Smoleńsk 2010 – część 1

Smoleńsk 2010 - część 1

10 kwietnia 2010 roku Tu-154M z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie rozbił się podczas podchodzenia do lądowania na wojskowym lotnisku w Smoleńsku. Zginęło 96 osób, w tym para prezydencka i przedstawiciele najwyższych władz państwowych. Do dziś trwają spory o przyczyny katastrofy. Poprzedzały ją miesiące politycznych napięć wokół organizacji obchodów 70.

Thumbnail

rocznicy zbrodni katyńskiej. Na początku lutego 2010 roku premier Rosji Władimir Putin zaprosił premiera Donalda Tuska do wspólnego udziału w uroczystościach. Zaproszenie nie obejmowało prezydenta Lecha Kaczyńskiego, co wywołało falę spekulacji. Zapowiedź odrębnych obchodów skrytykował minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

Wypowiedział się wtedy wprost, mówiąc, że taka sytuacja może pokazać chaos i dwutorowość polskiej polityki wobec Rosji. Prezydent Kaczyński nie zamierzał jednak rezygnować z udziału w głównych uroczystościach i podkreślał, że nie leci do Rosji, aby zaogniać stosunki, lecz by uczcić pamięć ofiar. Wizyta premiera odbyła się 7 kwietnia. Donald Tusk i Władimir Putin wzięli udział w obchodach w Katyniu, gdzie obaj wygłosili przemówienia.

Wystąpienie rosyjskiego premiera wywołało później dyskusję, ponieważ unikał on słowa „zbrodnia” i zrównywał pomordowanych polskich oficerów z żołnierzami Armii Czerwonej. Mimo to na wielu obecnych duże wrażenie zrobił widok klęczącego Putina przed Krzyżem Katyńskim. Kilka dni później, 9 kwietnia, do Smoleńska wyruszył specjalny pociąg z rodzinami katyńskimi. Prezydent Lech Kaczyński do ostatnich godzin wieczoru pracował w Belwederze nad przemówieniem, które miał wygłosić na cmentarzu.

10 kwietnia nad ranem do Smoleńska najpierw odleciał Jak-40 z dziennikarzami. Samolot wylądował bez większych problemów, choć warunki pogodowe zaczynały się pogarszać. Załoga Tu-154M przybyła do samolotu w Warszawie przed godziną 6:30. Start opóźnił się o ponad dwadzieścia minut, ponieważ na pokład czekała para prezydencka.

Kolumna samochodów z Lechem i Marią Kaczyńskimi wjechała na płytę lotniska krótko po 7:20. Prezydenta przed wejściem na pokład powitali generał Andrzej Błasik i dowódca załogi kapitan Arkadiusz Protasiuk. Chwilę później samolot wystartował z Warszawy. Zanim Tu-154M dotarł w okolice Smoleńska, rosyjski wojskowy samolot Ił-76 dwukrotnie bezskutecznie próbował lądować na lotnisku Siewiernyj.

Warunki pogodowe szybko się pogarszały, a widoczność spadała. O godzinie 7:46 pracownicy lotniska komentowali między sobą, że przy takiej mgle lotnisko powinno zostać zamknięte. Na miejscu czekał ambasador Polski w Moskwie Jerzy Bar. Wspominał później, że w ciągu kilkunastu minut od przyjazdu mgła narastała w błyskawicznym tempie.

O godzinie 8:14 piloci Tu-154M otrzymali z Mińska komunikat o złych warunkach do lądowania w Smoleńsku. Widoczność wynosząca 400 metrów była zdecydowanie poniżej minimum dla tego typu podejścia. Z zapisów rozmów w kokpicie wynika, że załoga zdawała sobie sprawę z trudności. W pewnym momencie padły słowa o tym, że jeśli nie uda się wylądować, załoga odejdzie na drugi krąg.

Kapitan Protasiuk poinformował dyrektora protokołu dyplomatycznego Mariusza Kazanę, że w obecnych warunkach nie będą w stanie usiąść. O godzinie 8:24 załoga Tu-154M otrzymała od pilotów Jaka-40 szczegółowe informacje o pogodzie nad lotniskiem. Podano, że widoczność wynosi około 400 metrów, a podstawa chmur znajduje się znacznie poniżej 50 metrów. Piloci Jaka-40 sugerowali, że można spróbować lądowania, ale jeśli się nie uda, należy lecieć do Moskwy.

W tle pojawiła się informacja, że rosyjski Ił-76 dwukrotnie odchodził od lądowania. Około 8:30 Mariusz Kazana wszedł do kokpitu i przekazał, że prezydent nie podjął jeszcze decyzji co dalej. Z zachowanych stenogramów wynika, że drzwi do kokpitu były otwarte przez cały lot. W pobliżu kabiny pilotów przebywały inne osoby, których głosy były rejestrowane, ale nie udało się ich wszystkich zidentyfikować.

Tuż przed podejściem kapitan Protasiuk poinstruował załogę, że w przypadku nieudanego lądowania nastąpi odejście w automacie. Chwilę później jedna ze stewardes poprosiła pasażerów o zajęcie miejsc. O godzinie 8:35 załoga Jaka-40 zeszła na płytę lotniska i obserwowała podchodzącą maszynę. Mgła była już bardzo gęsta.

O 8:37 jeden z członków załogi Jaka-40 przekazał pilotom ostatni komunikat o widoczności, która spadła do 200 metrów. Była to wartość wielokrotnie niższa od wymaganej do bezpiecznego lądowania. W tym samym czasie operator telewizyjny, który od rana nagrywał lotnisko, wyłączył kamerę. Zdecydował się na to, gdy w oknie pojawili się rosyjscy robotnicy przygotowujący się do prac remontowych.

O 8:39 nawigator Artur Ziętek podawał załodze wysokość samolotu nad ziemią. Maszyna dynamicznie się zniżała. Wkrótce włączył się system ostrzegania o bliskości ziemi. Załoga spodziewała się takiego sygnału, ponieważ lotniska w Smoleńsku nie było w bazie danych systemu.

Ostrzeżenia włączały się przy każdym lądowaniu w tym miejscu. W kokpicie doszło wówczas do krótkiej wymiany zdań. Drugi pilot zasugerował odejście od lądowania. Kapitan Protasiuk odpowiedział, że ktoś za to odpowie.

W pobliżu znajdował się generał Andrzej Błasik, dowódca sił powietrznych, którego głos słychać na nagraniach. Kontrolerzy ze Smoleńska wielokrotnie potwierdzali, że samolot znajduje się na właściwej ścieżce. Na wysokości około 100 metrów generał Błasik odczytywał wysokość razem z nawigatorem. Z tyłu kokpitu ktoś wypowiedział słowa, które do dziś pozostają zagadką.

Niezidentyfikowana osoba powiedziała wtedy: „To się nie uda”. Do dziś nie wiadomo, kim była. Tuż przed zderzeniem z ziemią, na wysokości około 90 metrów, padła komenda „Odejdziemy”. Według stenogramów wypowiedział ją drugi pilot Robert Grzywna, choć w późniejszych analizach wychwycono także głos kapitana Protasiuka.

Mimo tej komendy samolot zamiast poderwać się do góry, nadal się zniżał. Dlaczego maszyna nie rozpoczęła wznoszenia po komendzie odejścia, pozostaje jedną z największych zagadek, nad którą głowili się eksperci i członkowie kolejnych komisji. Na nagraniach słychać jeszcze odczyty wysokości: 80 metrów, 70, 40. Potem zapis się urwał.

Materiał oparty jest na stenogramach z rejestratorów pokładowych, oficjalnych raportach i analizach prowadzonych od 2010 roku. Zaznaczono w nim, że publikowane stenogramy nie są kompletne i były w późniejszych latach uzupełniane oraz poprawiane. Twórcy zwrócili się do prokuratury o dostęp do pełnych nagrań z kokpitu, ale odmówiono im dostępu. Fragmenty rozmów pochodzą z materiałów medialnych i nie mogły zostać w pełni zweryfikowane.

W materiale podkreślono, że świadomie zrezygnowano z narzucania interpretacji, komentarzy i ocen. Celem było przedstawienie wydarzeń w taki sposób, aby widz mógł samodzielnie dojść do wniosków dotyczących przyczyn katastrofy.