Cicho weszłam do kuchni i zapaliłam światło. Deszcz bębnił o okno, a ja stałam nieruchomo, czując, jak woda kapie z moich przemoczonych włosów na kafelki. Zanim zdążyłam złapać oddech, usłyszałam szuranie kapci i do kuchni weszła pani Ewa, moja teściowa. Miała na sobie swój znoszony szlafrok, a na twarzy wymalowane wieczne niezadowolenie.

Mamo, proszę, idź do stołu – powiedziałam cicho, starając się brzmieć spokojnie. Ona jednak nawet nie spojrzała mi w oczy. Zamiast tego podeszła do kuchenki, zdjęła pokrywkę z garnka i, bez wahania, włożyła łyżkę wprost do gotującej się zupy, mieszając ją energicznie, jakby chciała sprawdzić, czy na pewno coś w niej pływa. Dałam ci pieniądze na zakupy – wycedziła przez zaciśnięte zęby – a ty kupiłaś tylko warzywa do ugotowania.
Gdzie jest mięso? Gdzie jest chleb? Połowę warzyw dałam do zupy, a drugą połowę usmażę dla Lenki na obiad do szkoły – odparłam, sięgając po miskę. Nie fatygowałam się, by tłumaczyć cokolwiek więcej.
Nabrałam gorącej zupy do miski, czując, jak parzy mnie w palce, ale nie zdradziłam żadnego bólu. Pani Ewa prychnęła. Otworzyła lodówkę, jakby spodziewała się zobaczyć w niej cuda, a gdy zobaczyła tylko kilka słoików i butelkę mleka, zatrzasnęła drzwi z rozmachem. Haruję od ósmej rano do szóstej wieczorem – powiedziałam, odwracając się do niej.
– A czasem zabieram dokumenty do domu i pracuję do północy. Nie mam już siły. To jak brakuje, to idź do matki – rzuciła teściowa, odwracając się do mnie plecami. Poczucie żalu napłynęło mi do piekących oczu.
Spuściłam wzrok, udając, że coś wycieram z blatu. Nie, nic – wymamrotałam, gdy stanęła przy mnie. – Tylko kurz mi wpadł do oka.