Maszyna terroru w okupowanej Warszawie miała wiele twarzy. Jedną z nich był Engelbert Frywirt, esesman związany z Pawiakiem, który wpadł w celownik podziemia. Armia Krajowa przez tygodnie obserwowała każdy jego ruch, przygotowując operację likwidacyjną. Wszystko wydawało się zaplanowane co do minuty.

Gdy jednak padły strzały, okazało się, że wykonawcy wyroku zabili niewłaściwego człowieka. Dopiero następnego dnia dowództwo AK dowiedziało się o pomyłce, która do dziś budzi kontrowersje wśród historyków i pasjonatów historii. Pawiak był jednym z najbardziej znienawidzonych miejsc niemieckiego terroru w Warszawie. Byłe carskie więzienie przy ulicach Dzielnej i Pawiej po 1939 roku stało się miejscem kaźni dla tysięcy Polaków – działaczy podziemia, inteligencji i zwykłych mieszkańców stolicy.
Wielu trafiało stąd na egzekucje, do obozów koncentracyjnych lub na przymusowe roboty. Za murami więzienia pracował personel niemiecki, którego zadaniem było wdrażanie polityki terroru i zastraszania osadzonych. Jednym z esesmanów związanych z tym miejscem był właśnie Engelbert Frywirt. Informacje o jego działalności szybko dotarły do warszawskiego podziemia.
Historia Frywirta nie była jednak pozbawiona sprzeczności. Według relacji świadków zdarzało mu się okazywać wahanie, przepraszać polski personel więzienny, a nawet wykorzystywać swoją pozycję do ułatwiania kontaktów z osadzonymi. Był też podatny na łapówki, co pozwalało na dostarczanie do więzienia większych paczek. W pojedynczych przypadkach miał ostrzegać Polaków przed donosicielską działalnością niektórych osób.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Frywirt należał do aparatu terroru okupanta. Armia Krajowa wydała na niego wyrok śmierci. Zanim jednak doszło do egzekucji, trzeba było dokładnie rozpracować cel zamachu. Zadanie sporządzenia charakterystyki esesmana powierzono Aleksandrowi Kunickiemu o pseudonimie „Rajski”.
Na rozkaz kapitana Adama Borysa, pseudonim „Pług”, miał ustalić tożsamość, zwyczaje i codzienną trasę przemieszczania się Niemca. Jak się okazało, rozpracowanie Frywirta było dla AK łatwiejsze niż w przypadku innych funkcjonariuszy niemieckiego aparatu terroru. Wynikało to przede wszystkim z charakteru jego obowiązków. Frywirt regularnie pojawiał się w VII komisariacie granatowej policji przy ulicy Krochmalnej, gdzie przyjmował paczki przeznaczone dla więźniów Pawiaka.
To właśnie tam kontaktowało się z nim wiele osób – przede wszystkim rodziny osadzonych, które dobrze zapamiętały jego zachowanie. Kunicki nie działał sam. Wielką pomocą w rozpracowaniu zbrodniarza służyła mu Gustawa Ćwiertniewska, kobieta zaangażowana w funkcjonowanie podziemnej patronatu więziennego. Dzięki częstym wizytom na Krochmalnej znała doskonale załogę Pawiaka.
To ona dostarczyła opis Frywirta, po którym Kunicki mógł rozpocząć właściwą obserwację. „Rajski” szybko potwierdził tożsamość Niemca. Podczas przyjmowania paczek na Krochmalnej przyjrzał się funkcjonariuszowi z bliska, a jego identyfikację potwierdziły także kobiety czekające w kolejce. Po zakończeniu pracy Niemiec kierował się do bramy budynku na rogu Leszna i Młynarskiej.
Budynek przetrwał do dziś i znajduje się przy alei Solidarności 81. Od tego momentu to miejsce również zostało objęte stałą obserwacją. Przez kolejne dwa tygodnie wywiad AK skupiał się na codziennej rutynie Niemca, jego nawykach i trasach przejazdu. Pod koniec września 1943 roku dowództwo otrzymało informację, że rozpoznanie zostało zakończone i można przystąpić do wykonania wyroku.
Likwidację szkodliwego Niemca początkowo powierzono żołnierzom II plutonu oddziału „Agat” o kryptonimie „Brawi”. Dalszą obserwację Frywirta przejął Kazimierz Kardaś, pseudonim „Orkan”, żołnierz Kedywu, który niedawno brał udział w udanej akcji przeciwko Ernstowi Wefelsowi, innemu oprawcy z Pawiaka. Zachęcony niedawnym sukcesem, „Orkan” już w październiku 1943 roku sformował oddział egzekucyjny i postanowił rozstawić akcję w rejonie ulicy Krochmalnej. W ostatniej chwili zrezygnowano jednak z likwidacji zbrodniarza.
Dowództwo uznało, że przed wyznaczeniem dokładnego terminu zamachu Niemiec musi być obserwowany jeszcze dokładniej. Do obserwacji wyznaczono trzy łączniczki: Marię Stypułkowską pseudonim „Kama”, Zofię Jężak pseudonim „Zojda” oraz czternastoletnią Elżbietę Dziębowską pseudonim „Dewajtis”. Mimo bardzo młodego wieku wykazywała się niezwykłą spostrzegawczością i odwagą, a jej wygląd nie wzbudzał podejrzeń niemieckich oficerów. Dzięki temu mogła swobodnie prowadzić obserwację w rejonie, w którym poruszał się Frywirt.
Każdego ranka obserwowano moment, w którym zbrodniarz wychodził ze swojego mieszkania przy ulicy Leszno i kierował się do pracy w Pawiaku. Prowadzono obserwację na dwie zmiany – między 8:00 a 11:00 oraz od 14:00 do 17:00. Wyniki przekazywano „Orkanowi”, Mirskiemu i „Zawałowi”, którzy pracowali nad szczegółami planu. Ustalono najważniejsze informacje.
Frywirt rzeczywiście pracował w Pawiaku, a w środy i piątki pełnił służbę na Krochmalnej, gdzie przyjmował paczki dla więźniów. Jego adres domowy pozostawał ten sam. Ponadto lubił spędzać czas w pobliskim barze „Centralny” przy ulicy Leszno 2. Z powodu dużej liczby osób postronnych i bliskości posterunku zdecydowano się nie przeprowadzać akcji na Krochmalnej, mimo że oficer był tam praktycznie na wyciągnięcie ręki polskich egzekutorów.
Znacznie korzystniejszym miejscem okazała się ulica Leszno – konkretnie odcinek przy wylocie ulicy Karmelickiej, który esesman pokonywał codziennie w drodze między mieszkaniem a miejscem służby. Wykonanie akcji powierzono drugiej ekipie Kedywu, dowodzonej przez zaledwie dwudziestodwuletniego Krystyna Strzeleckiego pseudonim „Zawał”. Rolę głównych wykonawców wyroku, oprócz niego, powierzono Witoldowi Juszczakowi pseudonim „Kalina” oraz Henrykowi Zakrzewskiemu pseudonim „Kopsa”. Ostatecznie jednak miejsce „Kopsy” zajął Zbigniew Dąbrowski pseudonim „Cyklon”, który wraz z „Kaliną” miał bezpośrednio dokonać likwidacji Niemca.
Pozostały skład zespołu przedstawiał się następująco. Stefan Kulik pseudonim „Kos” i Ryszard Dulniak pseudonim „Daniel” zapewniali ochronę. Ich zadaniem była obserwacja otoczenia, ochrona egzekutorów i reakcja w razie zagrożenia. Tadeusz Kostrzewski pseudonim „Niemira” był kierowcą Opla Kapitana, odpowiadał za zaplanowanie odwrotu i sprawne ewakuowanie uczestników po wykonaniu zadania.
Sześciu żołnierzy AK było uzbrojonych w pistolety maszynowe Sten, pistolety Vis, pistolety Parabellum oraz konspiracyjne granaty „filipinki”. Pierwszą próbę likwidacji zbrodniarza podjęto 19 października o godzinie 15:00. Chciano zlikwidować Frywirta, gdy będzie wracał z Pawiaka do domu. Próba zakończyła się jednak całkowitym niepowodzeniem – mimo dwóch godzin czekania zbrodniarz nie pojawił się w przewidywanym miejscu.
Kolejna próba miała miejsce 21 października o godzinie 15:30. Łączniczka „Dewajtis” poinformowała „Zawała”, że Frywirt znajduje się w barze „Centralny” przy Leszno 2. Dowódca podjął jednak decyzję, by nie przeprowadzać ataku w ciasnym, zatłoczonym lokalu. Postanowiono czekać, licząc, że esesman wyjdzie z baru, jednak po trzydziestu minutach nadal w nim przebywał.
W tej sytuacji operację odwołano. Podczas kolejnej odprawy postanowiono, że w razie gdyby zbrodniarz ponownie zbyt długo przebywał w barze „Centralny”, należy wcześniej rozpoznać topografię tego miejsca. Kolejną próbę wykonania zamachu wyznaczono na 25 października na godzinę 15:30. Dwa dni poprzedzające operację poświęcono na studiowanie baru „Centralny”.
Ustalono, że codziennie przebywało tam kilku kierowników sali, trzech kelnerów, trzy tancerki oraz orkiestra. Bar składał się z dwóch głównych sal: restauracyjnej i barowej, a także kilku mniejszych pomieszczeń. Miał dwa wyjścia, co miało znaczenie dla planowania ewentualnej akcji. Odprawa końcowa odbyła się tuż przed rozpoczęciem operacji.
Dowództwo przygotowało trzy warianty działania: przeprowadzenie ataku na ulicy Karmelickiej, gdyby Frywirt wracał z Pawiaka, wykonanie wyroku po wyjściu funkcjonariusza z mieszkania przy Leszno 1 oraz przeprowadzenie akcji w barze „Centralny”, gdyby okazało się, że Niemiec ponownie przebywa w lokalu. To właśnie wtedy zapadła decyzja o zmianie składu ekipy egzekucyjnej. Henryk Zakrzewski, który zmagał się z kontuzją palca, został zastąpiony przez Zbigniewa Dąbrowskiego pseudonim „Cyklon”. Ta pozornie drobna zmiana miała jednak ogromne konsekwencje.
„Cyklon” nie znał bowiem wyglądu Frywirta. Tak naprawdę, oprócz łączniczek, jedynym członkiem ekipy egzekucyjnej, który znał wygląd zbrodniarza, był Witold Juszczak pseudonim „Kalina”. Mimo to zdecydowano się trzymać planu i podjąć likwidację szkodliwego esesmana. Około godziny 15:30 wszyscy uczestnicy operacji zajęli wyznaczone pozycje.
To była już trzecia próba wykonania wyroku, dlatego żołnierze rozstawili się ostrożniej niż poprzednio. „Kalina” i „Cyklon”, wyznaczeni do bezpośredniej likwidacji celu, obserwowali okolice skrzyżowania Leszna i Rymarskiej. „Zawał”, ukrywając Stena pod płaszczem, przechadzał się po drugiej stronie ulicy. „Kos” czuwał w pobliżu ruin Wielkiej Synagogi.
„Niemira” czekał w przygotowanym do ewakuacji samochodzie. W pobliżu znajdowała się też łączniczka „Akne”, która siedząc w dorożce przed Szpitalem Maltańskim, udawała kobietę czekającą na narzeczonego. Napięcie rosło z każdą minutą. W dodatku w rejonie pojawili się żandarmi, a Niemcy rozpoczęli łapankę.
To mogło zagrozić całej operacji. Dopiero o godzinie 16:45 „Dewajtis” zameldowała, że Frywirt wrócił do mieszkania przy ulicy Leszno. Dla konspiratorów to był kluczowy sygnał. „Kalina” i „Cyklon” zajęli pozycje naprzeciwko bramy, udając przypadkowych przechodniów.
W pobliżu stała też młoda kobieta, która – jak wkrótce miało się okazać – odegrała w operacji nieoczekiwaną rolę. Jak relacjonował „Zawał”: godzina 16:55. Niemiec wychodzi z bramy i wbrew swoim zwyczajom kieruje się w stronę ulicy Orlej. „Kalina” trąca „Cyklona” i mówi: „Ej, to chyba on, chodźmy za nim”.
Idą, a po drugiej stronie ulicy równolegle porusza się „Zawał”. Wtedy ta kobieta biegnie za nimi, wyprzedza „Kalinę” i „Cyklona”, podbiega do Niemca i coś do niego mówi. Niemiec odwraca głowę, sięga do kabury, ale „Cyklon” już trzymał wysa w dłoni. Pada pierwszy strzał, potem drugi z wysa „Kaliny”, następnie trzeci, czwarty, piąty i szósty.
Wszystkie w głowę. Niemiec z roztrzaskaną czaszką osuwa się na chodnik. Gdy tylko Niemiec został postrzelony, „Cyklon” podbiegł do jego ciała i zaczął je przeszukiwać. W tym czasie „Kalina” osłaniała go na wypadek niemieckiego kontrataku, który rzeczywiście nastąpił bardzo szybko – z ulicy Orlej wybiegło kilku uzbrojonych Niemców.
„Zawał” odpowiedział serią ze Stena, co pozwoliło strzelcom wycofać się do czekającego samochodu. Kierowca „Niemira” zgodnie z planem wyprowadził Opla Kapitana na ulicę Rymarską. Gdy uczestnicy wsiadali do auta, z pobliskich okien padły w ich kierunku strzały. Na szczęście ogień osłonowy zapewnili „Kos” i „Daniel”, który nadbiegł z rejonu placu Bankowego.
Jego kule skutecznie zmusiły Niemców do zaprzestania pościgu. Samochód bezpiecznie opuścił miejsce akcji, kierując się przez plac Bankowy, Ogród Saski i ulicę Królewską do punktu kontaktowego przy ulicy Mariańskiej. Tam uczestnicy zdali broń i wymienili konspiracyjne dokumenty. Następnie „Zawał” udał się do swojego mieszkania na Nowym Świecie, gdzie czekali już „Pług”, Mirski, „Orkan” i „Akne”.
Przekonani, że wyrok został wykonany zgodnie z planem, gratulowali dowódcy udanej akcji. Dopiero później okazało się, że ofiarą operacji nie był Engelbert Frywirt. Ponieważ przy zabitym Niemcu nie znaleziono żadnych dokumentów, jego tożsamość pozostawała nieznana. Dopiero następnego dnia, gdy Adam Borys pseudonim „Pług” chciał zameldować wykonanie wyroku, spotkała go zaskakująca informacja.
Ofiarą operacji okazał się SS-Scharführer Stefan Klein, oficer warszawskiego gestapo. Choć główny cel operacji uszedł z życiem, trudno nazwać ją całkowitą porażką. Klein również figurował na liście „Główka” jako osoba przeznaczona do likwidacji. Frywirt przeżył wojnę i zmarł 1 października 1964 roku w Wiedniu.
Operacja zakończyła się gorzkim poczuciem niedosytu. Co prawda udało się zlikwidować niemieckiego oficera, ale nie tego, którego planowano po miesiącach obserwacji. Ta pomyłka wydaje się trudna do usprawiedliwienia. Należy jednak pamiętać, że decyzja została podjęta w ułamku sekundy, w ogromnym stresie, gdy od trafnej oceny sytuacji zależało nie tylko powodzenie misji, ale także życie jej uczestników.
Po ponad osiemdziesięciu latach łatwo jest oceniać, ale znacznie trudniej zrozumieć presję, jaką odczuwali ci, którzy stali wówczas zaledwie kilka metrów od swojego celu.