Zabójczy gaz. Jak powstał i czym był Cyklon B?

Zabójczy gaz. Jak powstał i czym był Cyklon B?

Setki tysięcy puszek z diabelsko brzmiącą etykietą „GIFTGAS – ZYKLON” stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli zbrodni popełnionych podczas II wojny światowej. Wypełnione kulkami nasyconymi śmiertelnym cyjanowodorem, po osiągnięciu odpowiedniej temperatury zamieniały się w zabójczy gaz, który pozbawił życia setki tysięcy ludzi. Ofiarami tej metody byli nie tylko Żydzi, ale także Polacy, Rosjanie i Romowie. Historia Cyklonu B sięga roku 1920.

Thumbnail

Jego twórcami byli Fritz Haber, wybitny niemiecki chemik pochodzenia żydowskiego, oraz jego współpracownicy: toksykolog Ferdinand Flury i entomolog Albrecht Hase. Opracowana substancja służyła początkowo celom odkażającym i odrobaczającym. Najbardziej zapamiętanym z twórców preparatu jest Fritz Haber, urodzony 9 grudnia 1868 roku we Wrocławiu. Studiował w Heidelbergu i Berlinie.

Mimo żydowskiego pochodzenia na przełomie wieków przeszedł na protestantyzm. W pierwszej dekadzie XX wieku opracował metodę syntezy amoniaku nazwaną później jego nazwiskiem. Po wybuchu I wojny światowej Haber jako germanofil zaangażował się we wspieranie wysiłku wojennego Rzeszy. To m.

in. on forsował użycie gazów bojowych w arsenale niemieckiej armii, a pod osławionym Ypres osobiście nadzorował ich zastosowanie. Efekty były makabryczne – żołnierze umierali w męczarniach. Z konsekwencjami tej nieludzkiej broni nie mogła pogodzić się żona Habera, która popełniła samobójstwo.

Sam naukowiec pozostał niewzruszony; dzień po jej pogrzebie wyjechał na front wschodni, by kontynuować testy gazów. Koniec wojny przyniósł Haberowi wielkie uznanie – za udaną syntezę amoniaku otrzymał Nagrodę Nobla z chemii. Następnie rozpoczął pracę w Niemieckim Towarzystwie Zwalczania Szkodników, gdzie wraz z zespołem opracował skuteczny środek przeciw gryzoniom, nazwany Cyklonem B. Towarzystwo przejęła później niemiecka firma Degussa, która promowała wynalazek na całym świecie.

Dystrybucję ułatwiało zwiększenie kapitału spółki poprzez sprzedaż udziałów koncernowi IG Farben – temu samemu, który podczas wojny wykorzystywał niewolniczą pracę więźniów obozów koncentracyjnych. Karierę niemieckiego naukowca przerwało dojście NSDAP do władzy. W obliczu ustaw antyżydowskich Haber wyemigrował do Wielkiej Brytanii, a następnie do Szwajcarii, gdzie zmarł 29 stycznia 1934 roku. Tymczasem zapotrzebowanie na Cyklon stale rosło.

Produkt wytwarzano w zakładach w Dessau, a ziemia okrzemkowa nasycana cyjanowodorem pochodziła od IG Farben. Prawa do dystrybucji miała firma Degesch, należąca do Degussy. O sile Cyklonu świadczyły przede wszystkim cena, skuteczność i szybkość działania. Jeden kilogram preparatu, zdolny zabić około 250 osób, kosztował zaledwie 5 marek niemieckich.

Błędem jest jednak twierdzenie, że to Niemcy jako pierwsi wykorzystali cyjanowodór do zabijania ludzi. W 1924 roku zastosowali go Amerykanie do wykonywania wyroków śmierci na skazańcach. Były to jednak przypadki odosobnione – masowe użycie tego środka zapoczątkowała dopiero III Rzesza. Dlaczego niemieccy architekci polityki eksterminacji sięgnęli po ten środek zamiast „klasycznych” metod zabijania?

Odpowiedź jest prosta – stare metody okazały się niewystarczające. Zabicie kilkunastu osób było mniej problematyczne logistycznie, ale mordowanie setek tysięcy ludzi stwarzało ogromne trudności organizacyjne i psychologiczne. Problemy narosły wraz z wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej, gdy oddziały Einsatzgruppen pod kierownictwem Reinharda Heydricha miały dokonywać masowych mordów na Żydach na Wschodzie. Szacuje się, że do końca 1941 roku Niemcy wraz z lokalną ludnością, zwłaszcza ukraińską, zamordowali kilkaset tysięcy osób.

Pochowanie wszystkich ciał w pośpiechu stwarzało ogromne problemy: skażenie wód gruntowych, epidemie oraz ryzyko ujawnienia zbrodni. Nie bez znaczenia był też stan psychiczny sprawców. Wśród członków Einsatzgruppen – często dobrze wykształconych policjantów i śledczych – szerzyły się alkoholizm i depresja. Część popełniała samobójstwa, demoralizując pozostałych.

Heinrich Himmler szybko dostrzegł te skutki i miał podobno powiedzieć, że „zabijanie ludzi przez rozstrzeliwanie nie jest szczególnie humanitarne”. W pośpiechu szukano nowych metod. Dowódca Einsatzgruppe B, Arthur Nebe, wpadł na pomysł użycia dynamitu. Efekty były katastrofalne – wybuch nie tylko zniszczył bunkier, ale rozrzucił szczątki ofiar po okolicy, co było jeszcze bardziej przerażającym widokiem.

Architekci eksterminacji mogli jednak skorzystać z doświadczeń związanych z trwającym programem mordowania osób niepełnosprawnych i chorych psychicznie. Od października 1939 roku na mocy dyrektywy Adolfa Hitlera realizowano tzw. Akcję T4, której celem była masowa zagłada pacjentów szpitali psychiatrycznych. Podczas wojny, zwłaszcza w okupowanej Polsce, chorych mordowano gazami spalinowymi z silników.

Metoda ta była jednak daleka od ideału – trzeba było uruchomić silnik i słuchać krzyków duszących się ofiar. Śmierć była powolna i męcząca, a widok pozostawał w pamięci na zawsze. Mimo to gazy spalinowe wykorzystywano w wielu miejscach zagłady – od Mohylowa i Połtawy po Kulmhof, Sobibór, Treblinkę i Bełżec. Wyjątkiem był obóz Auschwitz oraz w pewnym stopniu KL Lublin, gdzie stosowano zarówno gazy spalinowe, jak i kulki nasycone cyjanowodorem.

To właśnie w Auschwitz Cyklon B był używany na największą skalę. O nowej, ludobójczej roli obozu komendant Rudolf Höss dowiedział się latem 1941 roku od Heinricha Himmlera. Höss wspominał później, że zadanie było niezwykle trudne i wymagania Himmlera niemal nierealne. Mimo to jako oddany funkcjonariusz zabrał się do pracy, czego efektem była budowa nowego obozu w Birkenau oraz pierwsze masowe zabójstwa przy użyciu Cyklonu B.

Dlaczego w Auschwitz zastosowano Cyklon B, a nie spaliny? Höss tłumaczy to w swoich wspomnieniach, opisując rozmowy z Adolfem Eichmannem, koordynatorem logistyki Holokaustu. Eichmann początkowo proponował spaliny, ale Höss wskazał, że w przypadku dużych liczb przeznaczonych do eksterminacji metoda ta będzie niewystarczająca. Eichmann zapisał w swoim dzienniku chęć znalezienia gazu, który „można łatwo zdobyć i który nie wymaga specjalnych instalacji”.

Według relacji Hössa, pomysłodawcą użycia Cyklonu B był Schutzhaftlagerführer Karl Fritzsch. Jesienią 1941 roku władze obozu stanęły przed koniecznością zamordowania rosnącej liczby sowieckich jeńców wojennych. Zabijanie ich tradycyjnymi metodami było czasochłonne, wyczerpujące i psychicznie obciążające. 3 września 1941 roku Fritzsch przeprowadził eksperyment – w piwnicy bloku 11 zamknięto 600 sowieckich jeńców i 250 Polaków, po czym wprowadzono Cyklon B.

Część więźniów przeżyła, więc gazowanie powtórzono. Do 5 września nikt nie żył. Nie wiadomo, skąd Fritzsch wziął ten pomysł, choć już na początku 1940 roku Cyklonem B zgładzono w Buchenwaldzie 250 romskich dzieci z Brna. Eksperyment w Auschwitz uznano za udany.

Höss został poinformowany natychmiast, a następnie powiadomił Eichmanna. Zapadła decyzja o wykorzystaniu Cyklonu B do zabijania więźniów. Ponieważ piwnica bloku 11 nie nadawała się do ciągłej eksterminacji, zabójstwa przeniesiono do kostnicy przy krematorium. Zamontowano specjalne otwory i włazy, przez które wrzucano kulki cyjanowodoru.

Starano się, aby pomieszczenia były jak najbardziej wypełnione ludźmi, co maksymalizowało skuteczność środka. Krematorium nie nadążało jednak z paleniem ciał – jego dzienna wydajność wynosiła około 340 zwłok. Zabójstwa w tym miejscu zakończono na początku 1942 roku, a cały proces eksterminacji przeniesiono do Birkenau, gdzie początkowo utworzono dwie tymczasowe komory gazowe. Użycie Cyklonu B zyskało szeroką aprobatę wśród decydentów, w tym komendanta Hössa, który z charakterystycznym chłodnym profesjonalizmem opisywał działanie środka.

„Doświadczenie dowiodło, że preparat kwasu pruskiego, Cyklon B, powoduje śmierć z niezawodną pewnością i szybkością – zwłaszcza w suchych, zamkniętych pomieszczeniach […] pod warunkiem, że komory są całkowicie wypełnione ludźmi. Nigdy nie widziałem ani nie słyszałem o przypadku w Auschwitz, aby zgazowana osoba żyła jeszcze po otwarciu komór pół godziny po wprowadzeniu gazu” – wspominał. Ogromne znaczenie miał wygląd ofiar po śmierci. W przeciwieństwie do egzekucji czy gazowania spalinami, ciała wyglądały „stosunkowo normalnie”.

Nie było widocznych oznak duszenia, spazmów ani przebarwień. Twarze nie były wykrzywione bólem. Prowadzeniu ofiar na śmierć towarzyszyła pozorna „cywilizacja”. Żydów wysiadających na rampie traktowano względnie kulturalnie.

Obiecywano im ciepłe prysznice i miskę pożywnej zupy. Gdy ktoś stawał się zbyt pobudzony, esesmani szybko go izolowali. Mimo to dochodziło do incydentów, zwłaszcza gdy rozdzielano rodziny. Niektórzy krzyczeli, inni zadawali pytania.

Część szła w milczeniu, część się modliła. Niektórzy oczekiwali najgorszego, inni szczerze wierzyli w ciepłą kąpiel i posiłek. Höss wspominał także zachowania trudne do zrozumienia, jak donoszenie przez żydowskich więźniów na innych ukrywających się Żydów. „Kobieta już w komorze gazowej wykrzyczała adres kolejnej żydowskiej rodziny.

Mężczyzna, sądząc po ubiorze i manierach, z najwyższych sfer, wręczył mi podczas rozbierania karteczkę z adresami rodzin ukrywających Żydów” – relacjonował były komendant. „Nie potrafię wyjaśnić, co skłaniało Żydów do tych donosów – osobista zemsta, zawiść, zazdrość o dalsze życie innych? ” – zastanawiał się. Nawet personel obozu nie pozostał obojętny na proces eksterminacji.

Höss po wojnie pisał: „Dla wszystkich – z wyjątkiem nielicznych – wyznaczonych do tej potwornej »pracy«, do tej »służby«, a także dla mnie, wydarzenia te dawały wiele do myślenia i pozostawiły głęboki ślad. Wielu uczestników akcji przychodziło do mnie podczas moich obchodów miejsc zabijania, aby pozbyć się wątpliwości, podzielić się wrażeniami; chcieli, żebym ich uspokoił. Z ich poufnych rozmów nieustannie słyszałem pytanie: Czy to, co musimy robić, jest konieczne? Czy konieczne jest niszczenie setek tysięcy kobiet i dzieci?

”. Höss zapewniał, że musiał ich uciszać nakazem Führera. Oczywiście ten fragment wspomnień można kwestionować – Höss jako sumienny zarządca mógł chronić swoich podwładnych. Z drugiej strony jego wspomnienia są powszechnie uznawane za wysoce wartościowe źródło informacji.

Były komendant wspominał też o „nielicznych wyjątkach” wśród esesmanów, dla których piekło komór gazowych było nie do zniesienia. Lekarz obozowy Johann Paul Kremer zapisał w dzienniku 2 sierpnia 1942 roku: „W porównaniu z tym, co się tu dzieje, Inferno Dantego wydaje się niemal komedią”, dodając trzy dni później: „najokropniejsze z okropności. Dr Thilo miał rację – jesteśmy tutaj w anus mundi”. Jesień 1944 roku, bombardowania i ogólny upadek frontu stopniowo ograniczały dostawy środka do obozów zagłady.

Od lipca 1944 roku fabryka w Dessau była intensywnie bombardowana, co poważnie utrudniło produkcję, całkowicie wstrzymaną 7 marca 1945 roku. Wtedy też zakończyły się największe operacje ludobójstwa, zwłaszcza mord węgierskich Żydów. Odpowiedzialni za produkcję i sprzedaż Cyklonu B stanęli przed alianckimi sądami. W marcu 1946 roku przed brytyjskim sądem wojskowym w Hamburgu sądzono przedstawicieli firmy Tesch & Stabenow – Bruno Tescha, Joachima Hansa Drosihna i Karla Weinbachera – za pomocnictwo w morderstwie poprzez sprzedaż Cyklonu B.

Tesch i Weinbacher zostali skazani na karę śmierci. Cyklon badano także podczas procesu IG Farben w Norymberdze. Przedstawiciele DEGESCH zostali uniewinnieni z powodu braku wystarczającego wpływu na politykę firmy. Ostatnim rozdziałem w historii Cyklonu B był proces w 1949 roku, gdy dyrektor zarządzający DEGESCH, Gerhard Peters, został skazany na pięć lat więzienia.

Wyrok został początkowo uchylony, ale sąd przysięgłych w Wiesbaden ponownie skazał Petersa – tym razem na sześć lat – za pomocnictwo w morderstwie. Wszystkie firmy handlujące Cyklonem B porzuciły tę nazwę dla swoich produktów. „Cyklon” na zawsze stał się symbolem bezprecedensowej zbrodni popełnionej podczas II wojny światowej.