Czy wśród nadzorczyń były dobre kobiety? #shorts

Czy wśród nadzorczyń były dobre kobiety? #shorts

W powojennych wspomnieniach byłych więźniarek obozów koncentracyjnych przewija się niezwykle złożony obraz nadzorczyń. Zdecydowana większość z nich zapisała się w pamięci jako okrutne i bezwzględne strażniczki, jednak część relacji wskazuje, że wśród personelu obozowego zdarzały się również kobiety, które mimo presji i ogromnego zagrożenia potrafiły zachować ludzkie odczucia. Żydowska więźniarka Zofia Krzyżanowska, która przeżyła obóz, w swoich wspomnieniach zwracała uwagę na wyraźne różnice w zachowaniu poszczególnych nadzorczyń. Jak relacjonowała, te określane później jako “dobre” biły mniej i uderzały słabiej.

Thumbnail

Niejednokrotnie potrafiły przejść obojętnie obok więźniarki, odwracając głowę w inną stronę, zamiast szukać pretekstu do znęcania się. Zachowanie dobrej nadzorczyni rzadko jednak wykraczało poza bierność czy brak gorliwości w wykonywaniu obowiązków. Z relacji wynika, że część z nich przymykała oko na szmugiel żywności lub pośredniczyła w wymianie korespondencji między więźniarkami a ich rodzinami. Były to działania obarczone ogromnym ryzykiem, zarówno dla samych więźniarek, jak i dla nadzorczyń, które mogły zostać oskarżone o sprzyjanie osadzonym.

Zdarzały się również, choć niezwykle rzadko, przypadki faktycznych oznak współczucia. Wyrażały się one dobrym słowem, uśmiechem lub innym drobnym gestem, który dla więźniarki w przytłaczającej rzeczywistości obozowej mógł znaczyć bardzo wiele. Krzyżanowska podkreślała, że takie sytuacje należały do wyjątków, ale dla osób je doświadczających pozostawały w pamięci na całe życie. W powojennych relacjach byłe więźniarki starały się precyzyjnie rozgraniczyć dobre nadzorczynie od tych złych.

Służyły temu przede wszystkim nadawane im przydomki. Te okrutne określano w sposób jednoznacznie negatywny, używając takich słów jak “bestie”, “diablice” czy “suki”. Z kolei kobiety wspominane pozytywnie zyskiwały zdecydowanie bardziej pieszczotliwe pseudonimy, takie jak “perełka”, “mamusia” czy “słoneczko”. Takie nazewnictwo stanowiło sposób na uporządkowanie obozowych doświadczeń i oddzielenie tych, które w piekielnych warunkach potrafiły zachować choć odrobinę człowieczeństwa, od tych, które dały się ponieść okrucieństwu.

Relacje te pokazują, że nawet w systemie zaprojektowanym do dehumanizacji istniały jednostki, które opierały się tej presji, choć ich postawa rzadko wykraczała poza drobne gesty i zaniechania, a nie aktywne działania na rzecz więźniów.