Stanęliśmy na środku zatłoczonego parkingu pod hotelem, a ja wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie zobaczyłem. Jacek wysiadł z kabrioletu, nawet się nie odwrócił, tylko zniknął za obrotowymi…

Stanęliśmy na środku zatłoczonego parkingu pod hotelem, a ja wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie zobaczyłem. Jacek wysiadł z kabrioletu, nawet się nie odwrócił, tylko zniknął za obrotowymi...

Pomachaliśmy mu na pożegnanie, kiedy wysiadał z samochodu przed naszym przelotowym hotelem, a on nawet nie odwrócił głowy. Po prostu zniknął za obrotowymi drzwiami, zostawiając nas samych na zatłoczonym parkingu z resztą bagażu i całą tygodniową historią, która dopiero teraz zaczynała nabierać ostatecznego, komicznego znaczenia. Gdyby ktokolwiek zapytał mnie o te wakacje, mógłbym opowiedzieć je tysiącem anegdot, ale wszystko zaczęło się znacznie wcześniej, latem, kiedy postanowiliśmy, że po wyczerpującym roku wszyscy zasługujemy na prawdziwy odpoczynek. Miała być Toskania, złote wzgórza, gaje oliwne i leniwe popołudnia przy winie.

Thumbnail

Mój plan zakładał pociągi, wygodne i bezproblemowe, bo Włosi potrafią organizować kolej lepiej niż ktokolwiek inny w Europie. Ja z moim siedmioletnim synem, moja siostra Kasia z mężem Jackiem i ich ośmioletnią córką – taki pięcioosobowy skład miał właśnie ruszyć w drogę. Jacek, mój szwagier, od samego początku patrzył na mój pomysł z wyższością, którą rezerwował dla wszystkich, którzy nie dorównywali mu inteligencją, czyli praktycznie dla całego świata. W jego własnej ocenie był człowiekiem, któremu wszystko w życiu wychodziło, posiadaczem żelaznej pewności siebie, która zastępowała mu brak wiedzy, doświadczenia, a nierzadko i podstawowej rozwagi.

Kiedy przy kolacji u rodziców wspomniałem, że włoskie miasta powinno się zwiedzać wyłącznie komunikacją miejską, bo samochód tam to koszmar, Jacek parsknął śmiechem, odłożył widelec i popatrzył na mnie jak na człowieka, który właśnie poważnie obraził jego ukochaną matkę. Maciek, mój drogi, rzekł z uśmiechem, którym obdarzał osoby o ograniczonych horyzontach, pociągami jeżdżą tylko ci, których nie stać na nic lepszego. Prawdziwy światowiec bierze pod siebie kabriolet i rusza przed siebie. Tylko w ten sposób poczujesz prawdziwego włoskiego ducha.

A gdy próbowałem tłumaczyć, że pięciu osobom nie zmieści się w żadnym kabriolecie, że bagaże są duże, a drogi wąskie, on tylko machnął ręką, dając do zrozumienia, że takimi szczegółami zajmą się mali ludzie. On, jako człowiek wielkiego formatu, bierze na siebie wszystkie decyzje. Decyzje te doprowadziły nas do wypożyczalni samochodów w okolicach Pizy, gdzie po długich targach, podczas których Jacek bezczelnie próbował negocjować cenę u zblatowanego pracownika firmy, wręczono nam kluczyki do czerwonego, sportowego kabrioletu. Był to samochód niewątpliwe imponujący, ale przypominający bardziej zabawkę dla bogatych dzieci niż pojazd rodzinny.

Czworo drzwi, z czego dwoje to był właściwie tylko dodatkowy schowek, za to bagażnik został zredukowany do rozmiarów sporej kieszeni w kurtce. Kiedy otworzyliśmy klapę, przez twarz Jacka przemknął ledwie zauważalny cień niepewności, co do którego ja nigdy nie miałem pewności, czy dotyczy rozmiaru bagażnika, czy pieniędzy, które właśnie wydał. Po raz pierwszy tego wieczoru doszło do ostrej wymiany zdań w obecności dzieci, które zresztą przyjęły całą sytuację z nieskrywaną radością, bo dla nich każda przygoda była lepsza od nudy. Kasia, z rezygnacją kogoś, kto nauczył się już żyć z cudzym genialnym planowaniem, wcisnęła swoje torby w każdą wolną szczelinę, między fotele, pod nogi i w zagłębienia, o których istnieniu nie wiedział nawet producent.

Ja upchnąłem resztę rzeczy kolanem, a dzieci usadowiły się na samym środku, narzekając na tłok i na to, że szarpiemy je na każdym zakręcie. Tylko nasze bagaże zostały na chodniku, bo do kabrioletu po prostu się nie zmieściły, a porzucenie ich na poboczu wiązałoby się z surową karą ze strony wynajmującego. Jacek rozwiązał ten problem, proponując, że wrzuci wszystko do bagażnika w końcowej fazie podróży, a teraz ma ważniejsze rzeczy na głowie niż pakowanie. Kiedy chciałem zaprotestować, mój syn popatrzył na mnie i zapytał szeptem, czy wujek Jacek zawsze wie, co robi.

Odpowiedziałem, że wujek Jacek jest przekonany, że wie, co to znaczy dużo szczęścia. Pierwszy dzień upłynął głównie na manewrowaniu zatłoczonymi trasami, podczas gdy szwagier zasiadł za kierownicą i zaczął wcielać się w rolę rodowitego Włocha. Już na stacji benzynowej, tuż po wyjeździe z lotniska, wymachiwał rękami i pokrzykiwał w zmyślonym języku, w którym mieszały się polskie słowa z końcówkami „o” i „a”, a wszystko to przeplatane było gwałtownymi ruchami dłoni. Sprzedawca patrzył na niego z kamienną twarzą, aż w końcu zrozumiał, że ma do czynienia z szaleńcem i po prostu odwrócił się do nas z pytaniem, co chcemy kupić.

Jacek uznał, że porozumiał się wzorowo i z miną głębokiego konesera wrócił do auta, zrzucając przy tym koszulkę i buty, mimo że słońce dopiero zaczynało prażyć. Stwierdził, że prawdziwy Włoch nigdy nie nosi butów, gdy jest za kierownicą, bo to krępuje ruchy pedałami. Temperatura na zewnątrz sięgała trzydziestu pięciu stopni, a my jechaliśmy z otwartym dachem, bo przecież po to wziął kabriolet. Wiatr rozwiewał nam włosy, piach wpadał do oczu, a siedzenia nagrzewały się do tego stopnia, że siedzenie na nich przypominało smażenie.

Dzieciom to odpowiadało, bo uwielbiały czuć się jak na przejażdżce w wesołym miasteczku, ale ja już po godzinie miałem dość. Nie było jednak odwrotu, bo zatrzymanie się wiązałoby się z wyjaśnianiem Jackowi, że droga, którą wybrał, wiedzie przez góry, które właśnie mijamy, i że widoki, które on nazywa „niesamowitymi”, w rzeczywistości wyglądają tak samo na każdym zakręcie, tylko mniej zielono. Dotarcie do pierwszego zabytkowego miasteczka zajęło nam niemal cały dzień, a Jacek z uporem maniaka upierał się, żeby prowadzić przez wąskie, kamienne uliczki pochodzące z czasów średniowiecza, zamiast skorzystać z wygodnego objazdu, który proponowały wszystkie znaki. Zatrzymał się w końcu na środku starówki, na placu, gdzie akurat odbywał się lokalny targ.

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, on już wysiadł, wyciągnął z bagażnika torbę z rzeczami i oświadczył, że musimy koniecznie spróbować lokalnego loda, bo to jedyna słuszna droga do poznania kultury. Dzieci wyskoczyły za nim z radością, a my z Kasią popatrzyliśmy po sobie z rezygnacją, która w ciągu ostatnich godzin stała się naszym udziałem w tej podróży. Weszliśmy do kawiarni, która reklamowała się jako prawdziwa, staromodna lodziarnia, i przez czterdzieści minut wszyscy zajadaliśmy się lodami, podczas gdy Jacek snuł opowieści o swoich rzekomych znajomościach z lokalnym burmistrzem i o tym, jak to kiedyś spędził całe lato w tym miasteczku, co było kompletną bzdurą, bo po raz pierwszy w życiu znajdował się w tym regionie. Serwowany był też kieliszek zimnego prosecco, po którym mój szwagier poczuł się jeszcze pewniej, co było trudne do osiągnięcia, biorąc pod uwagę jego standardowy stan umysłu.

Zapłacił z miną milionera, wracając do samochodu z podniesioną głową jak paw, i dopiero wtedy, gdy podchodziliśmy do miejsca, w którym go zostawił, zwolnił. Zatrzymał się. Ja też się zatrzymałem, bo zauważyłem, że po czerwonym kabriolecie nie ma śladu. Podbiegliśmy do krawężnika, a on stanął jak wryty w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stał nasz samochód.

Widok, który zobaczył, pozbawił go na chwilę mowy, co było rzadkim osiągnięciem, bo przez całą podróż nie zamykał ust. Czerwony kabriolet zniknął, a na asfalcie została tylko pustka i mały, żółty bloczek, który wyglądał jak kwadratowa karteczka. Podniosłem go, odwróciłem i przeczytałem dzień zaparkowania, model auta, numery rejestracyjne, czyli wszystko, co potrzebne do zlokalizowania pojazdu. Pod spodem widniał napis po włosku, który brzmiał mniej więcej tak: Pojazd został odholowany na parking policyjny, koszt zwrotu 350 euro plus mandat za naruszenie przepisów o ruchu drogowym.

Jacek zbladł, potem poczerwieniał, a następnie zrobił na przemian kilka razy, jakby ktoś właśnie ustawił mu przed nosem lodowatą wodę i wrzątek w szklankach. Jego oczy rozszerzyły się, a usta otworzyły, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. W końcu otrząsnął się, zaklął pod nosem i zaczął histerycznie krzyczeć, że to na pewno wina czarnowidztwa, bo nikt nie ma prawa ruszać samochodu zaparkowanego w strefie, która ma „tylko jakieś tam znaki”, które stały na początku ulicy, a on ich nie widział, bo myślał, że to chodzi o coś innego. Jego teoria o tym, że to my jesteśmy winni, bo nie zatrzymaliśmy go w porę, była szczególnie zabawna, biorąc pod uwagę, że mówiłem mu o tym znaku, zanim jeszcze zdążył wyłączyć silnik.

Musieliśmy wracać na parking, ale szybko okazało się, że Jacek nie ma dokumentów samochodu, bo zostały zamknięte w bagażniku, a bez nich nikt mu auta nie wyda. Musieliśmy znaleźć posterunek policji, co zajęło nam kolejną godzinę, w trakcie której mój szwagier wciąż powtarzał, że to wszystko jakaś pomyłka, że oni pomylił samochody i że już za chwilę wszystko wyjaśni. Na miejscu przywitał nas komisarz, który wyglądał, jakby urodził się z wąsami i w mundurze, i zaprosił nas do środka. Po długich wyjaśnieniach, w trakcie których Jacek próbował rozmawiać po swojemu, z gestykulacją godną rodowitego neapolitańczyka, ale z zerową znajomością słów, wyszło na jaw, że samochód stoi na policyjnym parkingu.

Problem w tym, że aby go odebrać, trzeba najpierw uzyskać dokumenty. Były w bagażniku, który był zamknięty, a kluczyk w kieszeni Jacka. Doszliśmy do martwego punktu, bo policja odmówiła otwarcia samochodu bez dokumentów, a dokumentów nie było, bo były w samochodzie. Zapanowała cisza, którą przerywały jedynie wściekłe pomruki Jacka i płaczliwość dzieci, które zaczynały już narzekać na zmęczenie.

I wtedy mój szwagier zrobił coś, czego nie widziałem nigdy wcześniej: popatrzył na mnie z prośbą w oczach. Zrozumiałem, o co chodzi. Jedynym dokumentem, który identyfikowałby go jako kierowcę, był jego paszport, który zabrał w portfelu, który zostawił w schowku samochodu. Ja natomiast ze względu na to, że miałem zeznanie i zdjęcie, mogłem jakoś to zaświadczyć.

Wyjąłem z kieszeni telefon, zerknąłem na swoje oszczędności, a następnie powiedziałem, że mam pomysł. Podszedłem do policjanta i zacząłem mówić łamaną angielszczyzną, co zresztą było ironią, bo Jacek przez cały czas udawał, że doskonale rozumie, co on mówi. Wytłumaczyłem sytuację, pytając, czy moglibyśmy najpierw otworzyć samochód, żeby wyjąć dokumenty, które są w bagażniku, a tym samym udowodnić, że to nasze auto. Komisarz popatrzył na nas przez chwilę, po czym najwyraźniej uznał, że ma do czynienia z nadzwyczajnymi głupcami, ale że nie ma na to recepty.

Skwapliwie skinął głową i zaprowadził nas na parking. Jacek otworzył bagażnik, a ja pierwszy raz od kilku godzin odetchnąłem z ulgą, kiedy wyjął wszystkie dokumenty. Oddał mi kluczyki bez słowa, a sam ruszył w stronę tylnego siedzenia, wziął dzieci na kolana i patrzył przed siebie tępym wzrokiem. Policjant przyglądał się temu z wyraźną satysfakcją, a ja stałem z dokumentami w dłoni, czując, jak wracają mi siły.

Zanim wysiedliśmy z posterunku, zdążyłem załatwić najważniejsze sprawy: samochód musiałem wyciągnąć na prostą, a Jacek musiał mi przyrzec, że do końca wyjazdu nie usłyszę od niego ani jednego słowa o prowadzeniu. W drodze do hotelu panowała cisza przerywana jedynie chrapaniem dzieci, które zasnęły z wyczerpania. Mój szwagier spędził całą podróż, wpatrując się w okno, z miną obrażonego dziecka, i ani razu nie odezwał się ani słowem. Kiedy dojechaliśmy, wyjąłem z bagażnika jego torbę i położyłem mu ją w ręce, mówiąc, że mam nadzieję, że jego genialny plan zakładał również dokonanie rezerwacji, bo ja takiej nie mam.

Spojrzał na mnie z nienawiścią, ale potem na dzieci, więc ugryzł się w język. Okazało się, że nie tylko nie mamy rezerwacji, ale ja nie mam nawet pewności, w jakim mieście jesteśmy, bo zasnąłem, zanim zdążył powiedzieć. Na szczęście mój telefon łapał sieć i znaleźliśmy najbliższy pensjonat, który miał noclegi. Pokój był mały, ale i tak lepszy niż spanie w samochodzie, który, gdyby ktoś pytał, wciąż stał dokładnie tam, gdzie go zostawiliśmy, czyli na środku rynku.

Następny tydzień upłynął w atmosferze, którą można by uznać za katalońską, bo nikt z nami nie rozmawiał, a właściwie tylko Kasia starała się ratować sytuację. Kiedy tylko zaszła potrzeba wykonania jakiegokolwiek manewru, Jacek wsiadał za kółko z miną męczennika i jechał, jakby to on był jedyną osobą, która rozumie zasady ruchu drogowego. Ja przestałem zwracać uwagę na jego wysiłki, bo uznałem, że nie warto psuć sobie wakacji, ale po trzech dniach wpadł w końcu w swój dawny tryb, narzekając na bezsensowne przepisy i na to, że włoscy policjanci to zawistni idioci. Kiedy wspominałem mu, że to on wjechał do strefy zakazanej, patrzył na mnie z wyższością i mówił, że to nie była strefa, tylko zwykły plac targowy, a każdy, kto tam mieszka, wie lepiej.

Najgorsze było to, że zaczął wierzyć we własne kłamstwa, co jest typową cechą ludzi, którzy nie znoszą przyznawać się do błędów. Pod koniec wyjazdu, gdy pakowaliśmy się do auta przed powrotem na lotnisko, Jacek podszedł do mnie i wcisnął mi do ręki kluczyki. Powiedział, że to w dowód wdzięczności i że woli, żebym to ja prowadził, bo on woli napić się wina i podziwiać widoki, które widzi po raz ostatni. Było to coś na kształt przeprosin, choć nigdy nie padło słowo przepraszam.

Ja przyjąłem kluczyki, bo uznałem, że tego właśnie potrzebuje, żeby poczuć się lepiej, a ja potrzebowałem, żeby wreszcie przez pół godziny pojechać bezpiecznie. Przez następne czterdzieści minut jechaliśmy w milczeniu, słuchając muzyki, aż dojechaliśmy na odloty. Jacek bez słowa wysiadł z auta, wyciągnął bagaże, ucałował siostrę i dzieci, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie pasażerów. Kasia popatrzyła na mnie zza łez, a ja tylko pokiwałem głową, bo oboje wiedzieliśmy, że czasem najlepszym rozwiązaniem jest po prostu pogodzić się z tym, co nas spotkało.

Wróciliśmy do domu po dziesięciu godzinach podróży, zmęczeni, ale szczęśliwi, że w roli pasażera mogę wreszcie cieszyć się widokami. Gdyby historia kończyła się w tym miejscu, można by uznać, że wszystko skończyło się dobrze. Ale jak to zwykle bywa z moim szwagrem, karma wróciła i to w najmniej spodziewanym momencie. Trzy tygodnie po naszym powrocie, pamiętnego poranka, ktoś zapukał do ich drzwi.

Jacek poszedł otworzyć i w progu zastał listonosza trzymającego grubą kopertę. Pomyślał, że to jakieś rachunki, ale to było coś zupełnie innego. Po rozpakowaniu koperty na podłogę wypadła sterta fioletowych urzędowych dokumentów opatrzonych znakami firmowymi gminy. Moja siostra, która właśnie przygotowywała kawę w kuchni, usłyszała z salonu potężne uderzenie.

Jacek zemdlał na środku dywanu, a ona, widząc listy, musiała go ocucić. Kiedy doszedł do siebie, trzęsącymi się rękami przeczytał pierwsze wezwanie. Okazało się, że jego przejażdżka po średniowiecznym rynku odbiła się szerokim echem. W gorączce odkrywania, co się stało, zdołał wjechać w strefę zamkniętą dokładnie pięć razy w ciągu dwudziestu minut, a każdy przejazd został zarejestrowany kamerami.

System fotoradarów, który rzekomo cały czas działał, zarejestrował jego rejestrację za każdym razem, gdy przejeżdżał obok znaku. Teraz miasto wysyłało mu powiadomienia o nałożeniu grzywien, jedno po drugim, a każda z nich opiewała na setki euro. Pięć mandatów za te same przejazdy, które sam wykonał, próbując znaleźć wyjazd, robiło piorunujące wrażenie. Kiedy w końcu dotarło do nas to, co się stało, uświadomiliśmy sobie, że jest to kwota porównywalna z ceną porządnych, krótkich wakacji.

Czyli właśnie tyle „zaoszczędził” Jacek, oszczędzając na biletach kolejowych. Spojrzałem na moją siostrę i wybuchnąłem śmiechem, który gotowałem w sobie przez cały tydzień. Ona też się roześmiała, a uradowane tym, że jest to takie proste, dziecko zapytało, czy wujek musiał dostać taki papierek. Pokiwałem głową, czując, że całe to doświadczenie było warte tyle samo, co bilet do wesołego miasteczka.

Potem spojrzałem na Jacka, który wciąż siedział na podłodze, trzymając jedną z kartek w jednej ręce i telefon w drugiej, próbując dodzwonić się do prawnika, który oczywiście nie odbierał. I właśnie wtedy wiedziałem, że tego lata nauczyła nas czegoś ważnego, a mianowicie tego, że nie ma nic cenniejszego niż umiejętność zaakceptowania faktu, że czasem najlepszym rozwiązaniem jest wysiąść z samochodu, a może nawet z cudzego pomysłu na idealne wakacje.