Janusz Palikot, niegdyś uznawany za jednego z najbogatszych Polaków z majątkiem szacowanym na 300, a nawet 330 milionów złotych, dziś publicznie przyznaje, że nie ma domu ani mieszkania, bywa, że brakuje mu 50 złotych i odwleka wizytę u dentysty, bo go na nią nie stać. Między tymi dwoma obrazami jest przepaść, w którą wpadły oszczędności ponad 5 tysięcy ludzi. Prokuratura mówi o niemal 70 milionach złotych szkody i ponad 5 tysiącach pokrzywdzonych. Wierzyciele czekają na spłatę przekraczającą 240 milionów złotych.

Sam Palikot nie przyznaje się do winy i do dziś nie usłyszał wyroku, bo akt oskarżenia wciąż nie trafił do sądu. Jak to możliwe, że sprawa z tysiącami ofiar ciągnie się latami bez procesu? Początki kariery sięgają późnych lat 80. Młody absolwent filozofii z Biłgoraja otrzymał od teścia 1000 dolarów na rozpoczęcie działalności.
Zaczął od handlu drewnianymi paletami, by w 1989 roku zainwestować w produkcję wina musującego. Sprowadzał włoskie wino w cysternach i stworzył markę Dorato. Rynek zareagował natychmiast — miesięczna produkcja znikała w godzinę. W 1992 roku do firmy dołączył poważny zagraniczny inwestor, niemiecki koncern Schloss Wachenheim.
Po kilku latach Palikot sprzedał mu wszystkie udziały. Wypracowany schemat był jasny: buduj, zwiększaj wartość, wychodź z inwestycji. Ta strategia przyniosła mu przydomek „króla wina musującego”. Kolejna transakcja miała już zupełnie inny charakter.
Na przełomie wieków polskie państwo sprzedawało majątek po Polmosach. Palikot przez spółkę Jabłonna kupił od Skarbu Państwa Polmos Lublin, współproducenta legendarnej Żołądkowej Gorzkiej. Za ponad 40 milionów złotych, więcej niż wyniosła cena zakupu samej fabryki, wykupił wyłączne prawa do marki tej wódki. Zrozumiał wtedy coś, co przesądziło o całej jego późniejszej karierze — w biznesie alkoholowym najcenniejsza nie jest destylarnia, lecz nazwa, którą ludzie mają w głowach.
Sposób przeprowadzenia tej operacji stał się przedmiotem kontroli Najwyższej Izby Kontroli. Wnioski były druzgocące: sprzedaż Polmosu spółce Jabłonna była niekorzystna dla państwa, a transakcje między spółkami powiązanymi oceniono jako niegospodarne i niezgodne z prawem. Padło wówczas zdanie, które przykleiło się do Palikota na lata: skarb państwa stracił, Palikot zyskał. Warto jednak pamiętać, że ustalenia NIK nie są wyrokiem karnym, tylko oceną kontrolerów.
Interesy szły dobrze. Palikot sprzedał udziały w spółce kontrolującej polski odcinek gazociągu jamalskiego, zwiększając swój majątek o około 200 milionów złotych. W 2005 roku wszedł do polityki jako najbogatszy poseł w Polsce. W Sejmie odkrył jednak zasób cenniejszy niż wszystkie fabryki.
Nie zachowywał się jak polityk, lecz jak człowiek prowadzący kampanię marketingową, której produktem był on sam. Mówił krótko i brutalnie, tak by jego słowa trafiały na pierwsze strony gazet. Najsłynniejszy moment to konferencja, na której wyciągnął pistolet i wibrator, tłumacząc to chęcią zwrócenia uwagi na problem molestowania w policji. Konferencja kosztowała zero złotych, a przyniosła więcej uwagi niż kampania reklamowa za miliony.
Tak narodził się jego najtrwalszy atut — umiejętność skupiania uwagi na własnym nazwisku. Tego atutu nie można zająć komorniczo ani sprzedać w postępowaniu upadłościowym. W 2010 roku Palikot opuścił Platformę Obywatelską i założył własne ugrupowanie. Ruch Palikota w wyborach w 2011 roku zdobył ponad 10 procent głosów i 40 mandatów.
Jednak w 2015 roku mechanizm, który wyniósł go na szczyt, zadziałał w odwrotną stronę. Uwaga, która była paliwem, stała się zmęczeniem. Jego ugrupowanie nie dostało się do parlamentu, a kariera polityczna dobiegła końca. Pięćdziesięciolatek z ogromną rozpoznawalnością i uszczuplonym majątkiem wrócił do alkoholu.
Tym razem nie miał jednak 300 milionów. Kupił browar Tęczynek od posła Marka Jakubiaka i zaczął warzyć piwo oraz produkować mocniejsze trunki, wszystko w opakowaniu rzemiosła, kunsztu i buntu przeciwko korporacjom. Kluczowe było to, że nie sprzedawał wódki, lecz opowieść o odbudowie polskiej tradycji gorzelniczej. Na rozwój potrzebował pieniędzy.
Bank zadawał niewygodne pytania, fundusz chciał udziałów i kontroli. Palikot wybrał trzecią drogę — crowdfunding udziałowy przez platformę internetową Crowdway. W listopadzie 2019 roku spółka Tęczyńska Okowita rozpoczęła zbiórkę z celem 4 180 000 złotych. Kwotę zebrano w 36 dni, a do spółki weszło 1339 nowych wspólników.
To był rekord polskiego crowdfundingu udziałowego. Kilka miesięcy później mechanizm nabrał niespotykanego tempa. 23 marca 2021 roku ta sama spółka uruchomiła kolejną emisję. Ponad 4,4 miliona złotych od 977 inwestorów wpłynęło w mniej niż 8 godzin.
Ludzie oddawali oszczędności bez analiz finansowych, bez czytania raportów, bez pytania o marże. Kupowali poczucie przynależności — udział w czymś polskim, rzemieślniczym, wspólnym. Mieli być jednocześnie inwestorami, sprzedawcami i działem marketingu własnej marki. Program „beczki Palikota” dodawał ofercie magii.
Za minimum 4 tysiące złotych można było zarezerwować całą beczkę destylatu, który po trzech latach miał stać się whisky. W ciągu roku zarezerwowano ich prawie 350. Inwestycja, którą można było dotknąć, pokazać na zdjęciu i opowiedzieć o niej przy grillu. Do spółki dołączyły znane twarze.
Kuba Wojewódzki, jedna z najbardziej rozpoznawalnych osób polskiej telewizji, został znaczącym udziałowcem grupy, posiadając przed jedną z emisji 8,5 procent kapitału. Wspólnie z Palikotem i Tomaszem Czechowskim odpowiadali za markę „Piwo Buch”. Oferta wydawała się inwestorom w pełni legalna i bezpieczna: znany polityk, gwiazda telewizji, platforma internetowa, dokumenty, akcje i produkty dostępne w sklepach. Według wyliczeń dziennikarzy money.
pl, przedsięwzięcia Palikota zebrały z crowdfundingu i wpłat do poszczególnych spółek 90 milionów 200 tysięcy złotych. Forbes donosił z kolei, że od 2018 roku spółki należące do holdingu pozyskały około 140 milionów złotych od tysięcy inwestorów. Jednocześnie zadłużenie wobec inwestorów przekroczyło 256 milionów złotych. Pytanie, które powinno było dręczyć każdego wpłacającego: skoro firma ma przychody i zyski, skąd taka dziura?
Odpowiedź zaczęła się wyłaniać, gdy inwestorzy sami zajęli się analizą dokumentów. Część pieniędzy zbierano w ramach pożyczek pod hasłem „Finansowa rebelia”, z obietnicą 14 procent rocznie. Zabezpieczeniem miały być zastawy na znakach towarowych. Tyle że — jak ustalili dziennikarze — zastawy nigdy nie zostały ustanowione, a spółka zaciągająca pożyczki w ogóle nie była właścicielem tych marek.
Tęczyńska Okowita należała do jednej spółki, piwo Buch do innej, a pożyczki brała spółka handlowa, która nie miała do nich żadnych praw. Do akcji wkroczył Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Prezes UOKiK postawił spółce Polskie Destylarnie sześć zarzutów naruszenia zbiorowych interesów konsumentów i ustalił odpowiedzialność Janusza Palikota jako członka zarządu. Kara wyniosła milion złotych.
Najmocniejszy pojedynczy fakt dotyczył webinarium, na którym zachęcano do udziału w kampanii „Skarbiec Palikota”. Padły tam informacje o obrotach: 56 milionów złotych w 2022 roku i planowanych 140 milionów na 2023. Tymczasem UOKiK ustalił, że obrót Polskich Destylarni w 2022 roku wyniósł 0 złotych. Zero.
Nie mniej, nie mniej niż podano, tylko zero. Urząd ustalił również sedno mechanizmu. Spółka wabiła klientów atrakcyjnymi pożyczkami. Pieniądze miały iść na inwestycje, ale w rzeczywistości szły na spłatę długów.
Nowe wpłaty obsługiwały stare zobowiązania, a struktura, w której nowe depozyty spłacają stare długi, działa dokładnie tak długo, jak długo napływają nowi ludzie. Ani dnia dłużej. Zawiadomienie do prokuratury złożył nadzór finansowy. Śledztwo wszczęto we Wrocławiu.
3 października 2024 roku agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali Janusza Palikota w Lublinie. Tego samego dnia zatrzymano także Przemysława B. i Zbigniewa B. Palikot usłyszał osiem zarzutów: siedem dotyczących oszustwa i jeden dotyczący przywłaszczenia mienia — alkoholi o wartości ponad 5 milionów złotych.
Według śledczych zarzuty dotyczą wprowadzenia ponad 5 tysięcy osób w błąd i doprowadzenia ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w związku z emisjami akcji i kampaniami pożyczkowymi w latach 2019–2023. Wobec dwóch pozostałych zatrzymanych zastosowano poręczenie majątkowe, dozór policyjny i zakaz kontaktowania się ze świadkami. Wobec Palikota prokuratura wnioskowała o tymczasowy areszt. Wrocławski sąd zdecydował o dwumiesięcznym areszcie warunkowym, z którego można wyjść po wpłaceniu kaucji.
Człowiek, którego majątek jeszcze niedawno szacowano na setki milionów, nie wyszedł na wolność ani po tygodniu, ani po miesiącu, ani na święta. Opuścił areszt 27 stycznia 2025 roku po wpłaceniu 2 milionów złotych poręczenia. Spędził w nim prawie cztery miesiące. Do dziś ma zatrzymany paszport, podlega dozorowi policyjnemu i nie przyznaje się do winy.
Obrona przeszła do kontrataku. Pełnomocnik Palikota twierdził, że po zatrzymaniu funkcjonariusze zabrali telefon, a korespondencja z adwokatem trafiła do prokuratury, co naruszyło tajemnicę obrończą. Zapowiedział zawiadomienia do izby adwokackiej i rzecznika praw obywatelskich. Sąd jednak konsekwentnie oddalał wnioski obrony dotyczące samego aresztu.
Tymczasem imperium fizycznie przestaje istnieć. 11 grudnia Sąd Rejonowy dla Krakowa-Śródmieścia ogłosił upadłość spółki Manufaktura Piwa, Wódki i Wina. Syndyk zaczął wyprzedawać resztki majątku, w tym tysiące butelek alkoholu. Wierzyciele czekają na kwotę przekraczającą 240 milionów złotych — to mniej więcej koszt budowy dużego szpitala powiatowego.
Postępowanie karne utknęło. W listopadzie 2025 roku prokuratura informowała, że śledztwo jest w końcowej fazie i ma się zakończyć do 29 stycznia 2026 roku. Termin minął bez finału. Potem przedłużono je do 27 lipca 2026 roku, który również minął.
Ostatecznie śledztwo przedłużono do 27 stycznia 2027 roku. Akt oskarżenia nie trafił do sądu. Prokuratura czeka na kolejną opinię biegłych, od której zależy, czy Palikot usłyszy kolejne zarzuty. Jedenasty zarzut już padł — dotyczy wprowadzenia w błąd 145 inwestorów na łączną kwotę ponad 13 milionów złotych.
Dziennikarze money. pl ustalili, dlaczego śledztwo trwa tak długo. Od początku prowadzi je jeden prokurator i jeden funkcjonariusz Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Dwie osoby, które mają przed sobą dziesiątki spółek, kampanii, tysięcy umów pożyczkowych i miliony transakcji do prześledzenia.
To nie opowieść o złym prokuratorze, lecz o państwie, które potrafi wysłać agentów i pokazać zatrzymanie w wieczornych wiadomościach, a jednocześnie nie jest w stanie doprowadzić sprawy do sądu przez dwa lata, bo nie przydzieliło odpowiedniej liczby ludzi. I wreszcie trzecia rzecz dziejąca się równolegle. Człowiek z dziewięcioma zarzutami, odebranym paszportem i upadłą firmą nie znika. Zakłada kanał na YouTube pod nazwą „Jestem Palikot”.
Od marca 2026 roku zebrał ponad 2,5 tysiąca subskrybentów i przekroczył 1,2 miliona wyświetleń. Zapowiada przekształcenie kanału w ogólnopolską telewizję internetową i zaprasza ludzi do biznesu. Mówi o modelu „stopniowego zaangażowania”: wejście od 60 tysięcy złotych, docelowo do 1,2 miliona za 50 procent udziałów. Zachęcając do inwestycji, zapewnia: „Nie ma ryzyka.
Spółka jest na syna, to jest bezpieczne”. Przyznaje przy tym, że zarobił dotychczas 14 tysięcy, ale to dopiero pierwszy miesiąc. Następnie ogłasza, że szuka polskich winnic, a dzień później proponuje zakup nieruchomości w Hiszpanii z obietnicą zwrotu 10 tysięcy euro. Wcześniej sprzedawał pięciogodzinne konsultacje biznesowe za 5 tysięcy złotych i płatne kolacje.
To wszystko dzieje się w tym samym czasie, gdy mówi publicznie, że nie ma domu, że czasem brakuje mu 50 złotych i musi przekładać wizytę u dentysty. Kim są ofiary? To ludzie, którzy wpłacali od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Emeryci szukający ochrony przed inflacją, osoby po pięćdziesiątce traktujące to jako poduszkę na starość, młodzi przedsiębiorcy, fani marki, którzy chcieli udziału w czymś polskim.
Wielu z nich do dziś trzyma w domu świadectwo udziałowe — ładną kartkę papieru. W praktyce po upadłości spółki syndyk sprzedaje majątek, a z powstałej puli w pierwszej kolejności zaspokaja się koszty postępowania i wierzycieli uprzywilejowanych. Udziałowiec stoi na samym końcu kolejki. Nie jest wierzycielem spółki, lecz współwłaścicielem, który przy dziurze sięgającej setek milionów nie dostanie nic.
Najtrudniejsze dla pokrzywdzonych jest poczucie wstydu. Kiedy tracisz pieniądze na giełdzie, możesz powiedzieć, że to rynek. Kiedy tracisz je w ten sposób, słyszysz od rodziny najboleśniejsze pytanie: jak mogłeś na to dać się nabrać? Wielu ofiar po prostu milczy — nie mówi żonie, dzieciom, dziennikarzom.
Dlatego ta historia jest w mediach dużo cichsza, niż wskazywałaby na to skala. Część poszkodowanych nie odpuściła. Sami prowadzili audyty, śledzili przepływy między spółkami, zakładali grupy i wymieniali dokumenty. To dzięki nim znaczną część liczb z tej historii w ogóle ujrzała światło dzienne.
Ważne jest oddzielenie faktów od zarzutów. Prawomocnie sąd rozstrzygnął w sprawie reklamy alkoholu — po zawiadomieniu aktywisty Jana Śpiewaka uznano, że Palikot, Kuba W. i Tomasz C. nielegalnie promowali alkohol w internecie.
Grzywny z kosztami wyniosły odpowiednio 495, 440 i 335 tysięcy złotych. Palikot dostał też kolejną grzywnę 200 tysięcy za złamanie przepisów. Prawomocna jest decyzja UOKiK o milionowej karze i ustalenie, że obrót spółki wyniósł zero. Prawomocne jest ogłoszenie upadłości i ustalenia syndyka.
Areszt i kaucja to także fakty. Zarzuty prokuratury — dziewięć, w tym oszustwo i przywłaszczenie mienia, szkoda 70 milionów, ponad 5 tysięcy pokrzywdzonych — to stanowisko oskarżyciela, nie wyrok. Palikot nie przyznaje się do winy, akt oskarżenia nie został skierowany do sądu. W sieci pojawiały się też nieprawdziwe informacje, jakoby sąd oczyścił go z zarzutów i przyznał mu 420 tysięcy złotych odszkodowania.
Prokuratura Krajowa oficjalnie temu zaprzeczyła. Jak to możliwe, że tysiące ludzi w kraju, który pamięta afery finansowe ostatnich dekad, oddało pieniądze w 8 godzin? Odpowiedź jest niewygodna. Ta oferta miała wszystkie standardowe zabezpieczenia wyłączone jedno po drugim.
Inwestor czuł, że zna Palikota od 20 lat z telewizji — to nie było zaufanie do spółki, lecz do twarzy. Produkt był maksymalnie zrozumiały: piwo, wódka, beczka whisky. Obietnica 14 procent rocznie zawinięta była w ideologię buntu przeciwko bankom i korporacjom, więc ludzie przestali liczyć, a zaczęli wierzyć. Wokół zbiórek powstała wspólnota, grupy i licznik pokazujący, ile udziałów zostało.
Gdy tysiąc osób wokół mówi, że są w środku, wahanie zamienia się w strach przed tym, że przegapisz okazję. Co powinno zostać sprawdzone? Po pierwsze, kto jest właścicielem zabezpieczenia. Po drugie, jaki jest obrót konkretnej spółki, do której wpłacasz pieniądze, a nie całej grupy.
Po trzecie, na co idą twoje pieniądze — jeśli na spłatę wcześniejszych zobowiązań, to nie jest inwestycja, lecz łatanie dziury. Po czwarte, co się stanie, gdy coś pójdzie źle — udziałowiec zawsze stoi na końcu kolejki. Po piąte, sławne nazwisko nie zmienia żadnych liczb w umowie. Skutki tej sprawy odczuł cały rynek crowdfundingu w Polsce.
Rynek stanął w miejscu, a inwestorzy zaczęli podchodzić do tej formy finansowania z dużą rezerwą. Dla setek uczciwych małych przedsiębiorców wejście na rynek stało się trudniejsze, bo pierwszym skojarzeniem z crowdfundingiem w Polsce na lata stał się jeden głośny skandal. Sedno sprawy wykracza daleko poza samego Palikota. Chodzi o model, w którym łatwiej jest sprzedać historię niż zbudować dochodową firmę.
Ten model działa wszędzie: w alkoholu, technologii, nieruchomościach i kryptowalutach. Dopóki nagradzamy narrację bardziej niż bilans, ta historia będzie się powtarzać pod innymi nazwami i logotypami. Janusz Palikot całe życie budował wartość z narracji. Najpierw z opowieści o luksusowym włoskim winie w szarej Polsce, potem o polskiej marce wartej więcej niż fabryka, następnie o polityku mówiącym to, czego inni boją się powiedzieć, wreszcie o rzemiośle, wolności i buncie przeciw korporacjom.
Przez 30 lat ta metoda działała, bo za historią stał prawdziwy produkt, fabryka i rynek. W ostatnim rozdziale narracja oderwała się od produktu — i wtedy zaczęła kosztować nie jego, lecz tych, którzy w nią zainwestowali. Śledztwo przedłużono do 27 stycznia 2027 roku. Syndyk wciąż sprzedaje resztki majątku.
Tysiące ludzi wciąż czekają na pieniądze, których większość z nich nigdy nie zobaczy. Palikot wciąż prowadzi kanał, wciąż szuka inwestorów i wciąż znajduje ludzi, którzy odpowiadają.