W polskiej kulturze istnieje kobieta, której twarz stała się miarą piękna zapisaną w tekście przeboju. Wers z piosenki „Autobiografia” o twarzy Poli Raksy, za którą „każdy by się zabić dał”, zna praktycznie każdy, choć nikomu nigdy nie trzeba było tłumaczyć, o kogo chodzi. Miliony ludzi znały ten obraz na pamięć, a sama aktorka po latach zamknęła za sobą drzwi i już ich nie otworzyła. Apollonia Raksa urodziła się 14 kwietnia 1941 roku w Lidzie na Grodzieńszczyźnie, w mieście, które kilka miesięcy wcześniej znalazło się pod sowiecką okupacją.

Jej ojciec Edward był czapnikiem, a matka Zofia pracowała jako krawcowa. Rodzina, zgodnie z ustaleniami białoruskich regionalistów, mieszkała przy ulicy Szerokiej, a ich dom znajdował się w okolicach dzisiejszego skrzyżowania ulic Truchanowa i Szewczenki. Dzieciństwo aktorki owiane jest pierwszą z zagadek jej biografii. Źródła podają dwie wykluczające się wersje dotyczące opuszczenia Lidy.
Według pierwszej, rodzice uciekli z terenów okupowanych przez Niemców w 1943 roku. Według drugiej, rodzina została zmuszona do wyjazdu dopiero po zakończeniu wojny, w ramach powojennej repatriacji. Ta rozbieżność nie jest dziełem przypadku, ale śladem czegoś znacznie poważniejszego. Pokolenie ludzi, którzy przekraczali wtedy granice, miało powody, by zostawić za sobą nie tylko dom, ale i część własnego życiorysu.
Nauczyli się, że o pewnych rzeczach się nie mówi, bo mówienie bywa niebezpieczne, a milczenie jeszcze nikogo nie zabiło. Dyscyplina ta stała się techniką przetrwania przekazywaną dzieciom. Po przyjeździe na Dolny Śląsk rodzina zamieszkała we Wrocławiu, w dzielnicy Leśnica, w kamienicy przy ulicy Średzkiej, gdzie wszystko było cudze: meble, firanki, zapach. Później przenieśli się do Jeleniej Góry, gdzie matka pracowała jako krawcowa, a ojciec nadal zajmował się wyrobem czapek.
To właśnie tam mała Apolonia chodziła do szkoły, zanim rodzina ponownie trafiła do Wrocławia. Maturę zdała we Wrocławiu i rozpoczęła studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim. Plan na życie był konkretny: dyplom, szkoła, biblioteka, spokój. Młoda kobieta nie miała żadnych artystycznych ambicji, a zawód aktorki w rodzinie rzemieślniczej z Kresów uchodził za coś na granicy przyzwoitości.
Los jednak pokierował nią inaczej. Pod koniec lat 50. w barze mlecznym we Wrocławiu dostrzegł ją fotoreporter pisma „Dookoła Świata”. Sesja zdjęciowa, którą jej zaproponował, ukazała się na początku 1960 roku, a ona została ogłoszona dziewczyną tygodnia.
Co charakterystyczne, sama długo szukała tych zdjęć w kioskach i przegapiła własny debiut, bo trafiły one już do redakcji i studiów filmowych. Zdjęcia zobaczyła reżyserka Maria Kaniewska, która zaprosiła nieznaną studentkę na próbne zdjęcia i obsadziła ją w filmie „Szatan z siódmej klasy”. Premiera odbyła się w listopadzie 1960 roku. W tym momencie Apollonia Raksa podjęła decyzję, która w jej rodzinie musiała zabrzmieć jak katastrofa: rzuciła polonistykę i zdała do szkoły filmowej w Łodzi.
Jej matka nie kryła oporu wobec pomysłu, by córka została „komediantką”. Jeszcze przed dyplomem, który uzyskała w 1964 roku, grała w kolejnych produkcjach. Najpierw przyszła sława, potem warsztat, co było odwróceniem normalnej kolejności rzeczy. Po studiach dostała angaż w Teatrze Powszechnym w Łodzi, a później przeniosła się do warszawskiego Teatru Współczesnego, gdzie pracowała przez ponad dwie dekady.
Zagrała tam m. in. Julię w sztuce Szekspira, za co otrzymała nagrodę na festiwalu teatralnym. W latach 60.
jej kariera nabrała rozpędu. Zagrała główną rolę w „Panience z okienka” u Marii Kaniewskiej, a następnie trafiła na plany dwóch najważniejszych reżyserów swojej epoki. Wojciech Jerzy Has obsadził ją w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”, a Andrzej Wajda w „Popiołach”. Pracowała także ze Stanisławem Bareją, przechodząc od napoleońskiej epopei przez poetycki labirynt po lekką komedię.
Prasa szybko uczyniła z niej towar. Pisano o jej urodzie, włosach, uśmiechu i figurze, a numer z jej twarzą na okładce sprzedawał się lepiej. Zaczęła być zaszufladkowana do ról „pierwszej naiwnej”: pięknej, dobrej i prostej dziewczyny bez własnego konfliktu. Ona sama w jednym z wywiadów z początku lat 70.
mówiła, że po pierwszych filmach uznano, iż powinna grać wyłącznie takie postaci, a zaszufladkowany aktor zaczyna marzyć o czarnych charakterach. W 1966 roku przyszła propozycja, która zamknęła tę klatkę na zawsze. W serialu „Czterej pancerni i pies” zagrała Marusię „Ogoniok”, radziecką sanitariuszkę zdobywającą serce polskiego żołnierza. Aktorka długo się wahała, obawiając się wrogości widzów w kraju o takiej historii i pamięci rodzinnej.
Stało się jednak coś, czego nikt nie przewidział: Polska dosłownie oszalała na punkcie serialu, a ruda sanitariuszka stała się ukochaną bohaterką narodu. Paradoks polegał na tym, że miliony widzów zakochały się w rudych włosach, których nigdy nie zobaczyły, bo serial był czarno-biały. Marusia istniała w ich wyobraźni, a aktorka musiała zmierzyć się z tym, że ludzie pokochali postać, a nie aktorkę. Ta popularność zniszczyła jej zawodową przyszłość: cokolwiek zagrała, widz widział Marusię.
Gdy w serialu kryminalnym zagrała morderczynię, widzowie byli oburzeni, jakby złamała umowę, której nigdy nie podpisała. W 1967 roku zagrała jednak główną rolę w radzieckim filmie „Zosia”, za którą otrzymała nagrodę na festiwalu w Moskwie. Krytyk Konrad Eberhard uznał tę kreację za najpełniejszą w jej dorobku, dostrzegając w niej poezję, siłę charakteru i rozsądek. Zwrócił też uwagę na coś, co z perspektywy czasu wydaje się kluczowe: w jej sposobie grania była stale widoczna defensywa, pasywność i dystans wobec świata.
Tej postawy nie nauczyła się w przemyśle filmowym – przywiozła ją z domu. Lata 60. i 70. przyniosły jej wszystko, co państwo miało do zaoferowania: nagrodę ministra obrony narodowej, trzykrotnie Srebrne Maski dla najpopularniejszej aktorki, Złoty Krzyż Zasługi.
W 1979 roku zagrała u Filipa Bajona w „Arii dla atlety”. Z zewnątrz była to wzorcowa kariera, ale mechanizm sławy w Polsce Ludowej działał inaczej niż gdziekolwiek indziej. W kraju z jednym programem telewizyjnym popularność koncentrowała się na kilkunastu twarzach, które stawały się wspólną własnością milionów. Jej wizerunek stał się wzorem: dziewczyny układały włosy jak ona, krawcowe przerabiały sukienki na modłę filmową.
Relacja między nią a publicznością nigdy nie była zwykłą relacją widz-aktor. Ludzie nie tylko ją oglądali, ale się nią posługiwali jak punktem odniesienia i dowodem, że istnieje inny rodzaj życia. W 2003 roku czytelnicy jednego z dzienników uznali ją za najpiękniejszą polską blondynkę – kilkanaście lat po tym, jak przestała się publicznie pokazywać. Głosowali na wspomnienie.
Wyszła za mąż raz w życiu, za Andrzeja Kostenkę, operatora współpracującego z Romanem Polańskim przy „Nożu w wodzie”. Źródła podają dwie różne daty ślubu: listopad 1963 roku lub okres 1964–1970, co pokazuje, jak dziurawa jest wiedza nawet o rzeczach urzędowych. W 1967 roku, u szczytu popularności aktorki, urodził się ich syn Marcin. Małżeństwo rozpadło się w 1970 roku, a o przyczynach krążą wyłącznie niepotwierdzone opowieści osób trzecich.
Po rozwodzie aktorka stopniowo wycofywała się z kina. W latach 70. jej filmografia stała się rzadsza, a ciężar pracy przeniosła na teatr, gdzie występowała do połowy lat 80. W 1993 roku zagrała matkę tytułowej bohaterki w filmie „Uprowadzenie Agata” – to była jej ostatnia rola.
Zaczynała jako dziewczyna, o którą wszyscy walczą, a skończyła jako matka dziewczyny, o którą walczą inni. Pod koniec lat 90. ukończyła studia i zdała egzamin dający jej tytuł projektanta. Projektowała kostiumy, m.
in. do recitalu Ewy Błaszczyk w 1999 roku, i prowadziła rubrykę o modzie. Wróciła tym samym do zawodu swojej matki – zawodu, w którym pracuje się rękami w ciszy, dla konkretnego człowieka i w którym najważniejszą cnotą jest dyskrecja. Przeszła na drugą stronę kamery.
Od ponad 30 lat nie pojawia się publicznie, nie udziela wywiadów i nie pozwala się fotografować. Media podają, że mieszka w Kałuszynie na Mazowszu. W 2022 roku ukazała się jej biografia autorstwa Krzysztofa Tomasika, wydana przez wydawnictwo Czarne. Recenzenci zwrócili uwagę, że jest w niej bardzo dużo o filmach i epoce, a stosunkowo mało o samej bohaterce.
Autorka biografii nie miała jednak wyboru: bohaterka od ponad 20 lat milczy, a jej bliscy również odmówili współpracy. W internecie o Poli Raksie napisano dziesiątki tysięcy zdań, z których ogromna część to zmyślone treści. Strony generowane automatycznie z pełnym przekonaniem podają zawód jej syna, imię jego żony czy liczbę wnuków – wszystko to jest wymyślone, bo ktoś policzył, że ludzie wpisują takie pytania w wyszukiwarkę. Syn aktorki nigdy nie był osobą publiczną, nie udzielił wywiadu, nie prowadzi kont w mediach społecznościowych.
Jedynym jego „przewinieniem” jest to, że urodził się w konkretnej rodzinie. Historia Poli Raksy jest podręcznikowym przykładem tego, jak psuje się informacja. W jej biografii zdarzają się literówki powielane przez kolejne strony, błędne przypisywanie autorstwa słynnego wersu (którego autorem jest Bogdan Olewicz, nie Grzegorz Markowski), sprzeczne daty ślubu i szkoły. Najgroźniejsze są jednak automatycznie generowane informacje o prywatnych osobach, podawane tonem absolutnej pewności bez żadnego źródła.
Tajemnica rodziny Poli Raksy nie jest tajemnicą o nich. To jest tajemnica o nas. Przekonanie, że mamy prawo wiedzieć wszystko o osobie publicznej, nie ma podstaw. Ona nie była politykiem ani urzędnikiem.
Wykonała pracę, za którą jej zapłacono, a potem przeszła na emeryturę. Ludzki mózg nie potrafi jednak odróżnić twarzy oglądanej co tydzień na ekranie od twarzy przy stole, dlatego widzowie traktowali ją jak znajomą, a jej rzeczywiste milczenie przekładali na podejrzenia. Tajemnicą tej rodziny jest zdolność do milczenia, którą przez 30 lat zachowali wszyscy wokół niej. To milczenie, które kiedyś ratowało życie, a potem zostało, bo nikt nie wiedział, jak je odwołać.
Apollonia Raksa w kwietniu 2026 roku skończyła 85 lat. Jak co roku media przypomniały jej zdjęcia sprzed 60 lat i jak co roku nikt nie dostał od niej ani słowa. Jej największą, najbardziej konsekwentną i najdłużej graną rolą jest rola, której nikt nigdy nie zobaczył: 30 lat milczenia bez jednego wyjątku.
My, siedząc po tej stronie ekranu, przez 30 lat oglądaliśmy tę rolę i nazywaliśmy ją tajemnicą, bo nie umiemy nazwać jej po prostu decyzją.