Jan Englert odmówił. Piotr Frączewski odmówił. Trzeci aktor też powiedział nie. Rola, o której dziś mówi się, że stworzyła całe polskie kino kryminal…

Jan Englert odmówił. Piotr Frączewski odmówił. Trzeci aktor też powiedział nie. Rola, o której dziś mówi się, że stworzyła całe polskie kino kryminal...

Jana Englerta odrzucił propozycję. Piotr Fronczewski również. Trzeci kandydat, którego nazwisko podsunął operator, też ostatecznie się wycofał. Rola, o której później mówiono, że stworzyła całe polskie kino kryminalne, leżała na stole i nikt nie chciał jej tknąć.

Thumbnail

Aktorzy bali się tak zwanego syndromu Klosa – strachu, że po jednej wielkiej roli w telewizyjnym serialu widzowie do końca życia nie zobaczą w nich nikogo innego. Wtedy na planie dziewczyna od klapsa wskazała palcem człowieka, który nie skończył żadnej szkoły teatralnej. Z wykształcenia był etnografem, pracy dyplomowej nigdy nie obronił, a na życie zarabiał jako dziennikarz w krakowskim ośrodku radiowo-telewizyjnym. To właśnie on przypadkiem wszedł w buty najsłynniejszego milicjanta w historii Polski.

Bronisław Cieślak urodził się 8 października 1943 roku w Krakowie, w samym środku wojny, w Generalnym Gubernatorstwie, gdzie Wawel był siedzibą Hansa Franka. Należał do pokolenia ukształtowanego przez świadomość, że warunki są dane z góry i że pytanie nie brzmi, czy chce się w nich żyć, tylko jak w nich żyć, żeby nie stracić siebie. Chodził do słynnego I Liceum Ogólnokształcącego imienia Bartłomieja Nowodworskiego, a jeszcze jako uczeń bywał w klubie studenckim Pod Jaszczurami na Rynku Głównym, gdzie ćwiczył nie technikę aktorską, lecz umiejętność bycia na scenie sobą i mówienia do ludzi tak, żeby chcieli słuchać. Skończył studia etnograficzne na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale nigdy nie podszedł do obrony pracy dyplomowej.

Później trafił do dziennikarstwa – zawodu w PRL niezwykle dwuznacznego, bo z jednej strony pracowało się tam z ludźmi i konkretami, a z drugiej w instytucji mającej swoje tematy zakazane i reguły gry. Przez kilka lat prowadził audycje w krakowskim ośrodku radiowo-telewizyjnym i wszystko wskazywało, że pozostanie lokalnym redaktorem, którego znają tylko w mieście. Zmienił to splot odmów i przypadku. W Polsce Ludowej istniała seria popularnych opowiadań kryminalnych zatytułowana „Ewa wzywa 07” – cienkie tomiki sprzedawane w kioskach i czytane w pociągach.

To z nich zaczerpnięto pomysł na serial o milicji. Za realizację wziął się reżyser Krzysztof Szmagier, współautor scenariusza, który szukał odtwórcy głównej roli. Problem polegał na tym, że zawód milicjanta nie cieszył się w PRL ani zaufaniem, ani prestiżem, a aktorzy mieli w pamięci los gwiazd takich jak Stanisław Mikulski, którego „Stawka większa niż życie” uwięziła na zawsze w jednej postaci. Proponowano rolę Janowi Englertowi i Piotrowi Fronczewskiemu – obaj odmówili.

Operator Wiesław Rutowicz podsuwał kandydaturę Krzysztofa Hanca, ale reżyser nie był przekonany. Wtedy klapserka Małgorzata Dobrzańska wskazała nazwisko dziennikarza z Krakowa, którego znała z telewizyjnego studia. Szmagier niemal od razu pojechał z propozycją do Cieślaka. Ten nie miał kariery aktorskiej, której mógłby zaszkodzić, nie miał teatralnego dorobku ani środowiska, które patrzyłoby mu na ręce.

Miał twarz, głos i wiarygodność – wyglądał jak człowiek, który mógłby być milicjantem, a nie jak aktor grający milicjanta. Gdy przeczytał scenariusz, przyjął rolę bez wahania. Co więcej, od razu postawił na swoim: główny bohater miał początkowo nosić nijakie nazwisko, ale Cieślak przekonał reżysera do zmiany i tak powstał Sławomir Borewicz. Mit, jakoby tytuł „07 zgłoś się” był polską odpowiedzią na Jamesa Bonda, sam aktor zresztą prostował – 07 to po prostu radiowy numer wywoławczy używany przez jednostki milicyjne w miastach wojewódzkich.

Pierwszy odcinek wyemitowano 25 listopada 1976 roku. W tamtej Polsce telewizja oznaczała dwa programy, jeden odbiornik na mieszkanie i brak alternatywy – kiedy szedł serial, szedł dla wszystkich naraz. Kolejne odcinki powstawały przez lata: w 1976, 1978, 1981, 1984 i 1987. W sumie powstało 21 odcinków, a Borewicz był jedyną postacią, która pojawiła się we wszystkich.

Bohater był zbudowany wbrew regułom: wykształcony milicjant z doświadczeniem londyńskim, cytujący literaturę, używający zachodniej wody kolońskiej, poruszający się w świecie niedostępnym przeciętnemu widzowi. Nie recytował partyjnych haseł, zachowywał się jak człowiek, który ma robotę do wykonania i wykonuje ją po swojemu. W kraju, w którym wszystko organizowano odgórnie, oglądanie kogoś działającego według własnego rozumu było czystą przyjemnością. Widzowie identyfikowali się nie z mundurem, lecz z niezależnością, a serial dawał im coś, czego nie mieli w realnym życiu – przepustkę do świata, do którego zwykły człowiek nie miał wstępu.

Wokół Borewicza zbudowano całą galerię postaci: majora Wołczyka w wykonaniu Zdzisława Tobiasza, porucznika Zubka granego przez Zdzisława Kozienia, później porucznika Jaszczuka Jerzego Rogarskiego, sierżant Ewę Olszańską i Annę Sikorę. Ironią losu było to, że w 1982 roku, dokładnie sześć lat po premierze, w serialu jako gość wystąpił Piotr Fronczewski – aktor, który uciekł przed rolą życia, wrócił do niej jako epizodysta i, jak pisano, ukradł Cieślakowi show. Na planie pojawił się też Stanisław Mikulski, którego strach przed powtórzeniem losu nazywano właśnie syndromem Klosa. Popularność Cieślaka nie była zwykłą popularnością aktora.

To było całkowite utożsamienie postaci z człowiekiem. Gdy po jego śmierci w internecie pojawiły się wspomnienia, trudno było odróżnić, czy ludzie żegnają aktora, czy fikcyjnego porucznika. W praktyce oznaczało to, że Cieślak przez całe życie nosił rolę bez przerwy – w restauracji nikt nie widział dziennikarza, tylko milicjanta, a reżyserzy przestali go widywać w innych rolach, bo bali się reakcji widowni. Mimo to Cieślak nigdy nie został zawodowym aktorem.

Nie porzucił dziennikarstwa, grał po godzinach, a jego głównym zawodem pozostawała praca w redakcji. To była świadoma kalkulacja: sława z serialu jest chwilowa, a zawód jest zawodem. Życie miało jednak pokazać, jak niewiele te kalkulacje znaczą. Bronisław Cieślak był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Sam nigdy się z tym nie krył i konsekwentnie bronił swojego bohatera argumentem, że nie grał milicjanta, tylko fikcyjną postać porucznika. Zarazem seriale milicyjne miały w PRL wpisaną funkcję oswajania i budowania wrażenia porządku, więc propagandowa treść istniała – ale, jak trafnie ujęto, był to gatunek, który wymknął się spod kontroli i stał się dokumentem epoki. Dziś ogląda się go nie dla sprawnej milicji, lecz dla ulic, mieszkań, samochodów, ubrań i języka, których już nie ma. Rok 1989 był dla Polski przełomowy, dla Cieślaka oznaczał koniec pracy.

Z przyczyn politycznych został pozbawiony posady w krakowskim ośrodku radiowo-telewizyjnym. Miał wtedy 46 lat, rodzinę na utrzymaniu i żaden zawód. Odnotowano, że cieszył się dobrą opinią również wśród kolegów z drugiej strony politycznej barykady – nie wyrzucono go za krzywdy wyrządzone konkretnym ludziom, lecz za przynależność do kategorii, za legitymację, za etykietę. Po stracie pracy najsłynniejszy milicjant Polski zajął się zaopatrzeniem: załatwianiem, dowożeniem, organizowaniem dostaw.

Człowiek, którego twarz znała cała Polska, jeździł po towar do magazynów, słysząc po raz tysięczny: „Panie poruczniku, a co pan tu robi? ”. System, któremu przez lata był przepustką, w jednym sezonie stał się jego wyrokiem – nie skorzystał ani na starym, ani na nowym porządku. Wypadł pomiędzy.

I właśnie z tego wypadnięcia wzięła się jego kolejna decyzja. W 1997 roku z ramienia Sojusz Lewicy Demokratycznej zdobył mandat poselski, a w 2001 roku uzyskał go ponownie z list koalicji SLD i Unii Pracy. Zadziałała zwykła arytmetyka wyborcza: rozpoznawalność. Był twarzą, która przez dwie dekady kojarzyła się z porządkiem i uczciwym śledztwem.

Kapitał symboliczny działa jednak w obie strony. W 2001 roku Cieślak wjechał samochodem pod prąd w ulicę jednokierunkową, został zatrzymany do kontroli i odmówił badania trzeźwości, zasłaniając się immunitetem poselskim. W 2002 roku ukarano go mandatem 1200 złotych, odebrano mu prawo jazdy na sześć miesięcy, a sprawą zajęła się sejmowa komisja etyki. Nie ma podstaw, by twierdzić, że został skazany za jazdę po alkoholu – odmowa badania pozostaje odmową, a tego, co pokazałby alkomat, nie dowiemy się nigdy.

Najgorsze było jednak sięgnięcie po immunitet, które uderzyło w poczucie sprawiedliwości zwykłych obywateli i sprawiło, że sprawę zapamiętano na dwie dekady. Następna awantura przyszła w lutym 2005 roku, podczas sejmowej debaty nad tak zwaną listą Wildsteina – spisem nazwisk figurujących w archiwach IPN, który nie rozróżniał ról i wywołał ogólnokrajową burzę. Trybunał Konstytucyjny precyzował wcześniej, że aby uznać kogoś za współpracownika, musi zaistnieć łącznie pięć przesłanek: współpraca tajna, świadoma, operacyjne zdobywanie informacji, kontakty ze służbami i konkretne działania danej osoby. Cieślak w debacie powiedział, że jego formacja nie czuje się stroną awantury, dodając, że lewicowy elektorat nie jest skłonny się tym ekscytować, że donosicieli werbowano masowo w kręgach dawnej opozycji i że ostrze lustracyjnej siekiery obraca się między dawnymi kolegami w roku wyborczym.

To była retoryka doświadczonego dziennikarza: dystans, przeniesienie ciężaru, podważenie motywów. Miał rację o tyle, że archiwa szybko stały się narzędziem walki politycznej, ale dla ludzi pokrzywdzonych przez system jego słowa musiały brzmieć nie do zniesienia – on mówił z pozycji człowieka, który uważał tamten świat za zastany warunek gry. Trzeba mu jednak oddać jedno: nigdy nie udawał kogoś innego. Nie odkrył w sobie nagle bohatera, nie napisał wspomnień, w których wychodzi na człowieka walki.

Był tym, kim był, i bronił tego publicznie. Po zakończeniu kariery poselskiej wrócił przed kamerę. Przyjął rolę w paradokumentalnym serialu „Malanowski i partnerzy” – produkcji szybkiej, taniej i emitowanej po południu. Dla wielu brzmiało to jak upadek, ale on nigdy nie uważał się za świętość aktorską, nie miał teatralnego etosu, traktował to jak pracę.

I zatoczył koło: człowiek, który zaczynał jako porucznik ścigający przestępców, po trzydziestu latach znów grał w opowieści o dochodzeniu do prawdy. Aktywny zawodowo był praktycznie od 1976 roku aż do śmierci. Prywatnie nie robił z siebie tematu dla tabloidów – miał żonę Annę i troje dzieci, a jego bratanica Anna Cieślak również została aktorką. Zmarł 2 maja 2021 roku w Krakowie, w wieku 77 lat.

Telewizje natychmiast przypomniały serial, media żegnały wielką gwiazdę srebrnego ekranu, choć aktorem był tylko po godzinach. A pod artykułami ludzie pisali wspomnienia, w których trudno było odróżnić, czy żegnają zmarłego człowieka, czy fikcyjnego porucznika. Umarł Bronisław Cieślak, a Polska żegnała Sławomira Borewicza. To była historia człowieka, który przez całe dorosłe życie był zakładnikiem jednego przypadku: trzej lepsi aktorzy odmówili, bo bali się, że rola zniszczy im życiorysy, a dziewczyna od klapsa wskazała palcem dziennikarza z Krakowa.

I najgorszy żart tej historii polega na tym, że ci aktorzy mieli rację – rola rzeczywiście pochłonęła człowieka, tyle że nie ich, tylko jego. Oni się uratowali, on zapłacił za nich wszystkich. Gdy serial był na szczycie, wszyscy widzieli w nim milicjanta. Gdy przyszedł rok 1989, stracił pracę za legitymację.

Gdy wszedł do polityki, wygrał dzięki twarzy stróża prawa, a potem tą samą twarzą został uderzony, gdy sam zadarł z prawem. Gdy umarł, ludzie żegnali postać, nie człowieka. Zawsze wygrywała maska. Nie był bohaterem i nigdy tak o sobie nie mówił.

Nie był też cynicznym funkcjonariuszem systemu, bo system wyrzucił go na bruk. Był przyzwoitym człowiekiem, który grał kartami, jakie mu rozdano, i czasem grał je źle. A 21 odcinków kręconych przez ponad dekadę pozostało jednym z najlepszych zapisów tego, jak wyglądała Polska między 1976 a 1987 rokiem – ulice, sklepy, ubrania, mieszkania i język, których już nie ma. Produkcja, która miała pokazywać, jaka powinna być tamta Polska, przypadkiem utrwaliła to, jaka naprawdę była.

A twarzą tego zapisu został etnograf, który nigdy nie obronił dyplomu z badania ludzkich obyczajów, a potem przez czternaście lat robił badania terenowe własnego kraju przed kamerą.