RYSZARD SZURKOWSKI: Sława, pieniądze i tragedia. Dlaczego jego życie potoczyło się tak źle?

RYSZARD SZURKOWSKI: Sława, pieniądze i tragedia. Dlaczego jego życie potoczyło się tak źle?

W sierpniu 2019 roku na facebookowym profilu małego sklepu rowerowego na warszawskiej Woli pojawiło się zwyczajne ogłoszenie. Ktoś sprzedawał samochód. Zdjęcia, przebieg, stan techniczny, cena do negocjacji. Dopiero na końcu znalazło się jedno zdanie: pieniądze ze sprzedaży pójdą na rehabilitację męża.

Thumbnail

Nie podano nazwiska. Człowiek, na którego rehabilitację zbierano wówczas fundusze, był przez lata najbardziej rozpoznawalnym sportowcem w tej części Europy. Kiedy jechał, ludzie wynosili radia na podwórka. Kiedy wygrywał, jego twarz trafiała na pierwsze strony gazet w trzech krajach jednocześnie.

49 lat wcześniej ten sam człowiek wjeżdżał na stadion Dziesięciolecia w Warszawie jako zwycięzca Wyścigu Pokoju. 100 tysięcy ludzi na trybunach, kolejne miliony przy głośnikach, a on – chłopak z wioski pod Miliczem – przecinał linię mety jako bohater całego bloku wschodniego. Między tłumem na stadionie a ogłoszeniem o sprzedaży auta nie wydarzyła się żadna kompromitacja, żaden skandal, żaden wyrok. Ten człowiek do końca był szanowany, odznaczany i zapraszany.

A mimo to jego życie potoczyło się tak, że opowiadając je po kolei, trudno złapać oddech. Przez pięć miesięcy milczał o tym, co mu się stało. Odezwał się dopiero wtedy, gdy rachunków nie dało się już zapłacić. Nazywał się Ryszard Szurkowski.

Cztery razy wygrał Wyścig Pokoju – w 1970, 1971, 1973 i 1975 roku. W czasach, gdy była to największa impreza kolarska świata dla amatorów i najważniejsze wydarzenie sportowe roku dla Polski, Czechosłowacji i NRD. 1 września 1973 roku w Barcelonie został mistrzem świata w wyścigu ze startu wspólnego. Do tego doszły złote medale mistrzostw świata zdobyte w drużynie i dwa srebrne medale olimpijskie – w jeździe drużynowej na czas w Monachium w 1972 roku i cztery lata później w Montrealu.

Pięć razy był mistrzem Polski w wyścigu ze startu wspólnego. Wyścigi wygrywał na czterech kontynentach. Powszechnie uznawano go za najlepszego kolarza amatora na świecie. W plebiscycie na najlepszego polskiego sportowca XX wieku zajął drugie miejsce.

Przed nim była tylko Irena Szewińska. Otrzymał najwyższe odznaczenia państwowe, w tym Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Był posłem na Sejm, trenerem kadry narodowej, prezesem Polskiego Związku Kolarskiego i twórcą pierwszej polskiej zawodowej grupy kolarskiej. Zmarł 1 lutego 2021 roku w szpitalu w Radomiu, sparaliżowany – po tym, jak w pandemii żadna warszawska placówka nie chciała go przyjąć.

20 dni po 75. urodzinach, przeżywszy obu swoich synów. Urodził się 12 stycznia 1946 roku we wsi Świebodów na Dolnym Śląsku jako syn Mariana Szurkowskiego i Marii Dinwebel. W tamtych latach rower nie był sprzętem sportowym, lecz majątkiem – środkiem do pracy, szkoły, kościoła i sklepu.

W świecie, w którym samochodu nie miał nikt. Mały Rysiek słuchał w Polskim Radiu relacji z Wyścigu Pokoju. Zachwycił się sylwetką Stanisława Królaka, pierwszego Polaka, który wygrał tę gigantyczną imprezę. Nie marzył jeszcze o sporcie.

Po prostu zakochał się w jeździe na rowerze. Kolarstwo nie było dla niego karierą, lecz stanem naturalnym. Wyścig Pokoju był dla chłopaka ze wsi jedynym realnym sposobem, aby zobaczyć świat. Kolarz przekraczał granice, dostawał paszport – w kraju, w którym był on reglamentowanym luksusem.

Wiosną 1968 roku ten nieznany szerzej zawodnik wygrał mistrzostwa Polski w kolarstwie przełajowym. Kilka miesięcy później był drugi w mistrzostwach górskich i czwarty w szosowych. W następnym sezonie dostał powołanie do kadry narodowej i zadebiutował w Wyścigu Pokoju. W debiucie zajął drugie miejsce.

Wyścig Pokoju z 1970 roku przeszedł do historii jako moment, w którym jedna drużyna zdominowała peleton w sposób wcześniej niespotykany. Indywidualnie triumfował Szurkowski. Polska przestała mieć kompleksy w kolarstwie – od tego roku to jej kolarzy bał się cały peleton. Jest jednak epizod, który mówi o nim więcej niż wszystkie zwycięstwa.

Na mistrzostwach Polski rywalowi Szurkowskiego, Zygmuntowi Hanusikowi, zepsuł się rower. Szurkowski oddał mu własną maszynę. Hanusik na tym rowerze pojechał dalej i zdobył mistrzowski tytuł. Za ten gest Szurkowski dostał nagrodę fair play UNESCO i mówił później, że ceni ją tak samo wysoko jak swoje zwycięstwa.

19 maja 1972 roku, podczas etapu Wyścigu Pokoju kończącego się w Lublinie, na 97. kilometrze Szurkowski oderwał się od grupy samotnie. Jechał blisko 70 kilometrów w pojedynkę, na wietrze, bez zmiennika, z całym peletonem organizującym pościg za plecami. Wjechał triumfalnie na stadion Lublinianki, gdzie czekało około 25 tysięcy ludzi.

Drugi zawodnik zameldował się na mecie 4 minuty po nim. 1 września 1973 roku w Barcelonie został mistrzem świata w wyścigu ze startu wspólnego. Tęczowa koszulka to najwyższy tytuł, jaki można zdobyć w kolarstwie szosowym poza igrzyskami. W plebiscycie Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca Polski był najlepszy w 1971 i 1973 roku.

Wygrywał też we Francji, Bułgarii, Szkocji, Anglii, Austrii i Egipcie. Tour de Pologne wyścigu własnego kraju nigdy nie wygrał w klasyfikacji generalnej, za to pozostaje rekordzistą pod względem wygranych etapów – 15. Paradoks, który kibice wspominają do dziś. Relacje z Wyścigu Pokoju szły równolegle w Polsce, Czechosłowacji i NRD.

Trzy kraje, dziesiątki milionów ludzi patrzących w tym samym czasie na tę samą szosę. Rozpoznawalność Szurkowskiego była większa niż jakiegokolwiek polskiego piłkarza tamtych czasów. Formalnie był amatorem. Interesowały się nim najlepsze zawodowe grupy świata, między innymi belgijska Molteni – ekipa, w której jeździł Eddy Merckx.

Zachód widział w nim zawodnika, który mógłby jeździć na najwyższym profesjonalnym poziomie. Ale kolarze z bloku państw socjalistycznych nie mieli możliwości przejścia na zawodowstwo. Nie istniała procedura, furtka ani żaden wariant, w którym Polak w 1973 roku podpisuje kontrakt w Belgii. Zachodni rówieśnicy o porównywalnym poziomie sportowym budowali w tamtej dekadzie majątki, podpisywali kontrakty reklamowe, kupowali nieruchomości.

Szurkowski kończył karierę z medalami, orderami i ogromnym szacunkiem. System socjalistyczny dawał mu jednak warunki, o jakich zachodni amator mógł tylko pomarzyć – obozy, sztab, opiekę medyczną, sprzęt, możliwość trenowania na pełny etat. Nie chodzi o to, że mu nie płacono. Chodzi o coś subtelniejszego.

Nie był właścicielem swojej sławy – był jej najemcą. Wszystko, co miał, było mu użyczone przez państwo, dopóki wygrywał. Nic nie zamieniało się w kapitał. Nie było funduszu emerytalnego ani portfela inwestycyjnego.

A sławy nie da się sprzedać, kiedy potrzebuje się pieniędzy na leczenie. W karierze zabrakło mu jeszcze złota olimpijskiego. W Monachium w 1972 roku polska drużyna zdobyła srebro, cztery lata później w Montrealu – znowu srebro. W 1974 roku na mistrzostwach świata w wyścigu indywidualnym był drugi.

Człowiek, który wygrywał wszystko przez pięć lat z rzędu, na igrzyskach zawsze kończył krok przed szczytem. Karierę w reprezentacji zakończył w 1980 roku, klubową w 1984. Nie zniknął, nie zapił, nie sprzedał medali. Został w kolarstwie.

Jego bliscy powtarzali potem zdanie, które jest kluczem do całej historii: Szurkowski był szczęśliwy tylko na rowerze. Tylko na rowerze. Był bardzo dobrym trenerem. Ukończył wrocławską Akademię Wychowania Fizycznego.

Od 1984 do 1988 roku prowadził kadrę narodową. W maju 1985 roku jego podopieczny Lech Piasecki wygrał Wyścig Pokoju, a kilka miesięcy później został indywidualnym mistrzem świata. W 1988 roku na igrzyskach w Seulu prowadzona przez niego polska drużyna szosowa zdobyła srebrny medal olimpijski. W 1988 roku stworzył w Kielcach grupę Exbud – pierwszą polską zawodową grupę kolarską.

Grupa istniała w latach 1988–1989, czyli dokładnie wtedy, gdy świat, w którym Szurkowski był kimś, przestawał istnieć. Upadł ustrój, zniknęły państwowe pieniądze na sport. Wyścig Pokoju zaczął tracić rangę, sponsorów i sens. Pełnił później funkcje dyrektora polskiej części Wyścigu Pokoju, kierował wyszkoleniem w Polskim Związku Kolarskim, był wiceprezesem do spraw sportowych, a w latach 2010–2011 prezesem związku.

Zasiadał we władzach Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Był posłem na Sejm w latach 1985–1989. Ostatnie lata pracy spędził w małym sklepie rowerowym na warszawskiej Woli, sprzedając ludziom to, co pokochał jako dziecko. To nie była emerytura mistrza świata, lecz praca, którą trzeba było wykonywać, bo z czegoś trzeba żyć.

Nie chodzi o to, że był biedny – nie był. Chodzi o to, że nie miał żadnej poduszki na katastrofę. Nic, co pozwoliłoby przetrwać jedno duże nieszczęście bez proszenia o pomoc. Był człowiekiem zamkniętym.

Wszyscy podkreślali jego skromność, spokój i życzliwość. Uważał, że pewne sprawy są jego, a nie publiczne. Był trzykrotnie żonaty. Pierwsze małżeństwo z Ewą Kukułą skończyło się po kilku latach, związek z Izabelą Gumowską też nie przetrwał.

Trzecia żona, Iwona Arkuszewska-Szurkowska, młodsza o 27 lat, była przy nim do samego końca. To ona prowadziła sklep, sprzedawała samochód i przekazała Polskiej Agencji Prasowej wiadomość o jego śmierci. Miał dwóch synów – Norberta i Wiktora – z dwóch różnych związków. Po rozwodzie pierwsza żona wyjechała do Stanów Zjednoczonych, zabierając najstarszego syna.

Norbert Szurkowski urodził się 2 września 1970 roku we Wrocławiu. Po rozwodzie rodziców wyjechał z matką do Ameryki. Tam poznał swoją przyszłą żonę Urszulę. Mieli już jedno dziecko, a tuż przed 11 września okazało się, że żona jest w ciąży z drugim.

Na co dzień pracował w warsztacie samochodowym poza centrum Nowego Jorku i dorabiał drobnymi zleceniami. 11 września 2001 roku dostał zlecenie w World Trade Center. Miał poprawić tapetę w biurze firmy Cantor Fitzgerald na 104. piętrze północnej wieży.

Wszedł do budynku wcześnie rano. Chciał wyjść przed otwarciem biur. Nie zdążył przed 9:00. Ojciec opisał później w swojej książce szczegół, który jest najokrutniejszą rzeczą w całej tej historii.

Rano, jadąc do pracy, Norbert zorientował się, że zapomniał karty wstępu. Odwrócił się i zobaczył, że żonę zatrzymało czerwone światło na skrzyżowaniu tuż przy domu. Zauważyła go, zdążył wziąć kartę i poszedł do pracy. Miał 31 lat i 9 dni.

Nikt, kto przebywał na 104. piętrze, nie przeżył. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Nie było pogrzebu, nie ma grobu.

Nazwisko Szurkowski widnieje na tablicy upamiętniającej ofiary 11 września. Nie doczekał narodzin córki. Ryszard Szurkowski dowiedział się o zamachu przypadkiem w siedzibie klubu, gdzie sekretarka oglądała telewizyjną relację na żywo. Chwilę później zadzwoniła żona Norberta.

Nie powiedział o tym publicznie ani słowa – ani wtedy, ani rok później, ani dziesięć lat później. Polska dowiedziała się o śmierci Norberta Szurkowskiego dopiero z jego autobiografii, wydanej prawie 18 lat po zamachu. Do Nowego Jorku nigdy więcej nie pojechał. 10 czerwca 2018 roku Ryszard Szurkowski, mający wtedy 72 lata, startował w amatorskim wyścigu weteranów w Kolnii.

Kilka kilometrów przed metą doszło do gigantycznej kraksy. Tuż przed nim przewróciło się dwóch kolarzy. Nie miał gdzie uciec. Upadł na twarz.

Obrażenia były straszne. Uszkodzenie rdzenia kręgowego i czterokończynowe porażenie, uszkodzona czaszka, złamana w kilku miejscach szczęka, zdeformowany nos, wyrwana warga. W Niemczech przeszedł trzy operacje – dwie kręgosłupa i jedną rekonstrukcji twarzy. Przez dwa miesiące nie mógł poruszyć absolutnie niczym.

Pamiętał wszystko – ani na moment nie stracił przytomności. Przez blisko pięć miesięcy opinia publiczna nie wiedziała o tym nic. Koledzy z peletonu, znajomi, lekarze i dziennikarze zachowali solidarność, bo prosiła o to rodzina i on sam. Zdecydował się mówić dopiero wtedy, gdy okazało się, że koszty leczenia i rehabilitacji przekraczają możliwości rodziny.

W listopadzie 2018 roku najbardziej utytułowany polski kolarz w historii musiał publicznie powiedzieć, że nie stać go na własne leczenie. Polska zareagowała. Zarząd Polskiego Związku Kolarskiego zaapelował o pomoc w zbiórce na rehabilitację. Włączyli się kolarze, media, Orlen.

Zbierano na leczenie w ośrodku w Kamieniu Pomorskim. Ukazała się jego autobiografia, a część dochodu szła na rehabilitację. W sierpniu 2019 roku na profilu sklepu rowerowego pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży samochodu. Cena do negocjacji.

Pieniądze na rehabilitację męża. Nie było tak, że kraj zapomniał o Szurkowskim. Kraj się dla niego zebrał. Problem polegał na czym innym – jedyną dostępną formą pomocy dla 72-letniego mistrza świata była zbiórka.

Nie ubezpieczenie, nie system, lecz dobra wola ludzi uruchamiana po fakcie, przez telefon i przez Facebooka. On wierzył, że wróci. Zaczął ruszać rękami, potem palcami u stóp. Mówił, że jest lepiej.

Miał plan i cel. W 2019 roku u jego żony Iwony zdiagnozowano chorobę nowotworową. Ona opiekowała się nim. On nie mógł opiekować się nią.

21 sierpnia 2020 roku Ryszard Szurkowski dowiedział się, że umarł jego drugi syn. Wiktor Szurkowski miał 26 lat. Matka wspominała go jako indywidualistę, estetę i humanistę, bardzo wrażliwego, o zdolnościach polonistycznych. Mówiła, że Wiktor bardzo tęsknił za Norbertem i żałował, że przyrodni brat odszedł tak nagle i tak tragicznie.

Przyczyny śmierci Wiktora nigdy nie ujawniono publicznie. Wiktor spoczął na cmentarzu komunalnym w Ostrołęce razem z dziadkami. W pogrzebie własnego syna Ryszard Szurkowski uczestniczył na wózku inwalidzkim. Pierwszego syna nie mógł pochować w ogóle, bo nie było czego.

Potem okazało się, że sam ma nowotwór. Trafił do szpitala w Radomiu, ponieważ w Warszawie w czasach pandemii żadna placówka nie chciała go przyjąć. Przeszedł operację, szybko wdało się zapalenie płuc. 12 stycznia 2021 roku skończył 75 lat.

Zapytany, jakiego prezentu by sobie życzył, odpowiedział, że życzy sobie pierwszego samodzielnego kroku i powrotu na rower, choćby trzykołowy. Prosił też o przekazanie podziękowań wszystkim, którzy pomagają mu w rehabilitacji. Zapraszał do swojego sklepu rowerowego na Woli, do którego chciał zaglądać od marca. Do marca nie dożył.

Zmarł 1 lutego 2021 roku, 20 dni po urodzinach. Ceremonia pożegnania odbyła się 5 lutego w świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie w reżimie sanitarnym. Pochowano go 13 lutego w Wierzchowicach na małym cmentarzu niedaleko wsi, w której się urodził. Wrócił dokładnie tam, skąd wyruszył.

Dlaczego jego życie potoczyło się tak, jak się potoczyło? System? Tak, ale nie w ten sposób, w jaki zwykle się mówi. Odebrano mu możliwość zamiany największego talentu w tej części Europy w coś trwałego.

Miał sławę, której nie dało się skonwertować z powrotem na bezpieczeństwo. Ta odpowiedź tłumaczy zbiórkę i sprzedaż samochodu. Nie tłumaczy niczego więcej. Charakter?

Tak, ale tylko połowicznie. Milczenie wyjaśnia, dlaczego przez 18 lat nie mówił o Norbercie i dlaczego przez pięć miesięcy nie mówił o własnym paraliżu. Nie wyjaśnia jednak żadnej z rzeczy, które go spotkały. Zamknięcie sprawiło tylko, że przeżywał je bardziej sam.

Pech? Tak. I to jest jedyna odpowiedź, która naprawdę tłumaczy rok 2001 i 2020. Nie ma tu żadnej lekcji ani moralnej klamry.

Są dwa pogrzeby, których żaden ojciec nie powinien przeżyć. Kraj, który nie umie zaopiekować się swoimi mistrzami? Tak, z jednym zastrzeżeniem – ludzie zachowali się lepiej niż instytucje. Pomogli, tylko musieli pomagać zamiast systemu, a nie razem z nim.

Życie Ryszarda Szurkowskiego nie potoczyło się źle. Potoczyło się niesymetrycznie. Wszystko, co dostał, było publiczne – tytuły, owacje, ordery, mandat poselski. Wszystko, co stracił, było prywatne – dwóch synów, trzy związki, sprawne ciało, możliwość wsiadania na rower.

Wreszcie prywatność, którą musiał oddać publicznie, żeby zapłacić za własne leczenie. Nie ma kantoru, w którym cztery zwycięstwa w Wyścigu Pokoju zamienia się na jeden dodatkowy rok życia syna. Nie ma kursu, po którym tęczową koszulkę mistrza świata przelicza się na miejsce w warszawskim szpitalu w środku pandemii. Nie ma przelicznika sławy na bezpieczeństwo.

Wróćmy na koniec do sceny sprzed 50 lat. Mistrzostwa Polski. Rywalowi psuje się rower, a Szurkowski oddaje mu własny, wiedząc doskonale, że tamten na nim wygra. Wtedy wyglądało to na piękny gest.

Dzisiaj widać w tym coś zupełnie innego – instrukcję obsługi całego jego życia. Ten człowiek przez 75 lat oddawał: rower, siły, zdrowie, wyniki, uwagę kibicom, wiedzę kolejnym pokoleniom. Prosić nie potrafił. Musiało dojść do sytuacji, w której nie było innego wyjścia, żeby wreszcie poprosił.

12 stycznia 2021 roku, 75. urodziny. Człowiek, który wygrał wszystko, co można było wygrać na rowerze, leży sparaliżowany i pytany o wymarzony prezent mówi, że chciałby zrobić jeden samodzielny krok i wrócić na rower, choćby trzykołowy.

20 dni później go nie było.