Gdy w maju 1945 roku zakończyły się walki o Berlin, dla setek tysięcy niemieckich kobiet zaczęła się dopiero najciemniejsza faza wojny. Zwycięstwo Armii Czerwonej nad nazistowskimi Niemcami przyniosło miastu nie pokój, lecz falę masowych gwałtów, tortur i egzekucji, które przez dekady pozostawały tematem tabu w oficjalnej narracji historycznej. Operacja berlińska rozpoczęła się 16 kwietnia 1945 roku, gdy trzy fronty sowieckie — dowodzone przez Żukowa, Koniewa i Rokossowskiego — ruszyły na stolicę III Rzeszy. Liczące ponad 2,5 miliona żołnierzy, 6250 czołgów i 41600 dział siły miały zmiażdżyć ostatni bastion nazizmu.

Dla Stalina zdobycie Berlina było celem symbolicznym — zemstą za 27 milionów obywateli ZSRR, którzy zginęli w wyniku niemieckiej inwazji. Niemiecka obrona, dowodzona przez generała Helmuta Weidlinga, opierała się głównie na niedoświadczonych rekrutach, nastolatkach z Hitlerjugend, starcach z Volkssturmu i przymusowych robotnikach. Zaledwie 45 tysięcy stanowili doświadczeni żołnierze. Miasto zamieniono w twierdzę z barykadami z gruzów i przewróconych tramwajów, a częściowo zalane stacje metra pochłonęły setki cywilów.
30 kwietnia Hitler popełnił samobójstwo wraz z Ewą Braun, a 2 maja generał Weidling formalnie ogłosił kapitulację. Gdy nad Reichstagiem zawisła czerwona flaga, ponad 100 tysięcy niemieckich obrońców nie żyło, a 125 tysięcy trafiło do niewoli. Jednak upadek miasta nie przyniósł mieszkańcom upragnionego końca koszmaru — dla kobiet dopiero się on zaczynał. Przemoc, która wybuchła po zajęciu Berlina, nie była przypadkowym skutkiem chaosu wojennego.
Wynikała z połączenia sowieckiego poczucia zemsty, wojennej propagandy i głębokiej dehumanizacji wroga. Już od operacji Barbarossa w 1941 roku niemieckie wojska prowadziły na wschodzie wojnę zagłady, niszcząc wsie, mordując cywilów i dopuszczając się masowych gwałtów na sowieckich kobietach. Sowiecka propaganda, w tym publikacje pisarza Ilji Erenburga, podsycała w żołnierzach żądzę odwetu, przedstawiając wszystkich Niemców jako zasługujących na karę. Żołnierze wkraczający do Berlina byli w większości młodymi ludźmi z prowincji, którzy przez cztery lata wojny oswoili się ze skrajną przemocą.
Atmosferę dodatkowo podsycał alkohol — zdobyte winiarnie i destylarnie dostarczały ogromnych ilości wódki, którą oficerowie rozdawali żołnierzom przed walką i po niej. Niemieckie kobiety postrzegano nie jako niewinne cywilki, lecz jako część systemu, który zniszczył Związek Radziecki, a przemoc seksualna stała się formą zbiorowej zemsty i upokorzenia całego narodu. Teoretyczne dyrektywy nakazujące żołnierzom szacunek dla ludności cywilnej pozostawały martwym prawem. Ogromna liczebność armii, chaos walk miejskich i milcząca tolerancja na wielu szczeblach dowodzenia sprawiały, że nikt nie egzekwował tych rozkazów.
Jak rzekomo miał odpowiedzieć generał Sokołowski na wieść o masowych gwałtach: „To zawsze się zdarza. Nie możemy zmienić ludzkiej natury”. Przemoc nie oszczędzała nikogo — ofiarami padały dziesięcioletnie dziewczynki, osiemdziesięcioletnie staruszki, zakonnice, kobiety w ciąży, a nawet Żydówki, które przeżyły Holokaust, ukrywając się przez lata. Bycie Niemką czyniło każdą kobietę celem.
Agresje miały charakter nie tylko seksualny, ale także performatywny — dokonywano ich często publicznie, przy świadkach, aby maksymalnie upokorzyć ofiarę i pokazać całkowitą dominację nad pokonanym narodem. W pierwszych tygodniach maja 1945 roku polowania na kobiety odbywały się według rozpoznawalnych wzorców. Grupy żołnierzy przemierzały ulice i schrony, wybierając młodsze kobiety. W jednej z berlińskich szkół w ciągu jednego dnia zaatakowano co najmniej 87 kobiet i dziewcząt.
W klinice położniczej w Schönebergu żołnierze zaatakowali pacjentki, które dopiero co urodziły. Zakonnice w klasztorach były wybierane według wieku, a najmłodsze poddawane wielodniowym nadużyciom. Kobiety próbowały się bronić, stosując rozpaczliwe strategie. Zakrywały twarze popiołem i błotem, goliły głowy, udawały choroby, smarowały się odchodami dzieci.
Ukrywały się w kominach, fałszywych sufitach i przewodach wentylacyjnych. Wiele z nich decydowało się na samobójstwo — w samym Steglitz w czerwcu odebrało sobie życie ponad 40 kobiet. Inne zawierały dramatyczne umowy: jedna kobieta wychodziła na spotkanie z żołnierzami, aby chronić pozostałe, co kończyło się zgubnym poczuciem winy i wstydu na całe życie. Szpitale, mimo zniszczeń i braku środków, stały się pierwszym ośrodkiem pomocy ofiarom.
W klinice Charité w ciągu pierwszych trzech tygodni maja leczono ponad 3700 kobiet z urazami wynikającymi z przemocy seksualnej, co stanowiło około 60 procent wszystkich pacjentek. Lekarze, pracujący po 18–20 godzin na dobę przy świecach i bez środków znieczulających, dokumentowali urazy przewyższające wszystko, co znali z dotychczasowej praktyki. Konsekwencje zdrowotne obejmowały epidemię chorób wenerycznych oraz dziesiątki tysięcy niechcianych ciąż. Władze medyczne, choć aborcja była wówczas w Niemczech nielegalna, stworzyły nieoficjalny system umożliwiający jej przeprowadzenie kobietom, które potwierdziły, że zostały zgwałcone.
Dzieci urodzone w wyniku tych ciąż nazywano pogardliwie „dziećmi rosyjskimi” lub „dziećmi okupacji” i były one skazane na trwałą stygmatyzację w szkołach i społecznościach. Wraz z pogłębiającą się biedą, gdy racje żywnościowe spadły do 800–900 kalorii dziennie, powstała równoległa gospodarka, w której kobiety zmuszane były wymieniać seks na jedzenie, papierosy czy schronienie. Papieros stał się nieoficjalną walutą — jednego można było wymienić na chleb, pięć na wizytę u lekarza. Część kobiet szukała ochrony u pojedynczych oficerów, zgadzając się na rolę „przyjaciółek” w zamian za bezpieczeństwo przed wielokrotnymi napaściami.
Inne, zwłaszcza w strefach zachodnich po podziale miasta latem 1945 roku, zmuszone były do pracy w półoficjalnych domach publicznych. Jak wspominała jedna z ocalałych: „Z Rosjanami cię gwałcili, a potem może karmili. Z Amerykanami najpierw umierałaś z głodu, a potem błagałaś”. Najbardziej trwałą raną pozostały jednak skutki psychiczne.
Ofiary, pozbawione jakiejkolwiek opieki, rozwijały objawy zespołu stresu pourazowego — chroniczną bezsenność, koszmary, stany dysocjacyjne i fobie. Większość nigdy nie mówiła o swoich doświadczeniach. Wstyd, strach przed odrzuceniem i brak ram kulturowych do przepracowania traumy skazywały je na milczenie, które przenosiło się na kolejne pokolenia. Część kobiet rozwinęła trwałą obojętność emocjonalną, innym towarzyszyło poczucie, że „coś” w nich zostało złamane na zawsze.
Po wojnie temat masowych gwałtów został skutecznie wymazany z oficjalnej historii. W NRD władze tłumiły wszelkie badania, by nie podważać heroicznego wizerunku Armii Czerwonej jako wyzwolicielki. W RFN milczenie wynikało z interesów dyplomatycznych zimnej wojny oraz społecznych mechanizmów wyparcia. Ofiary nie otrzymały odszkodowań, a zbrodnie nigdy nie zostały osądzone — procesy norymberskie nie objęły zarzutów dotyczących przemocy seksualnej.
Masowa przemoc seksualna w konfliktach zbrojnych została formalnie uznana za zbrodnię wojenną dopiero w statucie rzymskim z 1998 roku. Dopiero po zjednoczeniu Niemiec w 1990 roku badania zaczęły ujawniać skalę tragedii. Książka „Kobieta w Berlinie”, wydana po angielsku w 1954 roku, w Niemczech ukazała się dopiero w 2003 roku. Historycy szacują, że w samym Berlinie zgwałcono od 100 do 130 tysięcy kobiet, a w całych Niemczech ponad 2 miliony.
Tradycyjny nacisk na operacje wojskowe i decyzje polityczne przez ponad pół wieku spychał doświadczenia cywilnych ofiar na margines historii. Dopiero współczesne badania, w tym analizy transgeneracyjne, ujawniają, że milczenie tych kobiet nie było zapomnieniem — było jedynym sposobem, w jaki mogły przetrwać w świecie, który nie chciał słuchać.