27 lutego 2015 roku dosłownie pod murami Kremla zastrzelony został Borys Niemcow, jeden z ostatnich głośnych rosyjskich opozycjonistów. Jego śmierć obiegła światowe media i sprawiła, że polityczne zabójstwa przestały być dla wielu jedynie tematem filmowym, a stały się namacalną rzeczywistością w europejskim państwie XXI wieku. O zabójstwo Niemcowa oskarżono kilku Czeczenów, jednak proces powszechnie uznano za farsę. Okoliczności przyznania się trzech mężczyzn były wątpliwe i prawdopodobnie wymuszone torturami, a zleceniodawców zbrodni, jak to zwykle bywa w takich sprawach, nigdy nie ustalono.

Dla władz najważniejsze było to, że po śmierci Niemcowa praktycznie nie pozostał nikt, kto mógłby otwarcie krytykować Kreml. Ci, którzy przeżyli, trafiali do więzień lub zmuszeni byli do emigracji. Rosja konsekwentnie pozbywała się ludzi niewygodnych. To, że w Rosji ludzie giną w niewyjaśnionych okolicznościach, nie jest nowością.
Historia tego kraju, zwłaszcza okres rządów Władimira Putina, pełna jest takich przypadków. Po objęciu prezydentury na przełomie 1999 i 2000 roku Putin pozbywał się nie tylko krnąbrnych oligarchów, ale przede wszystkim niepokornych dziennikarzy. Jednym z nich był Jurij Szczekoczyn, liberalny reporter „Nowej Gaziety” i członek partii Jabłoko. Specjalizował się w ujawnianiu skandali na najwyższych szczeblach władzy, badał przekręty finansowe w ministerstwie obrony, korupcję i pranie brudnych pieniędzy przez ludzi związanych z prokuraturą, FSB i Kremlem.
Szczekoczyn wszedł także w skład niezależnego komitetu badającego serię zamachów bombowych z 1999 roku, o które władze oskarżyły Czeczenów, a które – jak wskazywało wiele dowodów – mogły zostać zorganizowane przez rosyjskie służby specjalne. Latem 2003 roku, krótko przed planowaną podróżą do Stanów Zjednoczonych, gdzie miał zdobyć dowody na pranie brudnych pieniędzy na szczeblach władzy, Szczekoczyn nagle zasłabł i trafił do szpitala. Lekarze długo nie potrafili postawić diagnozy. Chory skarżył się na pieczenie całego ciała, wymiotował, gwałtownie się postarzał, a jego organy wewnętrzne przestawały działać.
Po tygodniu męczarni zapadł w śpiączkę, z jego ciała schodziła skóra, wypadały włosy. Lekarze postawili wątpliwą diagnozę „silnego zespołu alergicznego”, by później poinformować rodzinę, że jednak doszło do zatrucia. Szczekoczyn zmarł 3 lipca 2003 roku. Rodzinie wydano jedynie oświadczenie o zgonie, a całą resztę objęto tajemnicą lekarską.
Gdy syn dziennikarza zaczął drążyć temat, otrzymywał pogróżki. Współpracownicy Szczekoczyna od razu zauważyli, że jego śmierć nie była przypadkowa. Dziennikarz przygotowywał bowiem materiał obnażający nadużycia władz i służb, jednak nigdy nie dowiemy się, jakie dokumenty miał zdobyć w Stanach Zjednoczonych. W tamtym okresie niepokornych dziennikarzy w Rosji było więcej.
Wśród nich znajdowała się podopieczna Szczekoczyna, Anna Politkowska, dziś uznawana za ikonę niezależnego dziennikarstwa i symbol odwagi. Świat poznał ją, gdy często nielegalnie jeździła do Czeczenii podczas drugiej wojny czeczeńskiej w 1999 roku. W „Nowej Gaziecie” bez cenzury opisywała rosyjskie zbrodnie na cywilach, gwałty, bandytyzm i samowolę żołnierzy kontraktowych. Putin i jego otoczenie wyjątkowo jej nienawidzili, a ona pojawiała się wszędzie tam, gdzie władza nie chciała jej widzieć.
Podczas zamachu terrorystycznego na szkołę w Biesłanie w 2004 roku Politkowska była przekonana, że uda jej się wynegocjować z terrorystami uwolnienie zakładników. Służby robiły jednak wszystko, by uniemożliwić jej dotarcie na miejsce. W trakcie podróży nagle zasłabła w samolocie, krótko po tym, gdy podano jej herbatę. W szpitalu w Rostowie z trudem przywrócono ją do życia.
Politkowska celowo nie była zapraszana na konferencje prasowe, funkcjonariusze i informatorzy z Kremla bali się z nią spotykać. Wsparcie miała jedynie ze strony ludzi z „Nowej Gaziety”, opozycjonistów i obrońców praw człowieka. Reszta Rosji patrzyła na nią jak na „wariatkę z Moskwy”. Jej córka Wiera w książce o matce pisała, że w ostatnich latach życia Anna wydawała się zagubiona we własnym świecie, jakby grała główną rolę w filmie o spisku, który oślepił wszystkich innych, a ona pozostała jedyną osobą dostrzegającą rzeczywistość.
W środowisku dziennikarskim stała się niepopularna, większość kolegów jej nie rozumiała. Na Zachodzie była natomiast ceniona za odwagę. Politkowska nie gryzła się w język również w odniesieniu do rosyjskiego narodu. W jednym z artykułów pisała: „Jesteśmy zdziczali, tak zdziczali, że niejednemu robi się niedobrze.
Apatia naszego społeczeństwa zdaje się nie mieć granic. Nasze zepsute społeczeństwo pragnie tylko spokoju. Zabijanie to normalka, grabież – a co tam, plądrowanie to prawo wojny”. Pewnego jesiennego dnia Politkowska wracała do domu z zakupami.
Gdy wchodziła do windy w centrum Moskwy, została zastrzelona. Zabójstwa dokonano 7 października 2006 roku, w dniu urodzin Władimira Putina. Jej śmierć była wstrząsem dla Zachodu i rosyjskiej opozycji, choć sama dziennikarka wielokrotnie uprzedzała rodzinę, że taki dzień może nadejść. Jej córka Wiera ze szczegółami opisała dzień śmierci matki.
Pamiętała ostatnią rozmowę i chwilę, gdy zadzwonił do niej brat Ilia z dramatyczną wiadomością: „Zabili mamę”. „To pomyłka” – pomyślała wówczas. Krótko po zabójstwie w mieszkaniu Politkowskiej pojawili się funkcjonariusze służb, którzy skrupulatnie przeszukali lokal, zabierając aparat, laptopa i dokumenty. Kilka dni później odbył się pogrzeb dziennikarki, relacjonowany przez media z całego świata.
Na uroczystości pojawili się także ambasadorowie wielu państw. Wiera Politkowska tak wspominała ten dzień: „Na pogrzebie zjawił się tłum zapłakanych ludzi. Tego dnia naprawdę zdałam sobie sprawę, jaką estymą cieszyła się mama, jak ją kochano i jak bardzo jej zabójstwo poruszyło opinię publiczną”. Dodała, że dla wielu ludzi zgasła wtedy nadzieja na znalezienie sprawiedliwości.
Nieco ponad miesiąc po śmierci Politkowskiej zginęła kolejna osoba niewygodna dla Putina. Aleksandr Litwinienko, były funkcjonariusz FSB, wystąpił przeciwko swoim przełożonym i trafił do więzienia. Później uzyskał azyl w Wielkiej Brytanii, gdzie publikował treści wymierzone w zbrodnie Putina i FSB. W listopadzie 2006 roku Litwinienko został otruty toksycznym, radioaktywnym izotopem polonu, który podano mu w herbacie.
Politycznych morderstw było już tak wiele, że trudno było przejść obok nich obojętnie. W 2007 roku rosyjski reżyser Andriej Niekrasow wraz z żoną Olgą Konską wypuścili na festiwalu w Cannes film „Bunt: sprawa Litwinienki”, sugerujący, że Rosją rządzą służby, a w kraju i poza nim zabija się ludzi krytykujących Putina. Materiał zawierał wcześniej niewyemitowane wypowiedzi zarówno Litwinienki, jak i zamordowanej Anny Politkowskiej. Na Zachodzie i w Polsce film odbił się szerokim echem, ale w Rosji nic się nie zmieniło.
W całej historii politycznych morderstw ery Putina szczególne miejsce zajmuje Borys Bieriezowski, człowiek, który przyłożył rękę do wprowadzenia Putina na Kreml. Był bliskim współpracownikiem prezydenta Jelcyna, naukowcem, matematykiem i fizykiem, członkiem Rosyjskiej Akademii Nauk, ale przede wszystkim magnatem finansowym. Bieriezowski wzbogacił się między innymi na sprowadzaniu do Rosji mercedesów i używanych aut, inwestował na Zachodzie, założył telewizję ORT i skupował akcje, skutecznie unikając rosyjskiej skarbówki. Po kilku latach jego majątek szacowano na około 3 miliardy dolarów, co czyniło go jedną z najbardziej wpływowych osób w kraju.
Z Putinem poznał się w Petersburgu w drugiej połowie lat 90. Młody, ambitny polityk, który – jak mówił Bieriezowski – był jednym z nielicznych urzędników niebiorących łapówek, zrobił na nim wrażenie. Zaprzyjaźnili się, spędzali razem wakacje i wspierali w rozszerzaniu politycznych wpływów. W 1999 roku, gdy Bieriezowskiego oskarżono o malwersacje w Aerofłocie, Putin demonstrował swoją przyjaźń, a zarzuty zostały wycofane.
To wtedy oligarcha związał się z Putinem na dobre i zgodził się wspierać jego drogę na Kreml, licząc, że dla niego również znajdzie się miejsce w strukturach nowej władzy. Bieriezowski odegrał niebagatelną rolę w decyzji Jelcyna o wyznaczeniu szefa FSB na następcę. To on przekazał Putinowi wiadomość o nominacji na premiera. Według relacji doszło wówczas do wymiany zdań: „Chyba nie jestem na to gotów” – miał powiedzieć Putin.
„Tak, tak, wiem, ty chciałbyś zostać mną” – miał odpowiedzieć Bieriezowski. Ostatecznie Putin zgodził się, mówiąc, że musi to jeszcze usłyszeć od samego Jelcyna. Bieriezowski nie tylko popierał działania wojenne w Czeczenii, ale także wierzył w wersję o czeczeńskim sprawstwie zamachów z 1999 roku. Wybór Putina na premiera, nominacja na pełniącego obowiązki prezydenta i zwycięstwo w wyborach w marcu 2000 roku miały być triumfem ich obu.
Stało się jednak inaczej. Oligarchę szybko zaniepokoiły zmiany ograniczające władzę samorządową w Rosji. Uważał, że decyzje Putina pchają kraj w stronę autorytaryzmu. Krótko po wyborach przedstawił prezydentowi memorandum poświęcone federalizmowi, które odbiegało od planów Kremla.
Putin miał wtedy powiedzieć: „Borys, ja cię nie rozumiem. My to władza, a ty jakby jeden z nas. Jeśli wystąpisz przeciwko nam, to kogo będziesz reprezentować? ”.
Bieriezowski odpowiedział, że pozostaje mu publiczna polemika. Jeszcze w maju 2000 roku Bieriezowski opublikował list otwarty do Putina. Prezydent uznał to za zdradę, a zdrad – jak powszechnie wiadomo – nigdy nie wybaczał. Spór z oligarchą był zresztą Putinowi na rękę, ponieważ preferował stworzenie nowej, własnej kasty oligarchów pod pełną kontrolą.
W sierpniu 2000 roku zatonął okręt podwodny Kursk. Putin przechodził wówczas pierwszy poważny kryzys polityczny, oskarżano go o opieszałość w ratowaniu ponad stu marynarzy. Na jaw wyszła też odmowa przyjęcia amerykańskiej pomocy. Rodziny ofiar zaciekle atakowały władzę w tej sprawie.
Wówczas doszło do ostrej rozmowy Bieriezowskiego z Putinem, który zarzucił oligarchie wynajęcie prostytutek udających żony marynarzy. Bieriezowski miał odpowiedzieć: „Wołodia, to nieprawda. Prawdziwe żony i siostry. Twoi idioci z KGB karmią cię zmyślonymi historiami, a ty, jeśli im wierzysz, niedaleko od nich odszedłeś”.
Telewizja ORT zaczęła nadawać programy o katastrofie, przedstawiające Putina w negatywnym świetle. Ostatecznie Bieriezowski, który otwarcie wystąpił przeciwko dawnemu sojusznikowi, zaczął być zastraszany. Putin zażądał od niego sprzedaży udziałów w telewizji. Oligarcha odmówił, ale administracja prezydenta i tak dopięła swego.
Z miesiąca na miesiąc w Rosji gasła wolność słowa, ograniczano wolność mediów, dziennikarzy zastraszano, aż w końcu zaczęli ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach. Bieriezowski czuł, że jego życie jest zagrożone. W 2001 roku opuścił Rosję na zawsze i wyemigrował do Wielkiej Brytanii. Przez ponad dziesięć lat zbierał materiały i finansował badania na temat nadużywania władzy przez Putina, łamania praw człowieka i demokracji w Rosji.
Wspierał pomarańczową rewolucję na Ukrainie oraz działalność rosyjskich organizacji demokratycznych. Wielokrotnie mówił w wywiadach o wyrzutach sumienia z powodu wprowadzenia Putina na Kreml, nazywając to największym błędem swojego życia. Współpracował z wieloma rosyjskimi aktywistami na emigracji, między innymi z Aleksandrem Litwinienką, któremu pomógł w ucieczce z Rosji. Bieriezowski nie był jednak idealistą pokroju Politkowskiej, sam też nie był święty i z pewnością szukał zemsty na człowieku, który pozbawił go wpływów.
Putin jednak zdrady nie zapomina. 23 marca 2013 roku Bieriezowski został znaleziony martwy w łazience jednej z willi pod Londynem. Sekcja zwłok wykazała „uduszenie na skutek powieszenia”, jednak okoliczności jego śmierci – podobnie jak w wielu innych przypadkach – nie są jasne. Tak zakończył się żywot człowieka, który wprowadził Putina na Kreml.
W ciągu kilku lub kilkunastu lat putinowska Rosja pozbyła się wszystkich, którzy mogli jej zagrozić. Dziś w kraju nie ma już nikogo pokroju Politkowskiej, Niemcowa czy Szczekoczyna. Od lat Putin nie ma realnej opozycji, ma za to nieograniczoną władzę.