Andrzej Lepper: ostatnie chwile, w które Polska nie uwierzyła.. Co wiedział o szczytach władzy?

Andrzej Lepper: ostatnie chwile, w które Polska nie uwierzyła.. Co wiedział o szczytach władzy?

5 sierpnia 2011 roku Andrzej Lepper wszedł do kamienicy przy alejach Jerozolimskich 30 w Warszawie, gdzie mieściła się siedziba Samoobrony. Kilka godzin później został tam znaleziony martwy. Oficjalna wersja od początku była prosta i nigdy się nie zmieniła: samobójstwo. Śledczy nie znaleźli dowodów na to, że ktoś go zabił, a także nie potwierdzili wątku ewentualnego namawiania go do odebrania sobie życia lub udzielania mu w tym pomocy.

Thumbnail

Dla ogromnej części Polski to jednak nie był koniec historii, tylko początek pytań. Jak to możliwe, że człowiek, który przez 20 lat wbijał się w polski establishment, wracał po każdym nokaucie i o którym mówiono, że nie ma w sobie ani grama rezygnacji, nagle podejmuje taką decyzję? Dlaczego nie zostawił listu? Co znaczyły jego ostatnie rozmowy?

I kim byli ludzie, o których podobno mówił, że nie wybaczają i potrafią zetrzeć człowieka w proch? Śmierć Leppera wydarzyła się cztery lata po aferze gruntowej, która rozsadziła rząd i po której narodziła się legenda człowieka, który wie za dużo. W tej historii splatają się trzy warstwy: udowodnione fakty, podejrzenia oraz legenda, która po śmierci polityka zaczęła żyć własnym życiem, niezależnie od dowodów. Andrzej Zbigniew Lepper urodził się 13 czerwca 1954 roku w Stowięcinie na Pomorzu.

Dorastał w świecie, w którym praca od świtu była codziennością, a od kredytów i cen skupu zależało życie całych rodzin. Ukończył technikum rolnicze, ale nie zdał matury. Ten szczegół wracał do niego jak bumerang przez całą karierę – warszawskie salony wypominały mu brak wykształcenia, co paradoksalnie stało się jednym z najlepszych paliw jego politycznej kariery. On nie próbował udawać, że pochodzi z innego świata niż jego wyborcy – tym światem się chwalił.

W młodości trenował boks, co ukształtowało jego styl: po ciosie nie wolno pokazać przeciwnikowi, że boli. Tę zasadę przeniósł do polityki i stosował do końca. W 1980 roku związał się z gospodarstwem w Zielnowie. Nie był typem gospodarza robiącego przez lata to samo – hodował między innymi strusie i bizony.

Lubił ryzyko, rozmach i bycie tym, który robi coś, czego inni nie robią. Na początku lat 90. transformacja ustrojowa dla wielu rolników okazała się brutalnym ciosem: koszty rosły, ceny produktów spadały, a kredyty zaciągnięte w innych realiach doprowadzały gospodarstwa do upadku. Do domów przyjeżdżali komornicy i zabierali krowy przy dzieciach i sąsiadach.

Lepper zobaczył w tym problem systemowy i ogromną, niezagospodarowaną złość. Zaczął organizować ludzi. W 1992 roku powstał związek zawodowy Samoobrona, wokół którego narósł ruch zamieniający rozproszony gniew rolników w realną siłę polityczną. Rolnicy blokowali drogi, płonęły opony, dochodziło do starć z policją.

W centrum zawsze stał Lepper z megafonem – dla Warszawy awanturnik łamiący prawo, dla wsi ktoś, kto wreszcie się o nią upomniał. Obie te rzeczy były prawdziwe jednocześnie, co czyni jego historię niewygodną: nie da się jej opowiedzieć ani jako historii bandyty, ani świętego. Jego prawdziwą przewagą był jednak język. Podczas gdy politycy mówili o restrukturyzacji i wskaźnikach, Lepper mówił o człowieku, któremu bank zabiera gospodarstwo, i o rodzinie bojącej się dzwonka do drzwi.

Nie mówił „pojawiły się nieprawidłowości”, mówił „was okradli”. Warszawscy komentatorzy uznali to za prostackie, ale dla jego wyborców był jednym z niewielu ludzi mówiących ich językiem. Wyśmiewanie kandydata przez elity zamieniało się w jego kapitał – mechanizm znany dziś w połowie Europy, a Lepper był w Polsce jednym z pierwszych, którzy odkryli, jak to działa. Samoobrona od początku miała też ciemną stronę: oskarżenia o agresywne metody, zastraszanie i przepychanki z ludźmi, którzy się nie zgadzali.

Sam Lepper wielokrotnie miał problemy z wymiarem sprawiedliwości. Jednak każdy kolejny proces paradoksalnie go wzmacniał – dla części zwolenników był dowodem, że system się go boi. Ten mechanizm, odporny na dowody, sprawiał, że każda porażka stawała się paliwem: jeśli wygrywasz, masz rację, jeśli przegrywasz, jesteś prześladowany. W 2001 roku Samoobrona weszła do Sejmu z wynikiem ponad 10 procent i 53 mandatami.

Do parlamentu trafili ludzie, których wcześniej w polskiej polityce nie było: rolnicy, drobni przedsiębiorcy, działacze z małych miast bez politycznego szlifu. Lepper został wicemarszałkiem Sejmu, ale niedługo potem stracił to stanowisko po oskarżeniach o korupcję, których nie potrafił udowodnić. Formalnie była to porażka, politycznie – paliwo, bo w jego narracji wyglądało to tak: powiedziałem prawdę i natychmiast mnie za to ukarano. W 2002 roku wygłosił z mównicy sejmowej słynne wystąpienie o talibach, którzy mieli szkolić się w Klewkach pod Olsztynem.

Reakcja była jednoznaczna: śmiech, kpiny, nagłówki. Ale część ludzi pomyślała, że skoro mówi rzeczy, o których inni nie mają odwagi wspomnieć, to może w tym coś jest. W jego wypowiedziach mieszały się trzy rzeczy naraz: realne problemy ignorowane przez elity, niepotwierdzone oskarżenia oraz teorie całkowicie nieprawdziwe – wszystko tym samym tonem i z tą samą pewnością siebie. Rok 2005 był szczytem jego kariery.

W wyborach prezydenckich zdobył ponad 15 procent głosów i trzecie miejsce, wyprzedzając wszystkich poza Donaldem Tuskiem i Lechem Kaczyńskim. Po wyborach parlamentarnych okazało się, że PiS nie ma większości i potrzebuje głosów Samoobrony. Człowiek, którym brzydziła się klasa polityczna, stał się jej niezbędny. W 2006 roku Lepper został wicepremierem i ministrem rolnictwa.

To był moment triumfu jego zwolenników, ale jednocześnie początek końca – jego bronią była złość i konfrontacja, które przestają działać, gdy samemu staje się władzą. Koalicja PiS, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin od początku pełna była napięć. To był sojusz z arytmetyki, nie z sympatii. Jesienią 2006 roku wybuchła afera taśmowa – posłanka Samoobrony Renata Beger nagrała rozmowy z politykami PiS o warunkach przejścia do innego klubu.

Lepper nauczył się z tego dwóch rzeczy: że w tej koalicji jest tylko zasobem dostarczającym głosów oraz że wszyscy wszystko nagrywają. We wrześniu 2006 roku na krótko wyleciał z rządu, po czym wrócił – ale skoro raz udało się go usunąć, znaczyło, że da się to zrobić ponownie. Potem przyszły oskarżenia o charakterze obyczajowym dotyczące wykorzystywania zależności służbowych w partii. Sprawy sądowe toczyły się latami i zakończyły się różnie wobec różnych osób – zapadł wyrok skazujący wobec jednego z działaczy, ale część najgłośniejszych zarzutów wobec samego Leppera została z czasem podważona, w tym badania wykazujące, że nie był ojcem dziecka w jednym z nagłośnionych wątków.

Polityczna szkoda była jednak nieodwracalna: partia protestu straciła wiarygodność, a bez niej nie miała nic. W połowie 2007 roku wybuchła afera gruntowa. CBA prowadziło kontrolowaną operację dotyczącą korupcji przy odrolnieniu gruntów na Mazurach. Podstawieni ludzie mieli nawiązać kontakt z pośrednikami, ale 6 lipca 2007 roku planowana akcja nie skończyła się tak, jak zakładano – ludzie, którzy mieli wpaść w pułapkę, nie weszli w nią.

Ktoś ostrzegł. Kto wyciekł informacji o ściśle tajnej operacji, do dziś pozostaje jednym z najbardziej spornych i nierozstrzygniętych elementów całego kryzysu. Trzy dni później, 9 lipca 2007 roku, Jarosław Kaczyński odwołał Leppera z funkcji wicepremiera i ministra rolnictwa. Lepper zaczął mówić, że wie, jak naprawdę działa polityka, że wie, kto stoi za czym i że gdyby chciał, mógłby powiedzieć znacznie więcej.

Koalicja rozpadła się, a w przedterminowych wyborach jesienią 2007 roku Samoobrona nie przekroczyła progu wyborczego. W ciągu kilku miesięcy Lepper stracił wszystko: stanowisko, mandat poselski, immunitet, subwencje, dostęp do wielkiej polityki, a przede wszystkim zainteresowanie kamer. Przez 20 lat żył w stanie nieustannego konfliktu, który był jego naturalnym żywiołem – nagle został sam. Partia rozpadała się po cichu, narastały problemy finansowe, osobiste długi i komornicy.

Toczyły się kolejne sprawy sądowe. W otoczeniu mówiło się o problemach rodzinnych i poważnej chorobie w rodzinie. Równolegle narastała legenda o archiwum, dokumentach i nagraniach, które Lepper miał trzymać w walizce i które miały niszczyć ludzi z najwyższych szczebli władzy. Nigdy nie znaleziono wiarygodnego dowodu potwierdzającego istnienie takiego zbioru.

Były pogłoski, relacje i sugestie samego Leppera, ale pogłoska nie jest dokumentem. Lepper przez 20 lat świadomie budował wrażenie, że wie więcej, niż mówi – to była jego broń, która działa najlepiej, gdy nikt nie sprawdza, czy to prawda. W ostatnich latach życia Lepper próbował wracać w kilku kierunkach naraz: rozmawiał, jeździł, planował nowe sojusze i przedsięwzięcia, także zagraniczne. Miał plany i umówione spotkania w najbliższych dniach.

Dla bliskich właśnie to było powodem niedowierzania – jak pogodzić kalendarz pełen terminów z decyzją o zakończeniu wszystkiego? Eksperci od takich sytuacji odpowiadają, że to nie jest sprzeczność: osoby w głębokim kryzysie często do ostatniej chwili funkcjonują na zewnątrz normalnie, a otoczenie potem powtarza „przecież wydawał się w porządku”. 5 sierpnia 2011 roku telefon Leppera milczał, choć był człowiekiem, który zawsze odbierał i sam dzwonił do dziennikarzy o siódmej rano. Drzwi do jego pomieszczeń pozostały zamknięte.

Kiedy ktoś z rodziny postanowił sprawdzić, co się dzieje, w środku pracował telewizor z zatrzymanym obrazem, a w jednym z pomieszczeń znaleziono ciało. Nie było listu pożegnalnego. Po jego śmierci natychmiast pojawiły się pytania o ostatnie godziny. Włączony telewizor, zamknięte drzwi, brak listu, milczący telefon – każdy z tych elementów zaczął żyć własnym życiem.

Jednak szczegół staje się poszlaką dopiero wtedy, gdy nie da się go wyjaśnić w zwykły sposób: większość osób odbierających sobie życie nie zostawia listu, włączony telewizor w mieszkaniu, w którym ktoś spędza dzień, sam z siebie niczego nie znaczy, a zamknięte drzwi w miejscu, gdzie ktoś chce być sam, również. Największą legendę zbudowały nagrania, które po śmierci Leppera pojawiły się w mediach. Nie trafiły najpierw do prokuratury, tylko do znanego prywatnego detektywa. Na jednym z nagrań Lepper miał mówić o ludziach, którzy nie wybaczają i potrafią zetrzeć człowieka w proch.

Po jego śmierci te słowa zabrzmiały jak proroctwo. Istnieją jednak trzy możliwe interpretacje: mógł mówić o konkretnym zagrożeniu, mógł mówić językiem, którym mówił przez całe życie – językiem układów i sił działających za zamkniętymi drzwiami – albo, najprawdopodobniej, mieszał jedno z drugim, tak jak robił to zawsze, co uniemożliwia jednoznaczną ocenę, w którym trybie mówił. Bez dowodów nie da się na to odpowiedzieć. W śledztwie sprawdzano nie tylko miejsce zdarzenia, ale też kto miał dostęp do pomieszczeń, bilingi, przepływy pieniędzy, zobowiązania i kalendarz.

Przesłuchiwano rodzinę, współpracowników i świadków. Ustalenia były jednoznaczne: brak dowodów na udział osób trzecich, brak potwierdzenia wątku pomocnictwa i namowy. Przez lata pojawiały się zapowiedzi, że ktoś ma nagrania albo złoży zeznania, ale żadna z nich nigdy nie zamieniła się w twardy materiał zmieniający ustalenia. Jeśli przez 15 lat w kraju, w którym każda strona sporu chętnie uderzyłaby przeciwnika taką sprawą, nikt nie wyciągnął niczego konkretnego, najprostsze wyjaśnienie brzmi: nie ma czego wyciągać.

Dlaczego tak wielu ludzi nie potrafiło uwierzyć w prostszą wersję? Po pierwsze, Lepper sam nauczył Polaków, że za oficjalnym obrazem zawsze może kryć się coś jeszcze – kiedy przyszła oficjalna wersja jego własnej śmierci, ludzie zrobili dokładnie to, czego ich nauczył. Po drugie, sprawa trafiła na podatny grunt: rok po katastrofie, po której Polska podzieliła się na pół w sporze o wersję oficjalną, słowo „prokuratura” dla milionów ludzi przestało oznaczać wiarygodność. Po trzecie, ludzie nie znoszą przypadku i nieproporcjonalności – trudno przyjąć, że ktoś tak wielki odszedł w zwyczajny sposób w wynajętym biurze, bez sceny i ostatniego słowa.

Po czwarte, historia o zabójstwie bywa prostsza do zniesienia niż historia o samotności i upadku, którego nikt nie zauważył. Historia polityczna Leppera nie jest jednak historią niewinnego bohatera walczącego z systemem. To był człowiek pełen głębokich sprzeczności: mówił o krzywdzie zwykłych ludzi z autentyczną siłą, ale używał języka poniżającego innych i metod łamiących prawo; oskarżał innych o układy, a potem sam wszedł do rządu i stał się częścią tej samej gry; mówił rzeczy prorocze i wyssane z palca w tym samym tygodniu, z tą samą pewnością siebie. Na cmentarzu w Krupach żegnały go tysiące ludzi: rolnicy, którzy stali z nim na blokadach, dawni działacze, mieszkańcy okolicznych wsi i ludzie, którzy przyjechali z drugiego końca Polski.

Niektórzy politycy, którzy za jego życia przestali odbierać telefony, po jego śmierci stanęli nad jego grobem. Jego partia przepadła zupełnie, ale jego język został: prosty, krótki, konfrontacyjny, dzielący świat na zwykłych ludzi i tych na górze, nieufny wobec elit i instytucji. Lepper przegrał wszystkie swoje wojny, ale wygrał sposób mówienia. Czy był politykiem dotykającym problemów ignorowanych przez elity?

Tak, bez wątpliwości – bieda po upadłych PGR-ach, długi rolników i poczucie wykluczenia to były realne sprawy, o których mówił, gdy innym się to nie opłacało. Czy wykorzystywał strach, gniew i teorie spisku jako narzędzie? Również tak – rzucał oskarżenia, których nie potrafił udowodnić, i grał emocjami ludzi, którzy mu ufali. Czy miał informacje niewygodne dla najwyższych szczebli władzy?

Tego nie da się wykluczyć – był wicepremierem i siedział przy stołach, przy których zapadały decyzje. Ale czy istnieją dowody, że jego śmierć była konsekwencją tych informacji? Nie. Z tej historii warto wyciągnąć trzy rzeczy.

Brak odpowiedzi to nie to samo co dowód – luka w wiedzy nie świadczy o niczym poza tym, że jest luką. Kolejność zdarzeń nie jest przyczyną zdarzeń – to, że cztery lata wcześniej wybuchła afera gruntowa, nie oznacza, że doprowadziła do śmierci. I najważniejsze: trzeba umieć siedzieć w niepewności. W niektórych sprawach uczciwa odpowiedź brzmi: mamy ustalenia śledztwa, mamy kontekst, mamy kilka pytań bez odpowiedzi i tak już zostanie.

Za całą tą historią w ostatnim rozdziale stoi człowiek w bardzo złym stanie, który stracił wszystko, na czym budował swoją wartość, i który prawdopodobnie nie miał już nikogo, komu mógłby powiedzieć, jak bardzo jest źle. Człowiek, który przez lata był dla wszystkich silny, nie umie potem prosić o pomoc, a otoczenie przyzwyczajone do jego siły nie pyta. Pytanie, co naprawdę wiedział Andrzej Lepper, pozostaje bez odpowiedzi.

Być może niektóre z jego podejrzeń były trafne, a być może po latach walki, po przegranych wyborach, długach, sprawach sądowych i osobistych tragediach znalazł się w miejscu, z którego nie potrafił już zobaczyć żadnego wyjścia.