Tamtej nocy obudził mnie hałas na podwórku. Deszcz bębnił o dach, wiatr szarpał gałęziami starych kasztanowców, a ja leżałem w ciemności i nasłuchiwałem. Wtedy usłyszałem metaliczny zgrzyt, jakby…

Tamtej nocy obudził mnie hałas na podwórku. Deszcz bębnił o dach, wiatr szarpał gałęziami starych kasztanowców, a ja leżałem w ciemności i nasłuchiwałem. Wtedy usłyszałem metaliczny zgrzyt, jakby...

To tej pory myślałem, że znam wszystkie odcienie strachu. Ale to, co poczułem tamtej nocy, gdy obudził mnie hałas na podwórku, nie miało z niczym wspólnego, co znałem wcześniej. Leżałem w ciemności, nasłuchując. Deszcz bębnił o dach, wiatr szarpał gałęziami starych kasztanowców.

Thumbnail

I wtedy to usłyszałem – ciche, ocierające się o siebie cienie, metaliczny zgrzyt, jakby ktoś otwierał furtkę od ogrodu. Nie wpuściłem nikogo. A jednak ktoś krążył wokół domu. Rano, gdy zszedłem do kuchni, czekając aż kawa zaparzy się w zaparzaczu, poczułem ucisk w klatce piersiowej.

Marta już była przy zlewie, wycierała szklankę, ale nie odwróciła się do mnie. Zapytałem o Damiana, czy już poszedł do pracy, a ona tylko mruknęła, że wyjechał wcześniej, że będzie późno. Jej głos był gładki, ale z tym podskórnym drżeniem, które znałem od miesięcy. Nie odezwała się ani słowem więcej.

Powinienem był od razu pójść do rejestratora, ale zamiast tego włączyłem telewizor. Wiadomości leciały o jakiejś awarii w elektrowni, o strajku w stoczni, o kolejnej nadwyżce budżetowej w ministerstwie. Typowe pierdzenie, które leciało w tle, gdy człowiek już nie ma siły słuchać. Ale to nie był zwykły dzień.

Gdy skończyłem drugą kubek, podszedłem do szafki przy drzwiach. Mój wzrok padł na małą kamerę przemysłową nad wejściem. Świeciła się czerwona dioda, ale znałem to urządzenie – wiedziałem, że nagrywa. Podszedłem do szafki, wyciągnąłem odtwarzacz, podłączyłem do starego monitora w kredensie.

Przewinąłem do 2:00 w nocy. Nic. Do 2:15. Nic.

Do 2:24. Ekran zaciął się szumem, po czym pojawiły się białe linie. A potem obraz. Na podwórku stało dwóch mężczyzn w skórzanych kurtkach.

Byli mokrzy od deszczu, stali przy furtce, rozglądając się. Obok nich na bruku stał wózek przegubowy z metalowymi skrzyniami przemysłowymi. Trzeci mężczyzna podszedł do drzwi kuchennych od strony tarasu – i tam stanął, jakby doskonale wiedział, gdzie jest klamka. Nie szukał, nie próbował, nie wyłamywał.

Wyjął z kieszeni kartę zbliżeniową i przyłożył ją do czytnika zamka. Drzwi otworzyły się same. Mój własny syn. Mój własny dom.

Nagrywanie urywało się piętnaście sekund później, ale zanim ekran zszumiał na stałe, zdążyłem zobaczyć jeszcze jedno: Damian odwrócił się do mężczyzn, skinął głową w stronę piwnicy i wykonał ruch ręką, mówiący „tędy”. Siedziałem tak długą chwilę, patrząc w martwy ekran. Wewnątrz mnie coś wstało, stanęło, odwróciło się. To nie był strach.

To była czysta, lodowata jasność. Wyszedłem z domu o 8:30, wziąłem starą torbę z narzędziami z komórki i pojechałem do warsztatu komputerowego Bartka na rogu. Trzymałem w dłoni kartę pamięci z rejestratora, choć wiedziałem, że nie dam mu całej historii. Bartek, chudy chłopak z kolczykiem w wardze, wziął kartę od niechcenia, wsunął ją do czytnika i zaczął przewijać.

Jego mina zmieniała się powoli – najpierw obojętność, potem zdziwienie, potem bladość. Odwrócił się na krześle, wpatrzył we mnie z szeroko otwartymi oczami. – Panie Zbigniewie – powiedział cicho. – Musi pan stąd natychmiast wyjść.

– Co jest na tej karcie? – spytałem, udając, że nie wiem. – Ja… ja nie wiem, co to jest, ale… panie, to nie jest zwykłe włamanie. To są… to wygląda na ludzi, którzy wiedzieli, jak wejść.

Nie widzę śladów otwarcia, ale… czekaj pan. Tu jest coś więcej. Jest drugi fragment karty pamięci, zaszyfrowany. Nie umiem tego odczytać, ale mogę próbować.

– Próbuj. Bartek pracował przez pół godziny, mrucząc coś pod nosem, stukając w klawisze. W końcu westchnął i odsunął się od ekranu, jakby monitor ugryzł. Na ekranie pojawił się kolejny plik, tym razem z kamerą w piwnicy, przy schodach.

Był na nim mój własny syn, stojący z dwoma mężczyznami w skórzanych kurtkach. Rozmawiali, nachylając się nad otwartą metalową skrzynią. Z wnętrza skrzyni wystawały pęki banknotów – nie wiem, w jakiej walucie, ale wiem, że tam nie było nic naturalnego. Jeden z mężczyzn podszedł do ściany, nacisnął cegłę, która obróciła się jak wytrych, i wyciągnął z wnęki drukarską matrycę i stempel.

Bartek wskazał ekran drżącym palcem. – Panie Zbigniewie… oni prali pieniądze. I nie robili tego pierwszy raz. Wróciłem do domu jak we śnie.

Wsiadłem do samochodu, odjechałem bez słowa od Bartka, który patrzył za mną zza szyby, trzymając się krawędzi stołu, jakby sam musiał się czegoś trzymać. Jechałem powoli, myśląc. Mój syn wprowadził do mojego domu niebezpiecznych ludzi. A moja snuła się wokół nich jak ćma.

Marta, moja synowa, pielęgniarka opieki domowej, o delikatnym rodzinnym uśmiechu, która co wieczór podawała mi leki na serce, twierdząc, że to krople na ciśnienie. Następnego ranka, gdy Damian wyszedł do pracy, a Marta poszła do przychodni na dyżur, zszedłem do piwnicy. Nie robiłem tego nigdy wcześniej, bo niby po co – piwnica była moja, zawsze była moja, w niej trzymałem stare deski, wędzarnię, stare rowery. Ale teraz, wchodząc po schodach, pamiętałem każde ukryte pęknięcie w murach.

Znałem ten dom, zanim Damian się urodził. Znałem go lepiej niż on kiedykolwiek pozna. Drzwi na dole były nowe. Nie te, które pamiętałem.

Były z metalu, z ciężkim zamkiem biometrycznym, przykręconym do muru tak, jakby montował je profesjonalista. Zamknąłem oczy i dotknąłem go opuszkami palców, szukając drugiego zabezpieczenia. I wtedy przypomniałem sobie – zanim Damian był wystarczająco dorosły, abym uczył go składać model kolejki, nauczyłem go jednej rzeczy, która zawsze wydawała się niewinna: jak otworzyć awaryjną kratę w piwnicy od zewnątrz, gdyby kiedyś zatrzasnął sobie drzwi. Ta krata była w ścianie od zachodniej strony, w ciasnym prześwicie między grządką róż a deszczownicą.

Nie widziałem jej od lat. Wyszedłem na zewnątrz, dosunąłem się do płotu, przeżegnałem się w duchu. Wsunąłem dłoń w zarośla pokrzyw, namacałem stalowy haczyk, pociągnąłem. Stare drewno i rdza oparły się, ale w końcu ustąpiły z jękiem.

We wnęce został jedynie przewód wentylacyjny i niewielki otwór – za wąski dla Damiana, bo on już od dawna nie mieścił się w tamtą szczelinę. Ale ja, drobny, suchy emeryt, mieściłem się bez problemu. O 3:00 w nocy, gdy dom spał, wymknąłem się z łóżka. Marta spała w pokoju gościnnym na piętrze, a Damian w salonie, oglądając nocne wiadomości przy wygaszonym ekranie.

Wziąłem latarkę, stare łomki i szczypce, które chowałem za cegłą w murze od lat, i stanąłem w szczelinie wentylacyjnej obok piwnicy. Wsunąłem się do środka. Wewnątrz panował zimny, wilgotny mrok. Zawiał stęchłym dymem papierosowym, zmieszanym z wonią smaru.

Odstawiłem wzrok, przyzwyczaiłem oczy do ciemności. A potem przeszedłem krok, potem drugi. Na ścianie naprzeciw schodów wisiała wielka, szara plandeka. Zdjąłem ją delikatnie, jak zdejmuje się osłonę ze świeżego łóżka, a pod spodem stało ich pięć – metalowych, przemysłowych skrzyń.

Uniosłem wieko pierwszej. Wnętrze wypełnione było do połowy plikami banknotów, w gumowych paskach. Obok leżały matryce drukarskie – stalowe, ryte w drobne kontury sfałszowanych banknotów. Praca, uświadomiłem sobie.

Oni tu robili pieniądze. Mój syn nie był wspólnikiem – on był tym, który dał im dostęp. Za drobne upusty. Wszystko sięgnęło dna.

Wróciłem do pokoju, włożyłem z powrotem kurtkę i położyłem się. Ale nie spałem. Leżałem, patrząc w sufit. Mój jedyny syn, który miał odziedziczyć wszystko, co zbudowałem z Krystyną, otworzył nasz dom ludziom, którzy w razie czego nie zawahaliby się nas zabić.

To już nie była moja rodzina. To byli moi strażnicy, którzy pilnowali mnie w moim własnym więzieniu. W czwartek rano byłem zdecydowany. Pojechałem do swojego gabinetu – małego pokoju na piętrze, który od zawsze służył za biuro.

Pod biurkiem, w ukrytej wnęce pod podłogą, którą sam założyłem trzydzieści lat temu, znajdował się panel sterujący z czerwonym przyciskiem. Raz go użyłem przez całe życie – wtedy, gdy sąsiedzi wzywali policję, a ja potrzebowałem zniszczyć pewne papiery, zanim spadną ciosy. Wcisnąłem go, upewniając się, że działa na całej długości domu. Potem sięgnąłem pod biurko i wyciągnąłem starą słuchawkę telefoniczną, która wcale nie była stara – była to radiowa słuchawka z mojego wieloletniego pokreślonego sprzętu, ukryta w ścianie.

Podłączyłem ją do systemu mikrofonów, które zamontowałem na piętrze piętnaście lat temu, gdy byłem jeszcze pełnoprawnym inżynierem dźwięku dla lokalnej firmy i kochałem bawić się nowymi urządzeniami. Dźwięk włączył się z cichym szumem. Pochyliłem się ku słuchawce. – Dom – powiedziałem spokojnym, twardym głosem.

– Dom, żeby przetrwał najgorszą burzę stulecia. To było nasze stare hasło. Krystyna zawsze je powtarzała, gdy wybieraliśmy się na wakacje, a ja się śmiałem, że jest nadopiekuńcza. Ale w tym domu mieszkała prawda przez trzydzieści lat, zanim Damian wprowadził fałszywe życie.

Wiedziałem, że mam jedno wyjście: nie ucieczka, nie walka, tylko stanie się świadkiem. Zadzwoniłem do Wiktora Zielińskiego. Był moim przyjacielem od dziecka, ale przede wszystkim był bezwzględnym adwokatem, którego znałem od trzydziestu lat, który załatwił niejedną sprawę, zanim zapachniało prochami. Odebrał po drugim sygnale, z ciężkim głosem.

– Wiktor, to Zbyszek. Musisz mi przysługę wyświadczyć. – Mów. – Chcę, żebyś wykonał jeden telefon, ale nie do policji.

Do ludzi, których sam mi wymienisz. Zapadła cisza. – Mów, do kogo. W piątek rano zszedłem do kuchni ósmej.

Marta stała przy blacie, przygotowując mi herbatę, z tym swoim ułożonym, uprzejmym uśmiechem, który nigdy nie dochodził do oczu. Podała mi szklankę. Poczułem woń jej leków, które zawsze mieszała z jagodami. Pełne, czerwone tabletki, które według etykiety miały regulować ciśnienie.

Wiedziałem, że to nie są leki na serce. To były leki na sen, na wyciszenie. Po wieczorach zawsze czułem się ociężały, ciężki, jakby moje ręce i nogi wypełniono wodą. To był ich stały pomysł, aby mnie uśpić przed tym, co miało nadejść.

Piłem, bo nie chciałem wzbudzać podejrzeń, ale obserwowałem każdą jej czynność. Gdy odwróciła się do kuchenki, wsunąłem tabletki do kieszeni. – Marto – powiedziałem cicho. – Chodź tu.

Usiądź na chwilę. Odwróciła się, zdziwiona, ale podeszła. Usiadła naprzeciw mnie, obrzuciła mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem, który zawsze kojarzył mi się z szacunkiem. Dobra, pomyślałem.

Zaczynamy. – Damian wspominał, że macie jakieś kłopoty w pracy – powiedziałem swobodnie. – Chodzi o tamten wyjazd służbowy. Jej szczęka drgnęła.

– Nic takiego, tato – odpowiedziała zbyt szybko. – To tylko zwykłe zamieszanie. – Bo wyglądasz na zmęczoną. Pewnie praca, ta opieka nade mną.

Może powinienem wrócić do rehabilitacji. Nie chcę być ciężarem. Marta zaśmiała się, ale to nie był śmiech, tylko ostre, ciche szczeknięcie. – Tato, nikt ci nie każe samemu dawać sobie rady.

Jesteś w domu. Pilnujemy cię. I może chciałem w to wierzyć. Może w tamtej chwili, patrząc na jej oczy, które już dawno przestały być matczyne czy córczyni, ale stały się zimne i wyrachowane, wierzyłem, że to tylko stres.

Ale wtedy usłyszałem kroki Damiana w korytarzu. Nie wszedł od razu. Stał przy drzwiach i patrzył na nas. Na mnie, potem na Martę, i przez jedną krótką sekundę na jego twarzy pojawił się cień – strach?

wahanie? – po czym zamazał go uśmiechem. – Co tata mówi? – zapytał, siadając obok, kładąc dłoń na moim przedramieniu.

– Mówi, że chce wracać do rehabilitacji – odparła Marta zbyt swobodnie. – To świetny pomysł – przytaknął Damian. – Ale najpierw musisz nabrać sił. Może od jutra.

Tylko pamiętaj – masz nas słuchać. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Powiedział to z uśmiechem, ale w jego oczach nie było ani krzty czułości. Wstał, poklepał mnie w ramię, i wyszedł z pokoju.

Marta uniosła się, poprawiła sukienkę i podążyła za nim. Tej nocy czekałem. Wiedziałem, że coś się szykuje. O dziesiątej wieczorem zszedł do swojego pokoju, a Marta została w salonie, rzekomo oglądając telewizję.

Wsunąłem się do swojego gabinetu, włączyłem mikrofon i wyciągnąłem słuchawki. Przez cienkie ściany domu usłyszałem, jak otwierają się drzwi wejściowe. Czyjeś kroki, trzaskanie zamka. Potem głos Damiana, już w korytarzu:

– Cisza?

– Tak – odpowiedziała Marta. – Podobno jest spokojny cały wieczór. Dostał większą dawkę o tej godzinie, jak zawsze w piątki. – Dobrze.

Jutro rano przyjdzie po niego „pan doktor” i podpisze papierki. Potem koniec gry. Nadstawiłem ucha. Wszystko spokojnie, mówiłem sobie.

Ale moje serce waliło jak oszalałe. – A co z tym zabezpieczeniem? – odezwał się inny głos. Nie znałem go.

Był twardy, wyprany z emocji. To oni. Ludzie z piwnicy. – Zamontowane, jak prosiłem – odparł Damian.

– Tylko ja mam kod. Nikt się do niej nie zbliży. – Dobrze. Bo od tego zależy twoje życie, Damian.

Masz być gotowy. Dołączymy pustą kartę do rejestratora, a domobranco, zapytamy, gdzie reszta. Przez chwilę zapadła cisza. Potem usłyszałem, jak ten twardy głos mówi:

– Wyjedziemy rano.

O szóstej. Marta poda ci listek z receptą od twojego lekarza, który ci jutro przekażę. Zero błędów, inaczej twoja żona spłonie. I wtedy usłyszałem huk zamykanych drzwi.

Odwróciłem się w stronę pokoju. Moja piwnica była pełna fałszywej gotówki, moja rodzina była w zmowie z gangsterami, a ja nosiłem w kieszeni tabletki, które pozwalały mi myśleć samodzielnie. Zrozumiałem ich plan. Następnego dnia miałem podpisać dokumenty, które przekazują na nich cały dom.

Potem miałem trafić do „ośrodka” dwieście kilometrów stąd. Mieli mnie za nieobliczalnego, głupiego starca, który nabija zegar. Nie wiedzieli, że mój zegar ruszył i że już nigdy się nie zatrzyma. Tej nocy o 3:00, gdy usłyszałem, że Damian zasnął, a Marta wreszcie weszła do sypialni na górze, wyjąłem z szafy starą walizkę.

Spakowałem tylko najważniejsze rzeczy: dokumenty, kilka pamiątek, przede wszystkim – zdjęcie Krystyny. Potem stanąłem przy oknie i wpatrywałem się w ciemność. W piątek wieczorem, dokładnie o 23:45, gdy zegar wybił, zrobiłem swoją pierwszą decyzję od miesięcy. Wyszedłem przed dom, minąłem ich samochód, który stał pod płotem, i zniknąłem w mroku.

Nie zadzwoniłem po policję. Nie mogłem. Bo gdy zadzwoniłem do Wiktora, on powiedział mi jedno zdanie, które przez całe tygodnie mnie trzymało w ryzach: „Zbyszek, istnieje tylko jedna rzecz, której boi się każdy gangster – świadkowie, którzy wiedzą za dużo, i policja, która już jest w drodze”. Podjąłem decyzję.

Wsiadłem w samochód. Jechałem nocą, przez las, w stronę Konstancina. Ale nie zjechałem do domu. Zatrzymałem się na poboczu drogi, ćwierć kilometra za furtką.

Z oddali widziałem zarys mojego własnego domu. Ciemny, ogromny. W środku paliła się tylko jedna lampa w oknie Damiana. Mojego syna.

Wyjąłem telefon, wybrałem prywatny numer, który Wiktor podał mi piętnaście lat temu, gdy prał nasze pierwotne majątki. Czekałem na odzew. – Jestem gotowy – powiedziałem do słuchawki. – Wszystko nagrane.

Podaję adres i dokładny czas. 6:00 rano. Mają mnie w planach potraktować jak staruszka, który podpisze papiery. Ale nie zrobią tego.

Głos po drugiej stronie był krótki i konkretny:

– Zatrzymaj się. Zajmiemy się resztą. Poranek był zimny i mglisty. Punktualnie o 6:45 przed bramą stanął szary, nieoznakowany samochód, a z niego wysiadło dwóch mężczyzn w cywilnych płaszczach.

Nie wiedziałem, kim są – czy to policjanci, czy ludzie Wiktora. Ale wiedziałem, co robić. Stałem przy oknie w kuchni, z filiżanką zimnej już kawy, czekając. – Tato?

– usłyszałem za sobą głos Damiana. Zaraz za nim pojawiła się Marta, blada. Stał w drzwiach, w jednej ręce trzymał dokument, w drugiej długopis. Jego twarz była napięta.

– Posłuchaj – zaczął, ale ja odwróciłem się do niego spokojnie. – Nie, Damian. Teraz ty posłuchaj mnie. Wziąłem dokument z jego ręki, rozdarłem go wzdłuż na pół i rzuciłem kawałki na blat stołu.

Tylko popatrzyłem na niego. – Wiesz, co jest w piwnicy? Jego twarz zbielała. – Nie… nie wiem, o czym mówisz, tato.

– Wiem o wszystkim. I wiem, że miałeś mnie podprowadzić do podpisania, a potem wysłać do domu starców. Wiem o doktorze Nowickim, że podpisze sfałszowane dokumenty medyczne. I wiem o tym, co zrobiliście z Krystyną.

Kłamstwo, chciałem powiedzieć, ale wiedziałem, że to nie kłamstwo. To była prawda, którą musiałem usłyszeć od niego. Ale Damian cofnął się o krok, a wtedy za mną otworzyły się drzwi wejściowe. Do kuchni wszedł mężczyzna w cywilnym płaszczu – wysoki, łysiejący, z wyciągniętą plakietką.

Za nim stanęło czterech kolejnych. Marta krzyknęła, Damian rzucił się w stronę tylnych drzwi, ale dwaj z nich rzucili się na niego i powalili go na ziemię. Jeden wykrztusił:

– Damian Orzechowski, jest pan aresztowany w związku z udziałem w zorganizowanej grupie przestępczej, fałszowaniem pieniędzy i usiłowaniem morderstwa. – To nie ja!

To Marta – krzyczał. – To ona wszystko wymyśliła, ona miała podać truciznę! Ale było już za późno. Marta wierzgała i wyrywała się, wrzeszcząc, że to on, że to przez niego, że wszystko nagrał, że ma na niego dowody.

Funkcjonariusze zakuli ich w kajdanki i wyprowadzili w stronę radiowozu. Na blacie kuchennym został mój telefon, wciąż nagrywający w trybie dźwiękowym. A za mną stanął Wiktor, który musiał wejść bocznym wejściem. – Dobra robota, Zbyszek – powiedział cicho.

– Sporo tego mieli w piwnicy. – Wiem. Wyprowadzili mojego syna w kajdankach, a ja tylko patrzyłem. W jego oczach widziałem coś, czego nie widziałem od lat – nie przepraszałem, nie wstydziłem się, tylko pustkę.

Martę wyciągnięto chwilę potem. Nie obejrzałem się za siebie. Dom, który zbudowałem, zrobił się za duży, zbyt pusty. Ale był mój.

Po wszystkim zadzwoniłem do doktora Nowickiego. Nie poznawszy go w pierwszej chwili, zanim zorientowałem się, że to on prowadzi praktykę kilka ulic dalej, ucieszyłem się, że odbiera, ale jego głos brzmiał sztywno. Powiedziałem mu, że wiem o wszystkim. I że poleciłem Wiktorowi, żeby zostały nagrane również i jego rozmowy, gdy będzie przekazywał Damianowi informacje o moich lekach.

Zapadła długa, bardzo długa cisza. – Zbigniewie – powiedział w końcu. – Przepraszam. – Za późno na przeprosiny, Leszku.

Twoja kariera się skończyła. Odłożyłem słuchawkę. Stałem w środku salonu, w ciszy, która już nie ciążyła. Przeszedłem przez całe życie jak przez kanał wentylacyjny, w którym wyprułem z pazurów drogę do wolności.

Wyprowadziłem się w końcu z tego domu, z Konstancina, gdzie pamięć o Krystynie mieszała się z piwnicznym powietrzem. Przeprowadziłem się nad polskie morze, do niewielkiego apartamentu z widokiem na wydmy w Sopocie. Mieszkam tam od ośmiu lat. Co rano piję kawę na balkonie, patrząc na Bałtyk.

Nikt nie przychodzi po podpisy, nikt nie podbija mi ciśnienia. Mój organizm w końcu wypoczął od tego mieszania leków. Czasem, gdy zdarzy się ciepła noc, siedzę na ławce przy skarpie, wystawiam twarz do słońca i czuję zapach morza. Trzymam w kieszeni mały, stary klucz do drzwi, które kiedyś otwierałem w tamtym domu, i podrzucam go w dłoni.

Wiktor kilka razy w roku wysyła mi pocztówkę z krótkim tekstem. Nie noś już tego ciężaru. I podpisana ta sama osoba, która uratowała mi życie. Może to się wydać dziwne, ale tęsknię za tym, kim byłem.

Tym starym inżynierem, który wierzył, że wystarczy zbudować solidny dom, żeby chronić rodzinę. Ale teraz wiem: prawdziwe ściany to nie cegły i zaprawa. To są ludzie, którym ufasz do końca. I nawet gdy ten, którego kochasz najbardziej, zawiedzie, zdarza się, że musisz zostać sam, by na nowo nauczyć się oddychać.

Ostatniej nocy, zanim ostatecznie zamknąłem tamten rozdział, stałem z ganku swojego nowego apartamentu i wpatrywałem się w ciemność nad morzem. Za sobą miałem stary dom, syna, zdradę. Przed sobą – jasną, rżnącą gwiazdy noc. Wziąłem głęboki oddech.

I uśmiechnąłem się pierwszy raz od miesięcy, czując, jak coś puszcza, jakby ktoś w końcu odkręcił ten ścisk w mojej piersi. – Do zobaczenia następnym razem – powiedziałem na głos w stronę wydm. Zawiał wiatr, szumiał w trawie, i nic więcej nie trzeba było mówić.