„Tato, tylko proszę cię, bądź normalny” – usłyszałem w słuchawce w środę wieczorem i od razu wiedziałem, że Tomek jest zakochany. Poznałem ją przy kolacji w restauracji na rynku, gdzie za trzy…

„Tato, tylko proszę cię, bądź normalny” – usłyszałem w słuchawce w środę wieczorem i od razu wiedziałem, że Tomek jest zakochany. Poznałem ją przy kolacji w restauracji na rynku, gdzie za trzy...

Kiedy Tomek zadzwonił do mnie w środę wieczorem i powiedział, że chce mnie z kimś poznać, od razu wiedziałem, że to coś poważnego. Mój syn nigdy nie umiał udawać obojętności. Jak był zakochany, to było to słychać nawet przez zwykłe „halo”. – Tato, tylko proszę cię, bądź normalny – powiedział od razu.

Thumbnail

Aż parsknąłem. – A jaki ja niby jestem na co dzień? – No sam wiesz. Taki przesłuchujący.

Powiedział to żartem, ale coś w tym było. Człowiek po trzydziestu latach w prokuraturze nie przestaje obserwować ludzi tylko dlatego, że przeszedł na emeryturę. To zostaje tak samo jak ból kolan przed deszczem. Umówiliśmy się w restauracji przy rynku.

Już samo miejsce mnie zirytowało. Głośna muzyka, kelnerzy z brodami jak drwale z reklamy piwa i porcje tak małe, że człowiek po zjedzeniu dalej myśli o kanapkach w domu. Przyszedłem chwilę wcześniej. Zawsze przychodzę wcześniej.

Lubię widzieć ludzi, zanim oni zobaczą mnie. Tomek siedział już przy stoliku, machnął do mnie od razu. Obok niego siedziała ona, Alicja. Pierwsze co zauważyłem to, że bardzo się starała wyglądać naturalnie.

Niby swobodna, niby uśmiechnięta, ale co chwilę poprawiała włosy albo prostowała rękaw marynarki. Ludzie pewni siebie tak się nie zachowują. – Pan Bogdan. Och, wreszcie mogę pana poznać – powiedziała i od razu wyciągnęła rękę.

Miała ciepły uścisk. Pewny, szczery. Usiadłem naprzeciwko nich i od razu zauważyłem, że Tomek patrzy na nią co kilka sekund, jakby sprawdzał, czy wszystko idzie dobrze. Znałem ten wzrok.

Po śmierci jego matki długo tak na mnie patrzył, kiedy próbował zgadywać, w jakim jestem nastroju. Kelner przyniósł kartę. – Tato, tutaj mają świetne ravioli – powiedział Tomek. Spojrzałem na ceny i aż uniosłem brwi.

Za trzy pierogi prawie czterdzieści złotych. Boże kochany. Za takie pieniądze człowiek kiedyś miał obiad na pół tygodnia. Alicja się roześmiała.

Nie tym sztucznym śmiechem z grzeczności. Normalnie. – Tomek mówił, że dokładnie tak pan zareaguje. – To znaczy, że syn już mnie sprzedaje obcym ludziom.

– Nie obcym – odpowiedziała szybko. – Już chyba nie. I właśnie takie teksty mnie niepokoiły. Za szybko skracała dystans, za szybko próbowała wejść do środka.

Kolacja niby przebiegała normalnie. Rozmawialiśmy o pracy Tomka, o korkach we Wrocławiu, o tym, że wszędzie teraz stawiają apartamentowce zamiast normalnych bloków. Ale Alicja cały czas zadawała pytania. Czy trudno mieszka się samemu, czy dalej mam kontakt z ludźmi z pracy, czy brakuje mi żony, czy nie myślałem, żeby przeprowadzić się bliżej Tomka.

Niby zwykła rozmowa, a jednak coś mnie uwierało. Ludzie często nie rozumieją, że człowiek przez lata uczy się słuchać nie samych słów, tylko tego, po co ktoś je mówi. Alicja słuchała uważnie. Kiwała głową w odpowiednich momentach, śmiała się w tych właściwych miejscach.

I właśnie to było w niej takie podejrzane. Zbyt idealna. Zbyt wyczuwająca moje emocje. Jakby ktoś wcześniej opowiedział jej o mnie całą historię.

A potem, przy deserze, zapytała:

– A pan, panie Bogdanie, nie myślał o tym, żeby wrócić do pracy? Choćby na pół etatu? Taka emerytura to chyba jednak nuda? Spojrzałem na Tomka.

Ten wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „no co, normalne pytanie”. – Nuda to ja znam tylko wtedy, kiedy w telewizji puszczają polityków i nie mam pilota w zasięgu ręki – odpowiedziałem. – Praca mnie nie nudzi. Ludzie mnie nudzą.

A właściwie to głupota ludzka mnie nudzi. I nigdy nie męczy. Alicja zaśmiała się znowu. Ale nie odpuściła.

– A jednak ma pan takie smutne oczy. Jakby pan za czymś tęsknił. I to mnie zatrzymało. Bo nikt mi wcześniej czegoś takiego nie powiedział.

Nawet Tomek tego nie mówił, chociaż znał mnie najlepiej na świecie. – Może mi się coś w oku zrobiło – odpowiedziałem. – Teremcie weszły, czy coś. W tym mieście to samo powietrze jest takie, że człowiek płacze, zanim zdąży się za kimś stęsknić.

Alicja nie drążyła. Ale ja już nie potrafiłem przestać o tym myśleć. Wieczorem, po powrocie do domu, usiadłem w fotelu i patrzyłem na zdjęcia na półce. Moja żona, moja Hania.

Piętnaście lat po jej śmierci, a ja wciąż budziłem się rano i przez sekundę szukałem jej po zapachu. Dom był za cichy. Za duży. Za pusty.

Kiedy Tomek nadal ze mną mieszkał, jakoś to wszystko znosiło się lepiej. Ale kiedy wyprowadził się trzy lata temu, cisza weszła do środka jak lokator, który nigdy nie płaci czynszu i nigdy nie zamierza się wyprowadzić. Przyzwyczaiłem się do niej. A potem, któregoś dnia, w tej ciszy pojawiła się Alicja.

I chociaż jej nie ufałem, chociaż coś w niej mnie uwierało, musiałem przyznać, że od dwudziestu lat nikt nie wywołał we mnie tylu emocji co ona. Kilkanaście dni po kolacji Tomek zaprosił mnie na niedzielny obiad. Miał to być taki „kameralny obiad we czworo”, jak mówił przez telefon. – W czworo?

– zdziwiłem się. – Bo wy chyba nie jesteście razem w trójkę, nie? – Alicja będzie z rodzicami. Chcemy, żebyś ich poznał.

– Twoja dziewczyna ma rodziców? Myślałem, że taką idealną kobietę to stworzono w laboratorium. – Tato. – Już nic nie mówię.

Tylko się nie zdziw, jak im powiem, że jestem po trzydziestu latach w prokuraturze i wszystko widzę. – Właśnie po to cię ostrzegam. Żebyś nie przesadził. Tego dnia rano pojechałem na targ po kwiaty.

Pan Heniek z kwiaciarni, który znał mnie od lat, zapytał tylko: „Dla żony? ”. A ja odpowiedziałem „coś w tym rodzaju”, chociaż sam nie wiedziałem dlaczego. Kiedy stałem pod drzwiami Tomka z takim bukietem w ręku, poczułem się nagle jak nastolatek przed pierwszą randką.

Trzydzieści lat temu szedłem tak do Hani. I chociaż serce biło mi mocniej, wiedziałem, że to zupełnie inne uczucie. Otworzyła Alicja. Miała na sobie prostą beżową sukienkę, takie samo ciepłe uśmiechnięcie jak zawsze.

Przywitała się ze mną, wzięła kwiaty, wciągnęła ich zapach. – Och, jakie piękne. Bardzo dziękuję. – Proszę.

Z okazji poznania, czy co tam. Tomek nie mówił, czy trzeba coś przynosić, to przyniosłem. Zwykle przynoszę tylko siebie i własne zdanie. – Też coś.

Może pan wejdzie. Weszliśmy do środka. Przy stole siedzieli już jej rodzice. Mężczyzna w konkretnym wieku, może piętnaście lat ode mnie starszy.

Kobieta o miłej, ciepłej twarzy, z włosami upiętymi w ciasny kok. Wstali, kiedy wszedłem. Przedstawili się jako Antoni i Helena. Kolacja minęła we wzajemnym przyglądaniu się.

Rodzice Alicji okazali się dalecy od moich wyobrażeń. Pan Antoni najpierw długo milczał, ale kiedy zaczęliśmy rozmawiać o polityce, ożywił się. Okazało się, że też kiedyś pracował w urzędzie, w wydziale komunikacji. Jego żona natomiast wciąż powtarzała, jaka to Alicja zawsze była trudna, jaką miała burzliwą młodość.

– Och, proszę pana – powiedziała pani Helena. – Ja państwu powiem, że ja się w życiu naczekałam. Aż do tego stopnia, że teraz to już się cieszę, że do widzenia. – Mamusiu – powiedziała Alicja, marszcząc brwi.

– No co, kochanie, prawda jest taka, że ty zawsze byłaś niezależna. Jak sama chciałaś coś zrobić, to nie było siły, żeby cię przekonać. Przy deserze pani Helena zwróciła się do mnie:

– Panie Bogdanie, pan jest po prokuraturze? Alicja mówiła, że pan zna się na ludziach.

– Zna się na ludziach – wtrąciła Alicja – ale sam siebie to już w ogóle nie zna. Wyobraź sobie, mamo, że wciąż siedzi w tym pustym mieszkaniu sam jak kciuk i udaje, że mu tak wygodnie. Zapadła cisza. Nikt nie powiedział ani słowa przez dobre dziesięć sekund.

Pan Antoni patrzył w talerz. Pani Helena uniosła brwi. Tomek napił się wody, aż mu łeb poszedł do góry. A ja poczułem, że robię się czerwonawy na szyi.

Wiedziałem, że to tylko wina mojego nadciśnienia, ale przyjęło się to jak potwierdzenie. – Nie przesadzajmy – powiedziałem w końcu. – Mieszkanie nie jest takie puste. Mam meble, kawę, lodówkę, raz w tygodniu sprzątanie robi mi pani Danuta z sąsiedztwa.

– No właśnie – Alicja uśmiechnęła się z czułością. – Taki z pana samotnik, co to nawet nie sprząta sam. Atmosfera zelżała. Pani Helena roześmiała się cicho.

Pan Antoni pokiwał głową z uznaniem. – Dobra – powiedział. – Widzę, że masz we mnie sojusznika. Bo ja też wiem, co to znaczy być samemu.

Ja po śmierci mojej pierwszej żony byłem sam przez dziesięć lat, zanim poznałem Helenę. I nagle rozmowa zmieniła się w coś, na co nie byłem przygotowany. Pan Antoni zaczął opowiadać o swojej pierwszej żonie, o samotności, o tym, jak bał się, że ktoś wejdzie do jego życia i znów odbierze mu wszystko. Jak wstawał w nocy i robił herbatę, chociaż wiedział, że nikt mu tej herbaty nie zrobi.

Jak nauczył się gotować dla siebie, chociaż kiedyś gotował dla dwojga. – I co pan zrobił? – zapytałem. – To, co musiałem – odpowiedział spokojnie.

– Zrozumiałem, że można kochać dwa razy w życiu. Że nie ma żadnego limitu na miłość. To nie jest tak, że jak raz się kochało, to potem już tylko się wspomina. Spojrzałem na Tomka.

Ten patrzył na mnie z tym samym wyrazem twarzy, co wtedy, kiedy jako dziecko uderzył się w kolano i czekał, aż przejdę mu ból. – Dajcie spokój – powiedziałem. – Nie zmieniajmy tematu. Lepiej powiedzcie, co tam u was słychać.

Po obiedzie pan Antoni podszedł do mnie, kiedy zbierałem talerze. – Panie Bogdanie, może się panu wydawać, że ja wtrącam się w nie swoje sprawy. Ale chcę panu tylko powiedzieć jedno. Samotność to nie jest coś, co boli od razu.

Najbardziej boli wtedy, kiedy przestaje boleć. Bo wtedy wiesz, że się do niej przyzwyczaiłeś. – Tomkowi powiedział pan to samo? – zapytałem.

– Tomkowi nic nie mówiłem. On jeszcze nie wie, co to jest. Zabrzmiało to jak ostrzeżenie. W niedzielę wieczorem wracałem do domu autobusem, bo tramwaj stanął gdzieś w połowie trasy z winy wypadku.

Patrzyłem za okno na miasto, na ludzi wsiadających i wysiadających, na pary trzymające się za ręce. – Tato, ale wracasz jeszcze w tym tygodniu? – zapytał Tomek, kiedy wychodziłem. – A co, już tęsknisz?

– zażartowałem. – Ojciec by się przydał. Alicja pytała, czy nie chcesz przyjść do nas w czwartek na jakieś pierogi. – Na te jej pierogi?

Przecież ona jest za młoda na gotowanie. – Tato, nie przesadzaj. Alicja ma trzydzieści trzy lata. I świetnie gotuje.

– No to może i przyjdę. Jeśli nie zmienisz zdania do tego czasu. – Ja nie zmienię. Sam widzisz, jaka ona jest.

– Widzę – powiedziałem. – Tylko nie wiem, czy tak do końca wiem, co widzę. Tomek westchnął. – Tato, wiem, że ciężko ci z tym wszystkim.

Ale czasem trzeba zaufać. – Rodzinie się ufa. Do obcych trzeba mieć dystans. – To ona jest dla mnie rodzina.

I to mnie zabiło. Bo w tym momencie zrozumiałem, że mój syn już wybrał. A ja swojego wyboru jeszcze nie dokonałem. Wieczorem w domu usiadłem przy biurku.

Napiłem się herbaty z melisy, chociaż jej nie cierpię. Ale Hania zawsze mówiła, że uspokaja mi się po niej ciśnienie. Miałem w pokoju komputer, do którego od dawna nie zaglądałem. Nie potrzebowałem go.

Aż do teraz. Weszła mi myśl, że może warto by sprawdzić, kim właściwie jest Alicja. Może Tomek nie ma racji. Może ona coś ukrywa.

Kiedy trzydzieści lat pracuje się w prokuraturze, człowiek zaczyna mieć instynkt. A mój instynkt mówił, że coś tu nie gra. Ta jej opowieść o Gdańsku, o tym, że mieszkała tu, potem tam, że się przeprowadziła. Niby wszystko się zgadzało.

Włączyłem komputer. Stary, głośny, trzeszczał jak maszyna do szycia. Zaczekałem, aż się uruchomi. Otworzyłem przeglądarkę.

I wtedy zadzwonił telefon. – Tato? – usłyszałem głos Tomka. – O tej porze?

Coś się stało? – Nie, nie. Nic się nie stało. Tylko tak.

Chciałem cię usłyszeć. – Jest po dziesiątej. Co ci się stało? – Nic.

Naprawdę. Tylko. Alicja powiedziała, że zdążyła się do ciebie przywiązać. I że jesteś dla niej ważny.

Nie chciała, żebyś czuł się samotny. – Ja nie jestem samotny. Ja jestem sam. – To różnica?

– Ogromna. Samotność to jest wybór. Sam to jest przemijanie. A ja już długo nie będę udawał, że tego nie widzisz.

Zapadła cisza. – Tato, a gdybyś tak spróbował jeszcze raz? – Czego jeszcze raz? – Wiesz.

Żyć. I zanim zdążyłem odpowiedzieć, Tomek się rozłączył. A ja zostałem sam w tym swoim mieszkaniu, które nagle wydało mi się jeszcze cichsze niż zwykle. W czwartek poszedłem do nich na pierogi.

Alicja otworzyła drzwi, uśmiechnięta, w kuchennym fartuchu. – Pan Bogdan! – wykrzyknęła. – Cudownie, że pan jest.

Wchodzi pan i nie będzie pan robił żadnych uwag o tym, że mamy za dużo rzeczy. – Nie będę – obiecałem. – I mów mi po imieniu. Tylko Tomkowi się jeszcze nie spiesz.

Roześmiała się. I zaprowadziła mnie do kuchni, gdzie unosił się zapach smażonej cebulki i ciasta drożdżowego. Tomek wycierał ręce ścierką. – No, wreszcie.

Myślałem, że się wykruszysz. – Wykruszę? Chyba się nie znamy. Ja zawsze przychodzę na czas.

Zwłaszcza kiedy wiem, że na stole będą pierogi. Usiedliśmy do stołu. Alicja przyniosła talerze, postawiła na środku wielką misę z pierogami. Popatrzyła na mnie z uśmiechem.

– No to jak, panie Bogdanie. Spróbuje pan mojego popisu? – A co to za popis? – Z mięsem.

Z grzybami. Z ruskimi. I mam nadzieję, że pan się czegoś naje. Wziąłem jednego.

Drugiego. Trzeciego. Były naprawdę dobre. I nagle coś we mnie pękło.

Bo zrozumiałem, że chyba od śmierci Hani nie jadłem niczego, co byłoby przygotowane specjalnie dla mnie. W tej kuchni pachniało ciepłem. Prawdziwym ciepłem, nie tym z kaloryfera. A Alicja patrzyła na mnie z taką troską, że musiałem wbić wzrok w talerz, żeby nie zdradzić się z emocji.

– Słuchaj – powiedziałem, kiedy Tomek wyszedł do łazienki. – Chciałbym cię o coś zapytać. – Słucham. – Dlaczego ty to wszystko robisz?

– Co robię? – No. Twoje życie zawsze wyglądało tak idealnie. Tomek opowiadał, że masz dobrą pracę, że zarabiasz jakieś duże pieniądze.

A ty zamiast cieszyć się sobą, siedzisz tutaj i gotujesz pierogi dla starego człowieka. Alicja przestała się uśmiechać. Odłożyła widelec. Popatrzyła na mnie ze spokojem.

– Panie Bogdanie, ja nie mam żadnej dobrej pracy. Pracuję w biurze, w jednym z takich słupów, co to się trzyma za wszystko oprócz własnych marzeń. Zarabiam niewiele. I wcale nie jestem taka idealna.

To Tomek mnie taką widzi. A ja po prostu chcę, żeby pan mnie polubił. Bo jest pan dla niego ważny. I zaczynam myśleć, że pan też jest dla mnie ważny.

– To znaczy? – To znaczy, że nie każdy przychodzi do twojego życia po coś. Czasem ktoś przychodzi do ciebie ze wszystkim. Nie wiedziałem, co powiedzieć.

Od śmierci Hani nie słyszałem słów skierowanych do siebie, pomyślanych dla mnie. A to były najprostsze słowa pod słońcem. I chyba to w nich było coś, co sprawiło, że moje serce przestało bić tak mocno. – Ja tylko – zacząłem, ale przerwał mi powrót Tomka.

– Co tu u was? – zapytał, siadając przy stole. – Nic – odpowiedziała szybko Alicja. – Rozmawiamy sobie z panem Bogdanem o życiu.

– O życiu? To się lepiej o tym napijmy. Wyjął z lodówki butelkę Nalewki Babuni, którą przyniósł z jakiejś wyprzedaży. Nalał do trzech kieliszków.

Podniósł swój. – Za rodzinę. I za to, żeby ojciec wreszcie przestał być samotny. – Ja nie jestem samotny – zaprotestowałem słabo.

– Tato, jesteś. I jestem w stanie ci to wybaczyć, skoro przyjechałeś tutaj w czwartek zamiast siedzieć w domu i patrzeć na ścianę. Spojrzałem na niego. Potem na Alicję.

Oboje patrzyli na mnie z uśmiechem. Wyciągnąłem kieliszek. – To niech już będzie. Za wasze szczęście.

Bo moje już było. – Ojcze – Tomek pokręcił głową. – Mylisz się. I to bardzo.

Tego wieczoru, kiedy wracałem do domu, zamiast jechać tramwajem, poszedłem pieszo. Wrocław nocą był dokładnie taki sam, jaki znałem od trzydziestu lat. Mijające się światła tramwajów, gruchy studenckie przed klubami, stygnące miasto. Zatrzymałem się przy moście i popatrzyłem na wodę.

Kiedyś Hania i ja zawsze mówiliśmy, że jak będziemy starzy, to będziemy tak spacerować po mieście i opowiadać sobie wspomnienia. Nigdy do tego nie doszło. Może dlatego, że świat czasem lubi zażartować z człowiekiem. Zabiera żonę.

Zabiera syna, który po cichu staje się dużym człowiekiem. I zostawia cię z pytaniem: czy ty w ogóle umiesz być szczęśliwy, jeśli nie ma przy tobie kogoś, kto ci o tym przypomina? Kilka dni później Tomek zaproponował, żebyśmy pojechali na groby moich rodziców. Zgodziłem się.

Alicja miała zostać w domu. Podczas podróży milczeliśmy obaj. Dopiero kiedy wysiedliśmy na wiejskim cmentarzu, Tomek odezwał się pierwszy. – Wiesz, że ona bardzo ciebie lubi.

I to nie dlatego, że jesteś moim tatą. Po prostu taka już jest. Ona to ma w sobie, że troszczy się o ludzi, nawet kiedy oni nie chcą przyjąć od niej pomocy. – Wiem, że lubi – odpowiedziałem, stawiając znicz.

– Tylko nie wiem, czy potrafię się na to otworzyć. – A czasami trzeba po prostu zrobić pierwszy krok i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Przez chwilę milczałem. – Wiesz, synku.

Ja całe życie myślałem, że patrząc na ludzi, jestem w stanie ocenić ich w ciągu pięciu minut. Wiadomo, po trzydziestu latach w prokuraturze. I mówiłem wam, żebyście uważali na obcych. A ona?

Ona weszła w wasze życie tak szybko, że nawet nie zdążyłem zapytać, skąd się właściwie znacie. – Od roku. – Co od roku? – Znamy się od roku.

Ja ją poznałem w pracy. Ona do nas przyszła w sprawie jakiegoś wniosku i potem już było po sprawie. Tato, przestań szukać problemów tam, gdzie ich nie ma. – Ja nie szukam problemów.

Ja tylko próbuję ochronić cię przed błędem. – Jaki błąd? Ona mnie kocha. I to jest najważniejsze.

Spojrzałem na groby moich rodziców. Na nagrobek Hani przy płocie, który postawiłem po jej śmierci i do którego wciąż nie mogę przyjść bez bólu. Na ten sam płot opierał się Tomek, kiedy miał dziesięć lat i pytał, gdzie jest mama. – Wiem – wydusiłem w końcu.

– Wiem. Ja tylko. Ja się bałem, że ona wejdzie do naszego życia tak mocno, że nie będzie już w nim miejsca dla mnie. – Dla ciebie zawsze będzie miejsce.

Nawet kiedy odejdę, to i tak będzie. Bo jesteś moim ojcem. I zawsze nim będziesz. Pociągnąłem nosem.

– No dobra, nie kojarzcie mi teraz ckliwych scen. Szukaliśmy zniczów, to szukajmy dalej. Po powrocie do Wrocławia zadzwoniłem do Alicji. – Słucham?

– powiedziała z lekkim zdziwieniem. – Pani Alicjo – zacząłem. – Ja wiem, że to może być dziwne, ale zastanawiałem się. Czy zechciałaby pani pójść ze mną kiedyś na kawę?

No wiadomo, nie w tym sensie. Po prostu. Ja. – Z przyjemnością – przerwała mi.

– A właściwie, to czemu nie dzisiaj? Ja kończę o siedemnastej. – Dzisiaj. W takim razie może być dzisiaj.

Pod tym samym sklepem co zwykle? – Pod jakim sklepem? – No wiadomo. Tym z kawą.

Takim koło restauracji, w której jedliśmy. Roześmiała się. – Dobrze. O osiemnastej.

Umówiliśmy się na rynku. Kiedy przyszedłem, już na mnie czekała. Miała na sobie ten sam płaszcz co wtedy, kiedy poznała mnie u Tomka. I ten sam ciepły uśmiech.

– Pan Bogdan. Nie spodziewałam się, że pan do mnie zadzwoni. – No cóż – odpowiedziałem. – Stary człowiek potrafi jeszcze czasem zaskoczyć.

Poszliśmy na kawę do małej kawiarni przy ulicy Wita Stwosza. Usiadła naprzeciwko mnie. Wzięła filiżankę w obie dłonie. – Cieszę się, że pan przyszedł.

Bo chciałam panu o czymś powiedzieć. – Słucham. – Ja wiem, że panu może być trudno. Tomek to pańska jedyna rodzina.

I to normalne, że się pan o niego boi. Ale pan musi wiedzieć, że ja nie chcę go panu zabierać. Ja chcę, żeby pan był częścią naszego życia. – Ja wiem – powiedziałem.

– Przepraszam. Ja tylko. Ja nie wiem, jak się to robi. – Co robi?

– No. Wchodzi się w cudze życie. Nie mój to zwyczaj. Alicja uśmiechnęła się ciepło.

– A może czasem trzeba coś zrobić nie tak, jak się zwykle umie. Żeby odkryć coś nowego. – Tak. Może.

Przez resztę popołudnia rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. O Gdańsku, o tym jak kiedyś jeździła nad morze, o tym, że teraz Wrocław stał się dla niej domem. Opowiedziała mi też o swoim tacie, że rozwiódł się, kiedy była mała, i że długo go nie widywała. – I wybaczył mu pani?

– Nigdy nie miałam mu czego wybaczyć. Poza tym, że go nie było. Ale to nie jego wina, że moja matka wyszła za kogoś innego. Po prostu tak jakoś wyszło.

Każdy robi to, co uważa za słuszne. – Hmm. Mądra z pani kobieta. – Nie, panie Bogdanie.

Ja po prostu staram się nie oceniać ludzi po tym, co mi zrobili. Tylko po tym, kim są dzisiaj. Słuchałem jej i myślałem o mojej Hani. I o tym, że ona też by ją polubiła.

Może właśnie dlatego, że Alicja jest zupełnie inna, niż się spodziewałem. W piątek rano obudziłem się z uśmiechem na twarzy. I to było dziwne, bo od dawna nie budziłem się z uśmiechem. Zanotowałem w myślach, że powinienem do niej zadzwonić, żeby podziękować za ostatnie dni.

Ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że lepiej tego nie robić. Niepotrzebna jest mi jakaś tam wdzięczność. I tak przecież jesteśmy czymś więcej niż znajomymi. Tego dnia zadzwonił Tomek.

– Tato, słuchaj. Wiesz, że zawsze mówiłem, że jakbym poznał kogoś, to chciałbym, żebyście się polubili. Więc spotkajcie się jeszcze raz. Tym razem bez presji.

Może tak po prostu? – Po prostu? – zdziwiłem się. – No tak.

Ot tak. Ja wiem, że ci się podoba w ich towarzystwie, bo widzę to po tobie. – Co po mnie? – No wiesz.

To, że wreszcie uśmiechasz się szczerze. I wychodzisz z domu. Przewróciłem oczami. – Dobra.

Jak już tak bardzo chcesz, to się spotkam. Ale tylko na kawę. – I na spacer. – I na spacer.

To nawet ciekawe. Może się dowiem, dlaczego ta dziewczyna, zamiast uciekać od dwóch facetów, którzy gubią skarpetki w pralce, chce spędzać z nimi czas. – Tato, ty nigdy nie zgubiłeś skarpetki w pralce. – Bo ty jesteś od gubienia.

Tego samego dnia po południu wybraliśmy się we trójkę na spacer wzdłuż Odry. Ja szedłem z przodu, a oni zostali z tyłu. Albo ja z tyłu, oni z przodu. Czułem się dziwnie, jakbym oglądał film o życiu kogoś innego.

Tomek objął Alicję ramieniem. Obracała się co chwilę, uśmiechała do mnie nad ramieniem. I to sprawiało, że coś we mnie pękało. Przy kładce Alicja nagle zwolniła i poczekała na mnie.

– Panie Bogdanie. Ja wiem, że to może być panu obojętne, ale chciałabym coś panu powiedzieć. – Tak? – Ja wiem, jak to jest, kiedy dzieciaki myślą, że wiedzą wszystko lepiej.

Pan ma pewnie to samo z Tomkiem. Ale chciałam panu powiedzieć, że ona, to znaczy, ja – poprawiła się. – Ja bardzo bym chciała, żeby pan był obecny w naszym życiu. Tak na stałe.

– A to niby dokąd miałbym się wybierać? Ja już jestem za stary, żeby szukać sobie nowego miasta. – To znaczy nie o to mi chodzi. Ja wiem, że pan ma własne życie.

Ale gdyby chciał pan. No. Gdyby chciał pan czasem wpaść na obiad. Na przykład w niedzielę.

To byłoby dla nas bardzo ważne. Zatrzymałem się. Wziąłem ją za rękę. Mogłem sobie powiedzieć, że to przełom w relacjach, że to coś, czego sam bym nie wymyślił.

– Dziękuję – powiedziałem. – Naprawdę ci dziękuję. Ale to chyba ja powinienem być ci wdzięczny. Za to, że chcesz się dzielić życiem ze starym nudziarzem.

– Nie takim znowu nudziarzem. Taki popularny, to warzywa w środku. – No pięknie. Już masz podejście do teścia.

– Pan nie jest moim teściem – zaśmiała się. – Wszystko przed nami. Zobaczymy, co z tego wyrośnie. Wieczorem usiedliśmy we trójkę w ich mieszkaniu, bo oni przeprowadzili się do nowej okolicy, na pobliskim osiedlu.

Piliśmy herbatę, a Tomek opowiadał o planach na wspólną przyszłość. O tym, że Alicja robi podyplomowe, a on chciałby zmienić pracę. – A co wy na to, żebyście się wzięli i wybudowali dom pod miastem? – zapytałem.

– Tato, jeszcze nie zaszliśmy tak daleko – zaśmiał się Tomek. – No to zajdźcie. Bo czas szybko leci, a wspomnienia same się nie zrobią. Patrzyłem na nich siedzących obok siebie.

Ona z nożem w ręku, obierająca jabłko. On, czytający jej coś z telefonu. I nagle przypomniała mi się moja Hania. To, jak czytała mi gazety, kiedy nie mogłem zapać w nocy.

Łzy stanęły mi w oczach. – Tato? – Tomek nagle podniósł wzrok. – Wszystko w porządku?

– Tak, tak. Tylko mi się piach do oka dostał. To przez te stare, pełne kurzu żaluzje. – Żadnych żaluzji tu nie ma, ojcze.

– To ty wchodzisz wtedy, kiedy nie powinieneś. Skąd mogę wiedzieć, skąd się biorą łzy w oczach takiego starego obywatela? Alicja spojrzała na Tomka, a on na nią. I oboje się uśmiechnęli.

I kiedy to zrobili, zrozumiałem, że pozwoliłem. Pozwoliłem, żeby obcy człowiek wszedł do mojego życia. Nie po coś. Dla mnie.

I że to nie jest niebezpieczne. Nie wtedy, kiedy przestajesz się bać, że ktoś zaraz zniknie. Wracając do domu, poczułem dziwną lekkość. Aż chciałoby się powiedzieć, że to taki dobry dzień.

Pierwszy taki, odkąd urodziłem się z rodziny. I wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale pomyślałem, że chyba w końcu znalazłem to, czego nie szukałem. Przynajmniej na tyle, na ile starczy mi odwagi.