Edward Gierek wypowiedział to zdanie w grudniu 1970 roku, w pierwszych dniach po przejęciu władzy po Władysławie Gomułce. „Pomożecie? ” – brzmiało wówczas jak obietnica nowego początku. Polska była zmęczona krwawymi wydarzeniami na wybrzeżu, podwyżkami cen i poczuciem, że państwo przestało słuchać własnych robotników.

Gierek przychodził z innego świata. Z kopalni Śląska, z rodziny górniczej, z emigracyjnego doświadczenia pracy we Francji i Belgii. Widział zachodnie sklepy, fabryki, drogi i mieszkania. Wiedział, że można budować szybciej.
Przez pierwszą połowę jego rządów wydawało się, że potrafił przełożyć tę wiedzę na państwowy plan. W Polsce wyrastały osiedla, modernizowano drogi, rozbudowywano huty, kopalnie i fabryki. Pojawiały się samochody, pralki, telewizory, mieszkania. Robotnicy, którzy przez lata słyszeli, że trzeba zaciskać pasa, nagle usłyszeli, że państwo zamierza dogonić Zachód.
Dla wielu ludzi nie była to abstrakcyjna propaganda, ale nowa kuchnia, pierwszy samochód, klucze do mieszkania, wyższa pensja. Władza mówiła o wielkim skoku cywilizacyjnym. W połowie lat siedemdziesiątych Polska zmieniła wygląd. Problem polegał na tym, że ten sam projekt zaczął w końcu produkować coś dokładnie przeciwnego.
Kredyty z Zachodu pozwalały szybko importować maszyny i technologie, ale sama maszyna nie spłaca kredytu. Musiała produkować dobra konkurencyjne na eksport, a eksport nie dawał tyle, ile obiecywały plany. Popyt rósł szybciej niż podaż. Im więcej ludzi miało pieniądze, tym bardziej widoczny stawał się brak towarów.
Pojawiły się kolejki, reglamentacje, przydziały. W oficjalnych dokumentach coraz częściej wracało słowo „trudności”. Pierwszy wielki alarm przyszedł w 1976 roku. Władza zdecydowała się na podwyżki cen żywności.
W Radomiu i Ursusie wybuchły protesty. Robotnicy wyszli na ulicę, a państwo odpowiedziało siłą i represjami. Po tych wydarzeniach cofnięto pełną podwyżkę cen, ale problemu nie cofnięto. Odłożono go.
Państwo zaczęło zarządzać niedoborem, a oficjalne ceny coraz mniej mówiły o rzeczywistej sytuacji gospodarki. W Warszawie dokumenty mówiły o wykonaniu planu. W fabrykach brygadziści wiedzieli, że coś się nie zgadza. Pod koniec dekady problemy były już trudne do ukrycia.
Tempo wzrostu słabło, a zadłużenie rosło. Obsługa długu zaczynała pochłaniać coraz większą część dochodów z eksportu. Fabryki, które miały zwiększać eksport, potrzebowały importowanych komponentów. Państwo musiało wydawać waluty nie tylko na dobra konsumpcyjne, ale także na to, by utrzymać przemysł w ruchu.
To była maszyna, której nie można było po prostu zatrzymać. Inwestycje były w toku, zadłużenie już istniało, a społeczne oczekiwania wzrosły. W 1980 roku wszystko zaczęło się w sposób, który dla władzy musiał wyglądać znajomo. Podwyżki cen i lokalne protesty.
W lipcu strajki objęły zakłady w różnych częściach kraju. Robotnicy domagali się przede wszystkim podwyżek i poprawy warunków życia. Gierek uczestniczył w naradach, a postulaty strajkujących określał jako partykularne potrzeby załóg nie liczące się z sytuacją kraju. Potem przyszły wakacje.
Kierownictwo partyjne rozjechało się na urlopy. Gierek wyjechał na Krym, gdzie 31 lipca spotkał się z Leonidem Breżniewem. 14 sierpnia w stoczni gdańskiej wybuchł strajk. Początkowo miał charakter zakładowy, w obronie Anny Walentynowicz, z żądaniami płacowymi i postulatami dotyczącymi warunków pracy.
W ciągu kilku dni do protestu dołączały kolejne zakłady. Powstał międzyzakładowy komitet strajkowy, a lista postulatów zaczęła przekraczać granice pojedynczej fabryki. Najważniejszy z nich dotyczył niezależnych związków zawodowych. Strajk przestał być konfliktem płacowym.
Stał się pytaniem o to, czy społeczeństwo ma prawo organizować się poza strukturą państwowej partii. Dla Gierka Gdańsk nie był zwykłym punktem na mapie. To właśnie tam dziesięć lat wcześniej krwawe starcia doprowadziły do zmiany władzy. Teraz historia wracała w tym samym miejscu.
Władza pamiętała Czechosłowację, Węgry i własny grudzień 1970 roku. Wiedziała, że użycie wojska przeciw robotnikom może zakończyć protest na ulicy, ale może także rozpocząć katastrofę polityczną. Wiedziała też, że ustępstwo może otworzyć drzwi do żądań, których nie da się już zamknąć. Gierek znał Breżniewa i wiedział, że każda próba politycznej liberalizacji może zostać oceniona jako zagrożenie dla całego bloku.
24 sierpnia rozpoczęło się czwarte plenum Komitetu Centralnego. Stanisław Kania przedstawił obraz sytuacji. Według danych w Gdańsku i Gdyni strajkowało około 130 tysięcy pracowników w 140 zakładach, w Szczecinie 60 tysięcy, w województwach elbląskim i słupskim 25 tysięcy. To nie były już liczby, które można było potraktować jako lokalny problem.
Gierek bronił programu rozpoczętego w 1970 roku, ale jednocześnie mówił o konieczności daleko idących zmian w biurze politycznym i sekretariacie. Pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku Tadeusz Fiszbach zauważył, że błędem byłoby uważać strajk za efekt działalności nielicznej grupy antysocjalistycznej. Jeżeli problem nie jest spiskiem, lecz reakcją szerokich grup robotników, nie można go rozwiązać samym aparatem bezpieczeństwa. W końcu w kierownictwie pojawiło się określenie „mniejsze zło”.
Gierek nie chciał wolnych związków zawodowych, mówił o tym wprost, ale w sytuacji groźby strajku generalnego rozważał zgodę jako mniej niebezpieczną od całkowitej konfrontacji. 30 sierpnia podpisano porozumienie w Szczecinie, 31 sierpnia w Gdańsku, 3 września w Jastrzębiu, 11 września w Hucie Katowice. Władza zgadzała się na coś, co jeszcze krótko wcześniej wydawało się niewyobrażalne. Niezależne, samorządne związki zawodowe.
Dla PZPR oznaczało to, że jej monopol właśnie został naruszony. 5 września 1980 roku pojawił się komunikat o poważnych problemach zdrowotnych pierwszego sekretarza. Szóste plenum odsunęło go od funkcji i wybrało na jego miejsce Stanisława Kanię. Choroba była faktem, ale polityczne znaczenie choroby pozostawało bardziej złożone.
Ludzie, którzy przez lata budowali pozycję Gierka, zaczynali się od niego odsuwać. W systemie opartym na kolektywnej odpowiedzialności zawsze przychodzi chwila, kiedy trzeba znaleźć winnego. Gierek takim nazwiskiem został. W 1981 roku został wykluczony z partii.
W stanie wojennym go internowano. Człowiek, który przez dekadę był twarzą Polski budującej, został przedstawiony jako jeden z głównych odpowiedzialnych za ruinę. Jego biografia rozszczepiła się. Jedni pamiętali mieszkania, drogi, fabryki i poczucie, że żyje się lepiej niż wcześniej.
Drudzy pamiętali ceny, kolejki, represje i to, że cały awans był kupowany na kredyt. Gierek naprawdę dokonał wielkiej modernizacji infrastrukturalnej i przemysłowej. Naprawdę podniósł poziom konsumpcji w pierwszych latach dekady. I naprawdę jego model rozwoju okazał się nietrwały.
Dług rósł, eksport nie wystarczał do jego obsługi, a gospodarka traciła zdolność do równoczesnego finansowania inwestycji, konsumpcji i zobowiązań zagranicznych. Kiedy w końcu ciężar przeniósł się na codzienne życie, bunt nie wybuchł w najbiedniejszej Polsce. Wybuchł w społeczeństwie, które już zobaczyło, że można żyć inaczej. Niedosyt po poprawie jest politycznie bardziej niebezpieczny niż sama bieda.
Jeśli ktoś przez lata widzi poprawę, a potem zaczyna ją tracić, odczuwa to jak osobistą zdradę. Czy Gierek wiedział, że sytuacja jest nie do uratowania? W sensie dosłownym nie sposób tego udowodnić. Dokumenty nie tworzą jednej chwili objawienia.
Pokazują narastanie świadomości problemu. W 1976 roku wiedział już, że próba podniesienia cen może wywołać protest. Pod koniec dekady musiał wiedzieć, że zadłużenie jest coraz większym obciążeniem. W 1980 roku wiedział, że protesty dotykają fundamentów systemu.
Największym błędem w ocenianiu ludzi z przeszłości jest zakładanie, że znali przyszłość tak jak my. Gierek w 1972 roku nie wiedział, że w 1980 roku stocznia w Gdańsku będzie negocjować z rządem. Ale w pewnym momencie przestał mieć prawo do niewiedzy. Ten moment nastąpił kilka lat przed jego upadkiem.
W sierpniu 1980 roku Gierek miał jeszcze możliwość wyboru. Nie mógł cofnąć zadłużenia, nie mógł wybudować brakujących fabryk ani przywrócić zaufania jednym przemówieniem. Mógł natomiast zdecydować, czy pozwolić na użycie siły, czy negocjować. Wybrał negocjacje.
Ta decyzja była jednocześnie jego ostatnią próbą zachowania kontroli i przyznaniem, że dawny sposób rządzenia przestał działać. Zgoda na niezależne związki zawodowe była sprzeczna z jego polityczną tożsamością. Gierek wychował się w ruchu komunistycznym i wierzył w rolę partii. Aby ratować władzę, musiał zgodzić się na rozwiązanie, które tę władzę ograniczało.
Jego ostatnie dni nie były opowieścią o niewykorzystanym cudownym ruchu. Były opowieścią o człowieku, który znalazł się na końcu własnej drogi politycznej i musiał obserwować, jak wydarzenia wymykają mu się z rąk. Co wiedział? Wiedział, że gospodarka jest w kryzysie.
Wiedział, że strajki nie są lokalnym zaburzeniem. Wiedział, że użycie siły może kosztować więcej niż ustępstwo. Wiedział też, że w partii narastają różnice i że jego pozycja słabnie. Nie wiedział natomiast, że Solidarność stanie się ruchem o takiej skali.
Nie mógł wiedzieć, że komunizm w Europie Środkowej zacznie się chwiać. Wiedział jedno. Pewien rodzaj Polski już się skończył i z jego gabinetu nie da się tego końca zatrzymać. Gierek dożył czasów, w których Polska stała się państwem demokratycznym.
Jego dziedzictwo pozostało niejednoznaczne. Był politykiem, który przez lata budował system oparty na obietnicy materialnej poprawy. Kiedy ta obietnica przestała być wiarygodna, pozostała sama władza, a sama władza nie wystarczyła. Jego epoka zamknęła się we wrześniu 1980 roku, ale ślady pozostały w blokach, drogach, fabrykach, zadłużeniu i pamięci rodzin.
Sierpień 1980 roku odsłonił to, co było już pod spodem. Człowiek, który chciał kupić Polsce czas, kupił go kredytem, ale kredyt kupił tylko kilka lat. Nie kupił trwałego rozwiązania.