Atak na World Trade Center (część 2)

Atak na World Trade Center (część 2)

Atak na World Trade Center 11 września 2001 roku był jednym z najbardziej dramatycznych wydarzeń w historii Nowego Jorku. Gdy o 8:46 pierwszy samolot uderzył w północną wieżę, nikt nie przypuszczał, że za kilkanaście minut druga maszyna trafi w wieżę południową, a cały kraj stanie w obliczu skoordynowanego zamachu. W sekundę po pierwszym uderzeniu zginęło kilkaset osób. Wielu zostało uwięzionych powyżej miejsca uderzenia, bez żadnej drogi ucieczki.

Thumbnail

Część z nich ginęła w pożarach lub z powodu uduszenia. Numer alarmowy został natychmiast przeciążony – tysiące osób wzywało pomocy. Jedną z osób, które dodzwoniły się na numer alarmowy, była Christine Olender, menedżerka słynnej restauracji Windows on the World, mieszczącej się na 106 i 107 piętrze północnej wieży. Krótko po uderzeniu przez kilkanaście minut z przerwami relacjonowała dyspozytorowi policji, co dzieje się na miejscu.

Prosiła o wskazówki i informację, kiedy dotrze pomoc, zapewniając, że nie przesadza z dramatyzmem sytuacji. O godzinie 9:01 kontakt się urwał. Kobieta utknęła na 106 piętrze wraz z dziesiątkami innych osób. Na niższych kondygnacjach panowała zupełnie inna atmosfera.

Wielu pracowników nie miało świadomości, co się właściwie stało. Część słyszała tylko huk i poczuła wstrząs. W jednym z biur na 43 piętrze z głośników płynęły komunikaty, że budynek jest bezpieczny i personel ma wrócić do biurek. Tymczasem ci sami pracownicy, dzwoniąc na policję, otrzymywali bezwzględne instrukcje natychmiastowej ewakuacji.

Północną wieżę w dużej mierze zajmowały wielkie korporacje finansowe, gdzie kultura pracy była bezwzględna. Nie opuszczało się stanowiska bez wyraźnego polecenia. Strach przed chaosem i konsekwencjami służbowymi sprawił, że wiele osób zawahało się przed zejściem w dół. Inni, pamiętając zamach bombowy z 1993 roku, bali się paniki na klatkach schodowych i postanowili czekać na pomoc.

Ta decyzja – zostać czy uciekać – zaważyła na losie ponad 1000 osób. O godzinie 9:03 drugi samolot, Boeing 767 linii United Airlines, lecący z prędkością około 950 km/h, uderzył w południową wieżę między 78 a 84 piętrem. W zbiornikach wciąż znajdowało się niemal 38 tysięcy litrów paliwa odrzutowego. Uderzenie widoczne na żywo w transmisjach telewizyjnych rozwiało wszelkie wątpliwości – to nie był wypadek, to był atak.

Jednym ze świadków, który widział samolot lecący wprost na jego okno, był Stanley Praimnath, pracownik 81. piętra południowej wieży. Wcześniej opuścił budynek, ale po komunikatach, że wszystko jest w porządku, postanowił wrócić do biura. W momencie uderzenia znajdował się nieco ponad 6 metrów od wbitego w gmach samolotu.

Przeżył – był jedną z 18 osób, które tego dnia przetrwały na poziomie uderzenia. Wśród tych, którzy pozostali w budynku, był także 24-letni Bradley Fetchet, pracownik banku inwestycyjnego na 89. piętrze. Krótko przed tragedią nagrał na automatyczną sekretarkę matki wiadomość, w której zapewniał, że jest bezpieczny i że samolot uderzył w sąsiednią wieżę.

Około 9:03 piloci policyjnego helikoptera krążącego nad Manhattanem zauważyli lecący z ogromną prędkością samolot. Zdołali wznieść maszynę wyżej, unikając zderzenia. Kilka minut później przekazali na ziemię informację, że konstrukcja południowej wieży wygląda na bardzo niestabilną i grozi jej zawalenie. Część ratowników otrzymała rozkaz odwrotu, ale przez fatalną łączność radiową dotarł on tylko do nielicznych.

Wielu strażaków wciąż wspinało się w górę, niosąc od 30 do 50 kilogramów sprzętu. W międzyczasie chaos ogarnął całą administrację lotniczą. W siedzibie NORAD, dowództwa obrony przestrzeni powietrznej Ameryki Północnej, panowało osłupienie. Po drugim uderzeniu stało się jasne, że Ameryka jest pod atakiem, ale skala zagrożenia wciąż pozostawała nieznana.

Kontrolerzy w całym kraju bezskutecznie próbowali namierzyć porwane samoloty, a po niebie nad USA latało tego dnia ponad 4500 maszyn. O godzinie 9:37 samolot lotu 77 uderzył w zachodnie skrzydło Pentagonu. W Waszyngtonie rozpoczęła się ewakuacja Białego Domu, a wiceprezydent Dick Cheney został niemal siłą wyprowadzony do podziemnego schronu. Kilka minut później po raz pierwszy w historii USA ewakuowano Kapitol w trakcie obrad.

Atmosfera paniki rozlała się na cały kraj. W pośpiechu opuszczano Empire State Building, Sears Tower w Chicago i John Hancock Tower w Bostonie. Około 10:03 w Pensylwanii rozbił się czwarty porwany samolot – lot 93. Jak ustalono później, maszyna nie doleciała do celu, bo pasażerowie wszczęli bunt.

Porywacze postanowili wtedy rozbić samolot o ziemię. Świadkiem katastrofy był lokalny farmer, który widział maszynę lecącą do góry nogami, spadającą z wysokości około 150 metrów. O 9:59 runęła południowa wieża. W ciągu zaledwie 10 sekund cała konstrukcja rozpadła się, grzebiąc w sobie setki strażaków i nieznaną liczbę cywilów.

Ogromna chmura pyłu i gruzu zalała ulice jak fala tsunami. Północna wieża zawaliła się o 10:28. Dwie wieże World Trade Center, symbol Nowego Jorku, przestały istnieć. Tego dnia w wyniku ataków zginęło blisko 3000 osób.

Wśród nich byli strażacy, którzy do końca wspinali się w górę, nieświadomi, że wielu z nich już nigdy nie wróci na dół.