Zima stulecia na dobre zapisała się w pamięci Polaków i do dziś mówi się o niej właśnie w tych słowach. Choć do samego końca w oficjalnych komunikatach utrzymywano uspokajający ton, rzeczywistość już 30 grudnia dała się we znaki mieszkańcom Warszawy, gdy na jezdniach powstała ślizgawica. Do stanu wyjątkowego było wówczas jeszcze daleko, ale w kolejnych dniach sytuacja dramatycznie się pogorszyła. Szybko okazało się, że nie ma mowy o przedostaniu się z jednej dzielnicy do drugiej.

Ci, którzy mimo wszystko wyszli w plener na noworoczną zabawę w stolicy, mieli ogromne trudności z powrotem do domów. Jak wspominał jeden z uczestników tych wydarzeń, nad ranem miał duże trudności z poruszaniem się, a powrót do domu graniczył z cudem. Podczas tej zimy wykonano masę fotografii, które do dziś obrazują, z jak potężnym żywiołem przyszło się mierzyć. Zima stulecia nie ominęła również innych regionów.
Narzekania na brak śniegu szybko zastąpiły skargi na brak możliwości powrotu do domu. Ci, którzy na święta i sylwestra wyjechali na narty, utknęli na stacjach kolejowych, a ci, którzy mieli więcej szczęścia, z trudem wciskali się do przepełnionych pociągów. Nawet gdy udało się wsiąść do składu, pociąg co chwila zatrzymywał się na trasie, a pracownicy kolei ostukiwali koła wagonów, próbując usunąć skutki mrozu. We Wrocławiu doszło do tak poważnej awarii, że prądu zabrakło nawet w szpitalach.
W związku z siarczystymi mrozami zaczęły wówczas krążyć pogłoski o licznych zgonach, do których miało dojść na skutek braku ogrzewania w placówkach medycznych. Niektóre miejscowości zostały tak skutecznie odcięte od świata, że przez kilka dni nie docierało do nich zaopatrzenie do sklepów. W wielu miejscach śnieg zalegał na wysokości kilku metrów, a wojskowe pługi spychały go do przydrożnych rowów, nie zawsze zdając sobie sprawę, że razem ze śniegiem lądowało tam czyjeś wcześniej zasypane auto. Żeby wydostać się na zewnątrz albo choćby dotrzeć do sąsiada, trzeba było wykopać w śniegu tunel o głębokości nawet kilku metrów.
Mieszkańcy jednego z domów, gdy podeszli do drzwi i je otworzyli, natknęli się na zwartą ścianę śniegu. Zamarzały także taśmociągi transportujące węgiel do kotłów, co dodatkowo pogłębiało problemy z ogrzewaniem. Kierowcy skarżyli się na zupełnie zamarznięte zamki w samochodach. Jak wspominał jeden z poszkodowanych, do jego malucha nie można było się dostać, bo zamki były zamarznięte, więc nie dało się go odpalić ani nic z nim zrobić, a trzeba go było ruszyć.
Sytuacja była na tyle ekstremalna, że wśród mieszkańców krążyły żartobliwe, choć oddające realia, powiedzenia o tym, że aby dostać się do Olsztyna, najlepiej wybrać się reniferami. Choć niektóre zakłady pracy i instytucje nie funkcjonowały, już w pierwszych dniach stycznia, wraz z nowym rokiem, tysiące ludzi wezwano do pracy w trybie alarmowym. Do akcji angażowano wszystkie dostępne służby, w tym milicję i wojsko, a propaganda szybko podnosiła ich wysiłek do rangi bohaterstwa. Do prac przy odśnieżaniu kierowano również urzędników oraz pracowników zakładów i instytucji, które normalnie pozostawały zamknięte.
Dotyczyło to zwłaszcza uczniów niektórych liceów, którzy po przedłużonych feriach zamiast wrócić do szkolnych ławek zostali skierowani do odśnieżania ulic. Istniały również nieoficjalne, nielegalne sposoby wynajmowania prywatnych pojazdów do pomocy w przemieszczaniu się. Był to jednak proceder nielegalny, za który władza mogła pociągnąć do odpowiedzialności, ale w czasie zimy stulecia groźby interwencji lekceważono. W relacjach i wspomnieniach pojawiają się także opisy przesytu podczas hucznych przyjęć.
Stoły uginały się od jedzenia i alkoholu, a z powodu braku sporej ilości gości był to przesyt niemal nie do pomyślenia. Jednocześnie niektórzy badacze i publicyści do ofiar zimy stulecia zaliczają również katastrofę w warszawskiej rotundzie PKO z lutego 79 roku. Władze nie były przygotowane na tak ekstremalną aurę. Wiele samochodów zostało całkowicie zasypanych śniegiem do tego stopnia, że ich ponowne użycie stało się możliwe dopiero wiosną.
Do szczególnie tragicznej sytuacji doszło w jednej z wiosek na północnym Mazowszu, gdzie młoda dziewczyna opuściła dom znajomych i postanowiła wrócić pieszo do swojego miejsca zamieszkania. W wielu miejscach solidarnie wypychano z zaspy samochody i ze zrozumieniem odnoszono się do braków komunikacji miejskiej, a do niesienia pomocy innym nikogo nie trzeba było zachęcać. Apelowano jednak do mieszkańców poszczególnych domów, aby zaopiekowali się osobami samotnymi, starszymi i niedołężnymi, które mają trudności z poruszaniem się. Niektórzy wspominali, że donoszono o tym, jak to z fantazją i do białego rana bawili się studenci, jednak o tym, jak te kilka tysięcy przodowników pracy oraz studentów wróciło następnego dnia do domów, już nie pisano.
Tą samą drogą ewakuowano i przemieszczano partyjnych dygnitarzy, a także wysyłano pomoc do rodzących kobiet. Mimo ogromnego zaangażowania służb, gdy śnieg wreszcie stopniał, a komunikacja zaczęła wracać do normy, nie wszystko dało się po prostu cofnąć. Skutki zimy stulecia były odczuwalne przez długie tygodnie, a jej przebieg na stałe wpisał się w historię najtrudniejszych zim w powojennej Polsce.