik gdyńskiej stoczni. Nie był przywódcą, nie był działaczem. Nie był nikim, o kim ktokolwiek by pamiętał, gdyby nie to, co stało się po jego śmierci. Kiedy padł, kilku mężczyzn wyrwało gdzieś zwykłe drzwi, położyło na nich jego ciało i poniosło.
Nieśli go ulicami Gdyni, żeby wszyscy widzieli. Za nimi szedł tłum. Ktoś zrobił zdjęcie, które obiegło potem świat. Kiedy kilka dni później powstała pieśń o tamtym poranku, jej autor Krzysztof Dowgiało nazwał zabitego chłopca wymyślonym imieniem – Janek Wiśniewski.
Tej pieśni nie wolno było śpiewać publicznie, a mimo to przez całe lata siedemdziesiąte przekazywano ją z rąk do rąk. Państwo miało monopol na wszystkie media i przegrało z jedną piosenką. Pogrzeby ofiar z Gdyni nie odbyły się w normalny sposób. Ciała chowano nocą, potajemnie, pod nadzorem Służby Bezpieczeństwa i milicji.
Rodzinom pozwalano niekiedy przyjść w liczbie kilku osób, wożono je nocą. Zabraniano rozgłosu, zabraniano księdza w pełnej oprawie. Rodziny były potem przez lata pod obserwacją, wzywano je na rozmowy, sugerowano, że lepiej nie mówić za dużo, że dziecko może mieć problem z dostaniem się na studia. Państwo zabiło syna, a potem kazało milczeć o tym, że go zabiło – i pilnowało tego przez dziesięć lat.
Można nie przewidzieć strzałów, ale potajemny pogrzeb w nocy trzeba zorganizować. Trzeba wyznaczyć ludzi, przydzielić samochody, ustalić godzinę, wydać polecenia. To już nie jest chaos. To jest praca.
Grudzień 1970 roku to nie tylko Trójmiasto. W tych samych dniach setki kilometrów na zachód rozgrywało się coś, co pod pewnymi względami było jeszcze większe. 17 i 18 grudnia w Szczecinie staje Stocznia Szczecińska imienia Adolfa Warskiego. Załoga wychodzi na miasto – kolumny liczące dziesiątki tysięcy ludzi idą przez centrum.
Płonie gmach Komitetu Wojewódzkiego partii, atakowane są komendy milicji, gmach prokuratury, więzienie. W mieście toczą się wielogodzinne walki uliczne. W Szczecinie ginie około szesnastu osób, rannych są setki. To właśnie tu robotnicy najszybciej doszli do pomysłu, który zmieni polską historię – zaczęli tworzyć komitety strajkowe i formułować spisane postulaty.
Nie tylko o cofnięcie podwyżki, ale też o niezależne związki zawodowe, wolne wybory do rad zakładowych, zniesienie przywilejów aparatu. To zalążek tego, co dziesięć lat później wybuchnie w pełni. Strajki sięgają też Elbląga, Słupska, Kalisza i Białegostoku, choć tam nie dochodzi do rozlewu krwi. Najczęściej podawana liczba zabitych to czterdzieści pięć osób.
W różnych opracowaniach spotyka się też czterdzieści jeden, czterdzieści dwa, czterdzieści cztery. Rannych było ponad tysiąc sto, zatrzymanych ponad trzy tysiące. Liczby się różnią z trzech powodów. Część osób zmarła w szpitalach po wielu dniach, tygodniach, a nawet miesiącach od postrzału.
Część dokumentacji została zniszczona – częściowo w ogniu palących się komitetów, częściowo świadomie w kolejnych latach. Władza sama zaniżała dane i manipulowała przy aktach zgonu, wpisując inne przyczyny śmierci. Ofiary to byli w większości młodzi mężczyźni, wielu poniżej dwudziestego piątego roku życia. Znaczna część zginęła od strzałów w plecy albo z dużej odległości.
Wśród zabitych byli przypadkowi przechodnie, w tym uczniowie i osoby, które w ogóle nie brały udziału w żadnym proteście. Kiedy na Wybrzeżu leżą trumny, na szczycie władzy towarzysze Gomułki zaczynają liczyć głosy. W ciągu kilku dni dojrzewa w nich przekonanie, że sytuacji nie da się opanować, dopóki na czele stoi człowiek, z którym kojarzą się i podwyżka, i strzały. Nie chodzi o moralność – chodzi o to, że trzeba komuś tę krew przypisać, żeby reszta mogła zostać.
19 grudnia Gomułka trafia do szpitala. Oficjalnie to nagłe pogorszenie stanu zdrowia, podejrzenie udaru, wyczerpanie. Miał sześćdziesiąt pięć lat i był schorowany. To brzmi wiarygodnie, ale choroba pierwszego sekretarza w takim momencie jest politycznie wygodna dla wszystkich – dla niego, bo pozwala odejść bez formalnego wotum nieufności, dla reszty, bo pozwala dokonać zmiany bez publicznej awantury.
20 grudnia zbiera się plenum Komitetu Centralnego. Gomułka nie uczestniczy. Zostaje zwolniony z funkcji pierwszego sekretarza, a na jego miejsce wybrany zostaje Edward Gierek – pięćdziesięcioletni, energiczny człowiek z Katowic, kojarzony z gospodarczą skutecznością Śląska. Razem z Gomułką ze szczytu schodzą Zenon Kliszko i kilku innych.
Stanisław Kociołek również traci pozycję. W styczniu 1971 roku strajki na Wybrzeżu wracają. Szczecin staje ponownie i wtedy Edward Gierek robi coś, czego w tym systemie się nie robiło. 24 stycznia jedzie osobiście do stoczni szczecińskiej i siada z robotnikami przy stole.
Nazajutrz to samo w Gdańsku. Rozmowa trwa wiele godzin. Pierwszy sekretarz słucha robotników i odpowiada na pytania. Pada zdanie, które przeszło do historii: „Pomożecie?
”. Sala odpowiedziała, że pomoże. Nikt niczego nie rozliczył, nikt nie odpowiedział za śmierć kilkudziesięciu ludzi, nie podano żadnych nazwisk – ale robotnicy poczuli, że ktoś wreszcie rozmawia z nimi jak z ludźmi. W lutym 1971 roku pada kolejny cios, z zupełnie nieoczekiwanej strony.
W Łodzi strajkują włókniarki – kobiety z zakładów bawełnianych zarabiające grosze. Przyjeżdża delegacja rządowa z premierem Piotrem Jaroszewiczem. Kobiety nie dają się zbyć obietnicami. Mówią wprost: albo cofnięcie cen, albo nie wracamy.
15 lutego władza ogłasza powrót do cen sprzed grudnia. Podwyżka, przez którą zginęło kilkadziesiąt osób, została cofnięta dwa miesiące później. To było możliwe – cały czas było możliwe. Wystarczyła decyzja polityczna, taka sama jak ta z 12 grudnia, tylko podjęta w drugą stronę.
Gdyby zapadła 15 grudnia zamiast 15 lutego, Zbigniew Godlewski przeżyłby i miał dzisiaj siedemdziesiąt kilka lat. Zginął w odstępie dwóch miesięcy od chwili, w której władza sama przyznała mu rację. Władysław Gomułka żył jeszcze dwanaście lat. Odsunięty, pozbawiony wpływów, mieszkał w Konstancinie i pisał wspomnienia.
Zmarł w 1982 roku, w stanie wojennym, kiedy Polską rządził generał Wojciech Jaruzelski – ten sam, który w grudniu 1970 roku był ministrem obrony narodowej. Gomułka do końca uważał, że go zdradzono i że decyzje gospodarcze były słuszne. Nigdy nie stanął przed żadnym sądem. Pozostaje pytanie: kto wydał rozkaz strzelania do robotników?
Rozłożmy to nazwisko po nazwisku. Władysław Gomułka – co jest pewne: był pierwszym sekretarzem, czyli osobą sprawującą realną, najwyższą władzę w państwie. To on osobiście forsował grudniową podwyżkę wbrew ostrzeżeniom. To on użył kwalifikacji „kontrrewolucja”, która otwierała drogę do środków nadzwyczajnych.
To pod jego przewodnictwem zapadały decyzje o skierowaniu wojska na Wybrzeże. W systemie, w którym pracował, decyzja tej wagi nie mogła być podjęta wbrew niemu ani bez jego wiedzy. Co jest poszlaką: relacje uczestników narad wskazują, że to on nadawał ton, mówił o konieczności zdecydowanego działania i nikt nie odważył się otwarcie zaprotestować. Czego nie da się dowieść: nie istnieje dokument z jego podpisem nakazujący strzelanie do demonstrantów, nie odnaleziono nagrania ani zapisu, w którym padłoby z jego ust jednoznaczne polecenie tej treści.
Dodatkowo od 19 grudnia był w szpitalu, więc jego bezpośrednia odpowiedzialność za wydarzenia w Szczecinie jest jeszcze trudniejsza do wykazania. Wniosek: odpowiedzialność polityczna całkowita i bezsporna, odpowiedzialność karna za konkretny rozkaz nieudowodniona. Zenon Kliszko – co jest pewne: był w Gdańsku jako emisariusz najwyższego kierownictwa, miał autorytet niemal równy Gomułce, uczestniczył w naradach, na których podejmowano decyzję o użyciu sił. Co jest poszlaką: liczne relacje wskazują, że to on na miejscu twardo obstawał przy linii siłowej i odrzucał propozycje rozmów z załogami.
Czego nie da się dowieść: znowu brak dokumentu. Kliszko zmarł w 1989 roku, zanim jakiekolwiek rzetelne śledztwo mogło ruszyć. Nigdy nie złożył zeznań przed niezależnym sądem. Stanisław Kociołek – co jest pewne: wystąpił 16 grudnia wieczorem w telewizji z apelem o powrót do pracy, a następnego dnia rano ludzie, którzy tego apelu posłuchali, zostali ostrzelani pod zablokowaną stocznią w Gdyni.
Co jest poszlaką: pełnił funkcję wicepremiera i był na miejscu w gronie decydentów – trudno przyjąć, że nie miał żadnej wiedzy o planach na kolejny dzień. Czego nie da się dowieść: że wiedział o blokadzie i mimo to wezwał ludzi do przyjścia. Kociołek konsekwentnie i do końca życia temu zaprzeczał. Był sądzony i został uniewinniony.
Zmarł w 2015 roku. Uniewinnienie w sądzie nie oznacza, że coś się nie wydarzyło – oznacza, że nie udało się tego udowodnić zgodnie z regułami procesu karnego. Po stronie wojska i resortu spraw wewnętrznych: generał Grzegorz Korczyński jako wiceminister obrony narodowej koordynował działania na Wybrzeżu, generał Wojciech Jaruzelski jako minister odpowiadał za wojsko jako całość. Bez ich decyzji broń nie znalazłaby się w rękach żołnierzy na ulicach i amunicja nie zostałaby wydana.
Czego nie da się dowieść: kto konkretnie i imiennie wypowiedział zdanie przesądzające o otwarciu ognia w Gdyni 17 grudnia rano. Jaruzelski przez całe życie utrzymywał, że decyzja o użyciu broni zapadła po stronie politycznej, nie wojskowej, i że on sam wykonywał polecenia władz partyjnych. W czasach PRL żadne rzetelne śledztwo nie było możliwe. Postępowania prowadzone na początku lat siedemdziesiątych miały na celu zamknięcie sprawy, a nie ustalenie prawdy.
Dopiero po 1989 roku ruszyło prawdziwe śledztwo. Akt oskarżenia w tak zwanym procesie grudniowym trafił do sądu w połowie lat dziewięćdziesiątych. Postępowanie najpierw toczyło się w Gdańsku, potem zostało przeniesione do Warszawy. Proces ciągnął się kilkanaście lat – zmieniali się sędziowie, odbyły się setki rozpraw, przesłuchano setki świadków, z których wielu po trzydziestu latach niewiele pamiętało, a wielu innych zmarło w trakcie.
Oskarżeni chorowali, dostarczali zwolnienia, nie stawiali się. Sprawę wobec Wojciecha Jaruzelskiego wyłączono ze względu na stan zdrowia, a po jego śmierci w 2014 roku umorzono definitywnie. Korczyński zmarł jeszcze w latach siedemdziesiątych. Wyrok w głównym wątku zapadł dopiero w 2013 roku – Stanisław Kociołek został uniewinniony.
Wobec kilku innych oskarżonych zapadły rozstrzygnięcia, które w żaden sposób nie zaspokoiły oczekiwań rodzin. Ponad czterdzieści trumien, ponad czterdzieści lat postępowań i ani jednego prawomocnego wyroku, który wskazałby palcem człowieka odpowiedzialnego za śmierć konkretnej osoby. Brak dokumentu z rozkazem przez lata traktowano jako lukę, przypadek, skutek zniszczenia akt. Można postawić tezę, że to nie luka, lecz konstrukcja.
Systemy takie jak ten nie działały przez pisanie rozkazów o strzelaniu do własnych obywateli. Działały przez wytwarzanie sytuacji, w których strzały stawały się nieuchronne, a nikt konkretny nie musiał ich zarządzić. Ktoś na górze nazywał protest kontrrewolucją. Ktoś przekazywał w dół, że sytuacja jest wyjątkowo groźna.
Ktoś podpisywał zgodę na użycie broni w obronie obiektów. Ktoś decydował o zablokowaniu bramy. Ktoś inny apelował przez telewizję, żeby przyjść pod tę bramę. Ktoś przydzielał amunicję, a ktoś zupełnie inny – dwudziestoletni chłopak, którego wcześniej nikt o zdanie nie pytał – naciskał spust.
Każdy zrobił kawałek, żaden nie zrobił całości. Dlatego gdy przyszło do rozliczenia, każdy mógł szczerze powiedzieć: „Ja tego nie kazałem”. Rozmycie odpowiedzialności nie było ubocznym skutkiem chaosu. Było cechą tego systemu wbudowaną w jego konstrukcję.
Władza, która nie pochodzi z wyborów, musi umieć zabijać bez podpisywania się pod tym. Jeżeli pytamy, kto krzyknął „ognia” – nie wiemy i prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, bo takiego jednego krzyku po prostu nie było. Jeżeli pytamy, kto odpowiada – odpowiada Gomułka, bo stworzył polityczną ramę, w której wojsko dostało prawo strzelać do robotników. Odpowiada Kliszko, który tę linię egzekwował na miejscu.
Odpowiadają dowódcy, którzy wydali broń i amunicję. Odpowiada cały mechanizm, który przez ćwierć wieku uczył ludzi, że robotnik protestujący przeciwko władzy robotniczej jest z definicji wrogiem. Odpowiedzialność jest rozłożona – to nie znaczy, że jest mniejsza, tylko że jest wszędzie. W całej tej historii ani razu nie padło nazwisko żołnierza, który strzelał.
To nie przypadek. Ci chłopcy w mundurach to w większości byli poborowi w wieku około dwudziestu lat, przywiezieni z drugiego końca Polski, którym powiedziano, że jadą bronić kraju przed dywersją. Wielu z nich do końca życia nie mogło z tego wyjść, kilku nie wyszło w ogóle. W tej opowieści nie ma tylko ofiar i katów – jest trzecia grupa: ludzie, których system ustawił po złej stronie lufy, nie pytając ich o zdanie.
Grudzień 1970 roku się nie skończył – on się przedłużył. Robotnicy nauczyli się w tamtym tygodniu konkretnej, praktycznej rzeczy: nigdy więcej nie wychodzić na ulicę, bo do tłumu można strzelać. Ale w zakładzie jest się załogą – ma się bramę, warty, komitet strajkowej i listę postulatów. W zakładzie się nie protestuje, tylko negocjuje.
Dziesięć lat później, w sierpniu 1980 roku, Stocznia Gdańska stanęła znowu i tym razem nikt nie wyszedł za bramę. Strajk okupacyjny, spokojnie w środku, z listą dwudziestu jeden postulatów wypisanych na sklejce. Wśród żądań o wolne związki zawodowe, wolność słowa i zwolnienie więźniów politycznych znalazło się żądanie zbudowania pomnika ofiar grudnia 1970 roku. Ci sami robotnicy po dekadzie milczenia, po dekadzie potajemnych pogrzebów i wizyt bezpieki, w chwili gdy pierwszy raz mieli realną siłę, użyli jej między innymi po to, żeby upomnieć się o zabitych kolegów.
Pomnik Poległych Stoczniowców został odsłonięty 16 grudnia 1980 roku, dokładnie w dziesiątą rocznicę. Trzy krzyże z kotwicami, ponad czterdzieści metrów wysokości, tuż przy bramie numer 2 Stoczni Gdańskiej. To był pierwszy w krajach bloku wschodniego pomnik upamiętniający ofiary komunistycznej władzy, postawiony za zgodą tej władzy na terenie przez nią kontrolowanym. Coś takiego nie stało nigdzie – ani w Moskwie, ani w Pradze, ani w Budapeszcie.
Stanął w Gdańsku, bo ludzie się o niego uparli. Dlatego ta sprawa wciąż budzi emocje. Są rodziny, są dzieci tamtych ludzi, które dziś mają po sześćdziesiąt lat i przez całe życie słuchały, że sprawa jest w toku. Są pytania, które nadal nie mają odpowiedzi: ile dokładnie osób zginęło, gdzie leżą wszyscy, ile akt zniszczono i kto to zrobił.
Grudzień 1970 roku to najczystszy przypadek sytuacji, w której państwo zabiło własnych obywateli i nikt za to nie odpowiedział – nie dlatego, że ktoś zawinił i uciekł, tylko dlatego, że struktura była zbudowana tak, żeby winnego nie dało się wskazać. Rozmycie odpowiedzialności nie jest wynalazkiem PRL – to wieczna technika. Każdy system władzy w każdym czasie ma pokusę tak organizować decyzje, żeby na końcu nikt nie musiał się pod nimi podpisać. Przystanek Gdynia Stocznia istnieje do dziś.
Kolejka podmiejska zatrzymuje się tam co kilka minut, tak samo jak wtedy. Wysiadają ludzie z torbami i telefonami, idą pod wiadukt w stronę bramy. Na tym wiadukcie jest tablica. W tamten czwartek 17 grudnia 1970 roku szli tam ludzie, którzy niczego nie chcieli obalać.
Chcieli, żeby mięso kosztowało tyle co przed świętami i żeby ktoś z nimi porozmawiał. Zabito ich, bo posłuchali władzy, a dwa miesiące później władza przyznała im rację.